Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocni łowcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocni łowcy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział #13 - Żelazne Skrzydła


Ahh tak... Po baaaaaaardzo długiej przerwie wreszcie udało mi się napisać rozdział. Nawet przed terminem! (miałam go wstawić 6). Postaram się już tak bardzo nie zaniechać tej opowieści i mam nadzieję, że pojawią się nowi czytelnicy, jak i nowe komentarze! Tak jak obiecałam mamy tutaj troszkę więcej Sebastiana :3 
__________________________________________________________________

Zastanawiał się, przed czym ucieka. Przed śmiercią? Przed kodeksem?
Przed sobą?
Każdy dzień w podróży doprowadzał jego ciało do większych skurczów i zawrotów głowy. Czuł się słabo i wiedział, że to przez jego ból psychiczny, przez strach. Nie zastanawiał się, dokąd idzie, choć cieszył się, że w ogóle gdzieś podąża, że ta wędrówka go uspokaja, oddala od epicentrum wszystkiego, co go zmieniło.
Parabatai
Zawsze sądził, że ta więź nigdy nie podzieli ludzi, że mimo wszystko ci, którzy zostali nią związani wspomogę siebie, zrozumieją, poradzą… uratują. Mijały powoli kolejne tygodnie od tego, jak ostatni raz widział jego oczy. Nieprzeniknione głębiny, dwie czarne źrenice, przyglądające się jemu, a w ręce nóż. Pocałunek złożony na ostrzu i dłonie, które mu je podają oraz słowa docierające do jego uszu będące niezrozumiałą masą dźwięków, które ranią go, choć ich nie pojmuje.
Dlaczego?
Co się dzieje?
Kim jesteś, co się stało? Jak możesz mi to robić, jak możesz mnie zostawiać?
Parabatai – wieź została przerwana.
Pamiętał, jak on mówił, że to wszystko się skończyło już wcześniej, kiedy się przemienił, ale on sądził inaczej. On był pewien innego i nie mylił się. On złamał przysięgę, przerwał ją, kiedy odsunął się od niego. Brzydził się go.
Tak…
Widział to w jego oczach. Ta nieukrywana pogarda, do tego, kim się stał… Czym się stał.
Kiedyś oboje drwili i gardzili Podziemnymi, strony medalu jednak się odwróciły. To go przerażało, zmuszało do ucieczki, do przełknięcia łez. Z dnia na dzień coraz bardziej zastanawiał się, czym jest Krąg, jak on działa, kogo on łączy i jaki ma swój cel?
Kiedyś to wszystko wydawało się takie proste, banalne.
Postawić się.
Zmienić świat.
Ukazać, że Nocni Łowcy są najważniejsi.
Trzy proste punkty, które wydawały się dla nich najważniejszym zadaniem na świecie, że to ich główny cel istnienia i, gdy tego nie wykonają zmarnują swą szansę daną od samego Boga.
Idąc dalej przed siebie zastanawiał się czy śmiać się z tej ideologii, czy płakać nad własną głupotą. Nie mógł zrozumieć, że stając się ofiarą dopiero pojął, jakie to wszystko jest błędne, niezgodne z morałami, z tym, czego naucza Mądrość Wyższa.
Nie sądził, aby ktoś go pojął, zrozumiał, bo nikt nie wiedział, jak być po drugiej stronie, jak stać się kimś, na kogo się polowało, którego krew uważało za truciznę, a przebywanie w samym otoczeniu z taką bestią za największy możliwy dyshonor, który można było z siebie tylko zmyć posoką Podziemnego. Łzy same mu spłynęły po policzkach, gdy przypomniał sobie, jak oboje stali w kręgu, jak trzymali się za ręce i nakładali na siebie Znaki, a ich dusze powoli łączyły się ze sobą, aby stać się jednością.
- Byłem niewolnikiem – szepnął sam do siebie i mimowolnie przejechał po białej bliźnie na piersi.
Stając się parabatai oddał całą swą wolę, zrobił się podatny na każdy jego najmniejszy gest, a słowa były niczym treść Biblii pisanej dłonią Boga. To go przerażało, wręcz onieśmielało, jednak poprzysiągł, że to zmieni, że naprawi, co zostało zniszczone, a Krąg nigdy więcej nie zniszczy żadnego młodego umysłu, którego anarchistyczna wola będzie pchała do coraz to śmielszych czynów popędzanych szaleństwem kogoś, kto sam siebie wypaczył lata temu wierząc, że na świecie istnieje jeszcze znaczenie „czystości krwi”, mimo iż to już dawno zostało zniszczone, zdegradowane przez rasę ludzką i zapomniane, skryte pod mgłą wspomnień Przyziemnych.
Lasy, pola, wioski, niewielkie miasteczka. Gdzie zaszedł nikt nie widział w nim potwora. Był dla nich zwykłym człowiekiem, trochę zaniedbanym, często głodnym i zmęczonym, ale człowiekiem. Nikt nie mówił na niego „zwierzę”, czy „bestia”. Nikt nie wytykał go palcem, nie odsuwał się, gdy zasiadał przy barze, a do żadnego napoju mu niczego nie dolewano lub nie podnoszono cen.
To go w czymś uświadomiło, pojął całą sytuację rzeczy.
On nie był potworem, którego rozpoznaje się, gdy tylko człowiek na niego spojrzy. Był taki jak inni i jak reszta miał prawo żyć, prawo rozwijać się, naprawiać i popełniać kolejne błędy. Miał prawo, tak jak inni wyrażać swoje opinie, okazywać uczucia, robić… wszystko.
Przemiana nie oznaczała końca, to był początek. Poczuł, że może zacząć od nowa i spróbować wszystko naprawić, może nawet… Nie, nie teraz.
Wioski zmieniły się w miasteczka, a później wielkie miasta. Szedł ich ulicami, oglądał cuda ludzkiej architektury i swoich pobratymców. Przechodził koło wielu Instytutów i gdzieś głęboko w nim coś go bolało, ale przestał na to zważać. Miał nowy cel, chciał zrobić to, co kiedyś już zrobiła znana mu osoba. Kiedyś, go to zdziwiło, w tamtej chwili imponowało.
   Nie wiedział skąd znał drogę, nawet jak mu się udało zrozumieć znaki, na których nazwy były dla niego kompletnie niezrozumiałe. Nogi same go niosły, prowadziły, wskazywały cel, a on się nie sprzeciwiał. Gdy kazały mu iść przez pola, szedł, gdy prowadziły do zabudowań również to robił, aż wreszcie udało mu się dojść, tam gdzie chciał.
Stojąc przed podwójnymi, dębowymi drzwiami pięknej rezydencji zaczął odczuwać niepewność.
Czy ja powinienem tu być?
Przyjrzał się domowi, po czym przeniósł się w otchłań wspomnień…

- Dokąd teraz pójdziesz?
Uśmiechnęła się do niego, lecz był to uśmiech, który miał jedynie skryć największy ból. Z miejsca zauważył, że jej oczy są podpuchnięte.
- A gdzie mam iść Lucjanie? Wrócę do rodzinnych stron. Mam tam swoją rezydencję. Teraz stoi pusta, ale jestem pewna, że nic jej nie jest. Podobnież należała ona do mojej babki, a wybudowali ją jej rodzice. Tam jest mój dom i do niego wrócę, jeśli tutaj nikt mnie nie chce.
- Nie mów tak! Idris to nasz dom, nasz wspólny. On należy do każdego Nefilim i nie powinnaś tak mówić.
Zaśmiała się bez krzty wesołości i pogłaskała jego policzek.
- Nie mam tutaj nikogo, a w Polsce się urodziłam i wychowałam. Tam powinnam teraz być.
Nic jej nie odpowiedział, chociaż na usta cisnęło mu się tysiące słów. Próbował nawet zrobić minę zbitego psiaka, jednak to nic nie pomagało, była zbyt pewna swojej decyzji.
- A jak cię tam znajdę? – spytał, kiedy zaczęła się odwracać.
- Nogi same cię do mnie zaprowadzą Lucjanie, o to się przejmować nie musisz – rzuciła przez ramię i ruszyła ulicami Alicante.

Wziął głęboki oddech i zapukał. Wsłuchiwał się, jak kroki po drugiej stronie stają się coraz głośniejsze, po czym przyglądał się, jak drzwi z lekkim zgrzytem się otwierają.
Gdy na nią spojrzał worek marynarski sam wypadł mu z ręki i bez słowa objął ją z całej siły, a ta zaczęła się śmiać.
- Mówiłam ci Lucjanie, że gdy przyjdzie czas sam do mnie dotrzesz.

* * *

Powoli weszła do zaciemnionego pokoju, w którego kątach paliły się wielkie, zabarwione na czerwono woskowe świecie. Na ścianach wisiały wiśniowe arrasy dobrze kontrastujące z czernią ścian. Nie było wiele mebli, zaledwie kilka komód, krzesło, dwa skórzane fotele oraz wielkie łóżko z jedwabnym baldachimem. Powoli zbliżyła się do niego nie zwracając uwagi, że po drugiej stronie ktoś siedzi.
- Camille – wypowiedział imię tak zmysłowo, że po ciele przeszedł dreszcz pożądania.
Spojrzała w ciemność, a jej oczy od razu wychwyciły jego postać. Białe włosy kontrastowały z ciemnością, a spodnie zlewały się ze kolorem ścian. Dopiero, gdy wstał zwróciła uwagę, że nie ma na sobie koszulki i jego ciało – dość dobrze wyrzeźbione – zachwyciło ją, a dziwne ciepło zawładnęło jej wnętrzem, gdy przyjrzała się mięśniom grającym pod skórą.
Sebastian ledwo powstrzymał się od chichotu widząc jej wyraz twarzy. Mieszanki strachu i pożądania, z lekką nutą niepewności.
- Panie – odpowiedziała pośpiesznie, przypominając sobie, że ma zachować takt.
Zbliżył się do niej i uśmiechnął widząc, jak próbuję zapanować nad igrającymi z nią emocjami. Dotknął zimnymi palcami jej policzka i delikatnie pogłaskał.
- Odpuśćmy sobie formalności. - Powoli podniosła na niego wzrok i skupiła się w czarnych, jak tunele nieprzeniknionych oczach. – Wiesz, dlaczego kazałem ci tu przyjść?
- Nie – odparła powoli i starała się powstrzymać przed drżeniem ciała.
Uśmiechnął się delikatnie, a jego dłoń zjechał z policzka na szyję i odwinęła kołnierzyk bordowej koszuli, na którą miała nałożony gorset. Opuszkami palców przejechał po widocznej tętnicy i zatrzymał się na dwóch czerwonych otworach. Miejscach, gdzie jej ukochana ją ugryzła i bestialsko wypiła jej krew.
- Nie chciałaś się Przemienić. Nawet nie wiedziałaś, że ona była wampirem, prawda? Zachwycił cię jej wdzięk, stateczność oraz odmienność od społeczeństwa. Szybko się do siebie zbliżyłyście, a gdy wyczuła, że jesteś jej całkowicie podatna wykorzystała to.
Każde jego słowo doprowadzało, że coraz bardziej się spinała, a skóra choć blada, zdawała się być biała jak płótno.
- Później jej już nie widziałam. Opuściła mnie na cmentarzu, kiedy nauczyła mnie polować, lecz poszukuję jej…
- Aby się zemścić – dokończył za nią i skierował się w stronę komody. – Już nie musisz.
Przyjrzała się, jak powoli podnosi dużą fiolkę krwi oraz spory pukiel ciemnych włosów.
Widząc jej zaskoczoną minę zaśmiał się i podał jej flakonik.
- Przypadkiem mi się napatoczyła – wyjaśnił i wzrokiem namówił ją, aby wypiła krew. – Wiem, że chcesz to zrobić.
Nie spuszczając z niego oczu otworzyła fiolkę i powąchała ją.
Świeża.
Nie zastanawiała się nawet chwili, tylko podniosła ją do ust i zaczęła wypijać zawartość rozkoszując się metalicznym acz zarazem słodkim smakiem posoki.
- Słyszałem, że krew wampirowi dodaje witalności. Przekonajmy się. – Zbliżył swe usta do jej warg, z których kącików spływał szkarłatny płyn i zaczął namiętnie je całować.
Delikatnie, co chwilę ją popychał w stronę łóżka, aż ta się na nim położyła, a on zaczął coraz śmielej ją dotykać i całować jej szyję. Szybko zdejmował z niej ubranie, a ta w ogóle mu się nie sprzeciwiała, chciała więcej i to otrzymała.

* * *

 Wlekli ją coraz to ciemniejszymi korytarzami nie przejmując się, że jej spodnie pokrywają wielkie plamy krwi z obdartych kolan. Nie pamiętała początku podróży, ocknęła się dopiero, gdy dość niezdarnie wciągano ją po schodach, na wyższe piętro Domu Upadłych. Przyglądała się tym, którzy ją prowadzili, jednak nie rozpoznała w nich żadnego z tych, których widziała na dziedzińcu. Ubrani byli dość groteskowo. Nałożone mieli na siebie coś na rodzaj tunik i na nich skórzane, wzmocnione napierśniki. Oboje byli ostrzyżeni na krótko, a wyrazy twarzy mieli nieodgadnione. Ich skrzydła były szaro - brązowe, czyli prawie, tak jak wszystkich, nawet Andrei’a. Próbowała się ich dopytać, gdzie ją prowadzą, lecz nie doczekała się odpowiedzi, aż nie znalazła się przed wielkimi drzwiami, których front był zdobiony ciekawą płaskorzeźbą przedstawiającą młodą kobietę zasłoniętą jedynie własnymi skrzydłami i trzymającą w dłoni wisiorek w kształcie krzyża.
Za nim bardziej się nad tym zastanowiła drzwi się otworzyły, a ona dość brutalnie została wepchnięta do środka i wylądowała na klęczkach przed ogromnym, mahoniowym biurkiem.
Gdy podniosła głowę napotkała wzrokiem rosłego mężczyznę ubranego w dziewiętnastowieczny garnitur. Był bardzo wysoki, a jego twarz przypominała czterdziestolatka, a nie kogoś, kto ma więcej niż 150 lat. Jego oczy były piwne, a włosy tak ciemne, że prawie czarne, gdzieniegdzie przeciągnięte siwizną, która dodawała mu poważnego wyglądu.
- Kto to? – warknął potężnym głosem i spojrzał na chłopaków, którzy ją przyprowadzili.
- Panie, to jakaś nowa. Została już oznaczona i kazano ją przyprowadzić – odpowiedział jeden z nich lekko się kłaniając.
- Dobrze… Wynoście się i każcie przyjść temu, kto ją tu sprowadził – odrzekł wychodząc zza biurka i zbliżając się do dziewczyny. – Jak masz na imię?
Przyjrzała się mu i pierwsze, co zauważyła, to fakt, że nie miał skrzydeł, a przynajmniej, nie były one uwidocznione. Było to dziwne, ponieważ jakaś moc zmuszała wszystkich do trzymania skrzydeł na wierzchu.
Może to też moc Czarnego Krzyża?
Dłuższą chwilę zastanawiała się czy ma mu odpowiedzieć, lecz jego wzrok i lodowy ton głosu zmuszał ją do tego.
- Lucyna – rzekła cicho.
Melior burknął coś pod nosem i dość boleśnie złapał ją za skrzydła i rozprostował je. Dłuższą chwilę się im przyglądał, po czym stanął naprzeciw niej.
- Skąd masz takie skrzydła? Magia? – spytał.
- Nie – odparła. – Takie już mam.
- Mhm… - mruknął w chwili, kiedy do środka wszedł Andrei.
- Panie – rzekł i lekko się ukłonił. – Wzywałeś.
Szef Domu spojrzał na niego złowrogo.
- Ty ją tutaj sprowadziłeś? – Wskazał na Lucynę, jakby była przedmiotem.
- Tak panie.
- Gdzie ją spotkałeś? – dopytywał dalej Melior.
- Na dworcu – skłamał nawet nie mrugając okiem.
To Lucynie dało do myślenia. Dlaczego ten chłopak miał powód, aby okłamywać swego przełożonego? Chciała być jak najbardziej ostrożna, aby się nie zdradzić i tym samym nie wkopać Andrei’a, bo przeczuwała, że najmniejszy błąd może mieć wielkie skutki.
Melior ponownie coś burknął pod nosem, po czym dodał głośniej:
- Jaki dostała Znak? – Nachylił się tak, że z pod koszuli wysunął się srebrny wisiorek z czarnym krzyżem.
Wyglądał identycznie, jak ten na płaskorzeźbie, co dziewczynie nie uszło uwadze i w ostatniej chwili pojęła, co to jest.
Czarny Krzyż!
- Siły – rzekł chłopak i spojrzał na Lucynę, a ta lekko skinęła głową.
Dostała Znak Władzy, jednak nie mogła się z tym zdradzać.
- Nic specjalnego. Zabierz ją na trening, jest twoją adeptką. – Machnął ręką mężczyzna i wrócił za biurko.
Andrei, czym prędzej pomógł jej wstać i kłaniając się pośpiesznie wyszli z gabinetu, po czym dziewczyna wyrwała się z uścisku i oparła o ścianę.
- Dlaczego to zrobiłeś? – szepnęła.
- Uratowałem ci życie. Kiedyś ci powiem, teraz nie mamy czasu. Chodź, musimy iść i sprawdzić cię w locie, ale to już oceni Belloci.

* * *

Siedział naprzeciw niej i oceniał, od czego zacząć rozmowę. Było mu bardzo ciężko, za ciężko, aby powiedzieć to zbyt dosadnie. Zbierał się z tym już od dawna, jednak nadal nie był pewny czy dobrze postępuje.
- Sferio, nie powinienem tak postępować, jednak muszę odejść. – Spojrzała na niego pytająco, a on strzelił się w myślach w policzek. – Dziękuję, że mogłem z tobą spędzić tyle czasu, ale czuję, że naprawdę muszę odejść. Czuje, że jestem bardziej potrzebny tam, w Idrisie. Czeka tam na mnie moje stado, jak i inni. Wiem, że mogę coś jeszcze zmienić, pomóc, więc podjąłem decyzję, że nie będę zwlekać i odchodzę. – Każde kolejne słowo był kolejnym policzkiem jaki sobie wymierzał.
Miałeś to powiedzieć delikatnie!
Przyjrzała mu się uważnie, po czym podniosła się i powoli do niego podeszła. O dziwo nie była przygnębiona, nawet nie płakała, tylko lekko się uśmiechnęła i wzięła jego twarz w dłonie, po czym ucałowała go w czoło.
- Jesteś odważny Lucjanie i za to cię kocham. Nie będę cię negować za tą decyzję, bo wiem, że jest słuszna, wiem, że jest przemyślana. Rozumiem też ciebie i wiem, że gdybym miała więcej odwagi, lata temu zrobiłabym to samo, aby pokazać, że Krąg niszczy ludzi, demoralizuje ich, ale jednak jestem za słaba.
- Nie jesteś słaba, przecież możesz iść ze mną.
- Nie, nie mogę Lucjanie. – Uśmiechnęła się i pozwoliła mu wstać. – Spakowałeś już wszystko wcześniej, prawda?
Lekko przytaknął głową i poszedł po swój worek marynarski do przedpokoju, po czym ciężko wzdychając wyszedł na próg i odwrócił się, aby spojrzeć na Sferię, która oparła się o framugę i się mu przyglądała.
- Nie żegnajmy się, bo pożegnania doprowadzają, że ludzie już się drugi raz nie ujrzą. – Przytaknął głową. - Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić.
- Pamiętam.
Ruszył przed siebie, jednak gdy zszedł z ganku i odszedł parę kroków zapragnął jeszcze raz na nią spojrzeć. Odwrócił się i mało nie krzyknął widząc ją wiszącą na ganku. Była blada, oczy miała wywinięte w słup, a włosy zdawały się być strąkami.
- Nie wróciłeś – załkała martwymi ustami.
Luke zerwał się zlany potem. Oddychał ciężko i spazmatycznie. Kolejny dzień z rzędu śniła mu się Sferia, co zaczynało go przerażać. Spojrzał na Jocelyn śpiącą obok i pocałował ją lekko w policzek, po czym wstał z łóżka i podszedł do okna.
Zastanawiał się, gdzie może być jego córka i czy nic jej nie jest.
Głupie pytanie!
Na pewno jej coś jest, jeśli zaczęła mu się śnić Sferia, martwa Sferia…
Przełknął głośno ślinę i zaczął się zastanawiać, czy to tylko jego wytwór wyobraźni, czy ona naprawdę się powiesiła. Lucyna nigdy mu nie powiedziała, jak zmarła jego matka, wiedział tylko, że z żalu.
- Jeśli mnie słyszysz, to wybacz mi Sferio za wszystko – szepnął. – Zrobiłaś dla mnie tyle, a ja cię tylko zraniłem, zniszczyłem… Chciałbym pomóc teraz naszej córce, ale nie wiem jak, proszę daj jakiś znak, gdzie jest i co mogę dla niej zrobić?
- Do kogo mówisz?
Luke odwrócił się w stronę zaspanej Jocelyn, która podniosła się na łokciu i spojrzała na niego pytająco. Podszedł do niej szybko i całując ją lekko w policzek szepnął:
- Do nikogo skarbie. Śpij, nic się nie stało.
- To dlaczego wstałeś? – dociekała dalej.
- Miałem zły sen, nic więcej.
- Lucyna?
Nic nie odpowiedział, tylko położył się koło niej i wtulił w jej szyję. Widział swoją córkę jako ostatni i nawet nie wiedział, że ona odchodzi na zawsze…

* * *


Obudził ją szmer głosów, a gdy uniosła się na łokciach zobaczyła już ubranego Sebastiana, który rozmawiał z dwójką swoich podwładnych. Gdy ujrzał, że się zbudziła lekko się uśmiechnął.
- Witaj.
- Witaj – odpowiedziała i szczelniej zasłoniła się kołdrą widząc chciwe spojrzenia jego towarzyszy. – Coś się stało?
- Praca – odparł. – Musimy się zbierać, już prawie wszystko przygotowane.
Camille spojrzała na niego pytająco. W głowie nadal szumiała jej noc i doznania, jakie podczas niej doświadczyła. Ciało nadal pragnęło jego dzikości, zachłanności, lecz sumienie przed czymś ją ostrzegało.
Przed czym?
- Na co? – spytała i okręcając się kołdrą wstała z łóżka i zbliżyła do chłopaka.
Ten machnął ręką na ludzi, aby wyszli, a oni posłusznie wykonali rozkaz. Gdy drzwi się za nimi zamknęły doszedł do szafy i wyjął z niej jakiś ubiór, a następnie lekkim szarpnięciem zsunął z dziewczyny okrycie i przyjrzał się jej nagiemu ciału. Opuszkami palców przejechał po piersiach delikatnymi uszczypnięciami drażniąc brodawki, po czym przystawił strój akolity i uśmiechnął się z satysfakcją.
- Będziesz w tym pięknie wyglądać.
- A jaka to okazja? – zapytała i przejęła od niego ubiór.
- Zaatakujemy Instytut – zaśmiał się i namiętnie ją pocałował.

* * *

Stała na dziedzińcu i przyglądała się jak grupka Upadłych wykonuje każde polecenie, które z dołu wykrzykiwał do nich chudy mężczyzna o ciemnej burzy włosów i lekkim zaroście.
- To tylko dwadzieścia kilogramów osły, a wy latacie, jakbyście mieli po tonie dźwigać! - wrzasnął z widocznie francuskim akcentem.
Żaden jego uczeń nic się nie odezwał, tylko jeszcze mocniej zaczął machać skrzydłami okręconymi - jak zauważyła Lucyna - rzemieniami. Do piersi mieli przywiązane mosiężne płyty, które były obciążeniem dla trenujących.
Andrei powoli zbliżył się do trenera i chrząkając zwrócił na siebie uwagę.
- O, witaj! – odezwał się zaskoczony mężczyzna i od razu zlustrował dziewczynę wzrokiem. – Wracać na ziemię, jazda!
Piętnastu młodzieńców zapikowało w dół i z wielka wprawą wylądowało w równym rzędzie naprzeciw Belloci’ego.
- Umiesz latać? – spytał przyglądając się jej skrzydłom.
Lucyna od razu przytaknęła.
- Mam pokazać?
- Nie musisz. Andrei, jak lata? – zapytał, a chłopak na chwilę się zamyślił.
- Lekko – odparł, a wszyscy parsknęli śmiechem, prócz zaskoczonej dziewczyny.
- No to mamy górnolotnego ptaszka – zaśmiał się, któryś z młodziaków. – W łóżku też będzie górnolotna.
- Ej! – wrzasnęła dziewczyna.
- O, złośnica! Ja biorę ją na dzisiaj! – krzyknął inny, a Lucyna mało nie wybuchła z wściekłości.
Szybko jednak zareagował trener i uciszył wszystkich gestem ręki, po czym skrzyżował dłonie na piersi.
- No dobra. Coś pomyślimy nad twoim treningiem, ale wpierw ci założymy umocnienia.
- Co? – spytała zaskoczona.
- Sznury, rzemienie lub… nieważne, na skrzydła, aby je usztywnić i wzmocnić mięśnie. Dzięki temu lot jest szybszy, a pikowanie pewniejsze.  No dobra to, które wolisz? – Wskazał na kupki umocnień leżących pod ścianą. – Sznury, czy rzemienie?
Dziewczyna podeszła do nich i obejrzała je. Nie wyglądały zbyt dobrze, jak i nie wyobrażała sobie, aby coś takiego nosić.
- Nie ma innych? – spytała i ujrzała niepewność na twarzy trenera.
- Są – odparł dość cicho. – Ale one się nie nadają. Mało, kto wytrzymuje je, są za ciężkie.
- Z czego są zrobione? – dopytywała.
- Z łańcucha – rzekł po chwili i wszedł do małego pomieszczenia, po czym przyniósł z nich zrobione z lśniącego metalu umocnienia.
- Chce je! – Prawie krzyknęła, a uczniowie wybuchli śmiechem.
- Cisza! – krzyknął Andrei i podszedł do Lucy. – Nie, nie chcesz ich. Założenie jest trwałe, czyli ich już nie zdejmiesz i jest bardzo bolesne. Dodatkowo są zbyt ciężkie. Od lat nie znalazł się żaden Upadły, który wytrzymał ich ciężar.
- Ale ja dam sobie radę, chcę je założyć – warknęła, po czym dodała ciszej: – Pokażę wszystkim, że uda mi się, rozumiesz?
Chłopak ciężko westchnął nie wierząc, że kobiety są tak uparte.
- Dobra, chodź do magazynku, musimy je założyć – powiedział po chwili trener.
Andrei, Lucy oraz Belloci weszli do środka i z miejsca kazali oprzeć się dziewczynie o ścianę.
- Nie jestem pewien. Ich się już nie da zdjąć, a w ogóle poranią ci całe skrzydła – rzekł mężczyzna i przymierzył łańcuchy.
- Nic mi nie będzie – warknęła. – Zakładaj.
Mężczyzna nic się już nie odezwał, tylko z pomocą chłopaka, zaczął wyjmować z zapięć długie, zakończone na ostro śruby i nałożył same łańcuchy na skrzydła dziewczyny. Dopasował je i dokładnie ułożył zapięcia, aby otwory znalazły się w tym samym po obu stronach kończyn.
- A teraz zepnij się i nie krzycz – powiedział i przymierzył śrubę. – Gotowa?
Przytaknęła i zagryzła wargę, a następnie nogi się pod nią ugięły. Ból zapromieniował ze skrzydeł do kręgosłupa i odbił się echem nawet w głowie. Nie poczuła po chwili żadnej ulgi, lecz kolejną falę bólu, gdy w następnych miejscach jej skrzydła były przebijane, łącznie po osiem śrub na kończynę. Gdy założono od drugiej strony zapięcia, aby bolce nie wypadły, Belloci pociągnął mocno za jeden łańcuch, aby wszystko ściągnąć na mięśniach do takiego stopnia, żeby się w nie wżynały i poprzecinały skórę.
Nie krzyczała z bólu, nie była w stanie, ale widząc pod sobą kałuże krwi chciała zemdleć.
Sama się na to zdecydowałaś.
Po jej policzkach płynęły obficie łzy, jak posoka po plecach i po pojedynczym łańcuchu, który zwisał z każdego skrzydła.
- Skończone. – Te słowa były, jak błogosławieństwo.
Odwróciła się, a Andrei i trener byli bladzi, jak płótno.
- Bardzo cię boli? – spytał chłopak.
Przytaknęła nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Te pojedyncze łańcuchy służą do obrony, przy obrocie ranią każdego w zasięgu metra. A te, które poraniły ci skórę, kiedy się zagoją, zespolą się z mięśniami, co dodatkowo je usztywni, a teraz, aby ból ci minął, musisz trochę polatać i uregulować mięśnie. Jak to zrobisz, do wieczora ból minie, ale pamiętaj, że już ich nie schowasz – mówił rzeczowo trener, a Lucy na wszystko powoli przytaknęła i ruszyła za nimi na zewnątrz.
Wszyscy zamarli, gdy ujrzeli jej ubranie przesiąknięte krwią i nałożone umocnienie.
- Czujesz ich ciężar? Będziesz w stanie polecieć? – zapytał Andrei.
- Tak – odparła i jak na zawołanie zaczęła z o wiele większym wysiłkiem, niż wcześniej nimi machać, lecz nie uniosła się.
Usłyszała za sobą ciche parsknięcia śmiechem i głupkowate żarty, które tylko ją zmobilizowały do działania. Zignorowała cały ból i wybiła się najmocniej jak się dało. Czuła, jakby miała na plecach drugiego człowieka, wyczuwała, że łańcuchy mogą ważyć około trzydziestu kilogramów, ale nie mogła się poddać. Włożyła całą siłę w uderzenia skrzydeł i wznosiła się coraz wyżej. Wszyscy jej się przyglądali z dołu z zaskoczeniem.
- Cholera – zaklął Belloci. – Jest silna, jak koń. Ostatni, kto założył te umocnienia był Melior i jak głoszą pogłoski, za pierwszym razem, nawet nie zdołał ruszyć skrzydłami, a ta dziewucha uniosła się na wysokość ponad stu stóp!
- Nadaje się? – zagadnął chłopak przyglądając się Lucynie z nieukrywaną dumą.
- Oczywiście – odparł i zwrócił się do okna, z którego wyglądał Melior widocznie wściekły widokiem Lucyny. – I uczynię z niej najlepszego wojownika.
   
* * *

Zaczęła wszystkich pośpiesznie budzić, a najmłodszego wzięła na ramiona nie przejmując się, że dziecko jest całe wystraszone gwałtownym wyrwaniem ze snu. Kazała wszystkim się zebrać w salonie, a mężowi przygotować torby. Bała się tego, że wizja przyjdzie za późno, ale to nie oznaczało, że nie mieli żadnej szansy.
- Babciu, co się dzieje? – spytała zaspana Lisa opierając się o brata.
- Zbierajcie się, uciekamy z Instytutu. Weźcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
- Co się stało? – zapytał zaskoczony Jakub.
- Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo – odparła podając mu chłopczyka i sama chowając noże i inną broń. – Adam, idź do zbrojowni weź niewielki zapas broni, a reszta niech się śpieszy i pomóżcie dzieciom.
- Co widziałaś? – To pytanie zadał Peter przynosząc z kuchni trochę żywności i chowając je do torby.
- Płomienie, Instytut i… - nie dokończyła słysząc wybuch od frontu. – Jest już za późno – szepnęła. 


środa, 5 listopada 2014

Sen Szatana

Witajcie! To opowiadanie nawiązuje do całej historii, lecz nie jest żadnym rozdziałem, ani częścią żadnego z rozdziałów. Jest to całkowicie osobna historia, która ma was zapoznać z jednym z zaczętych wątków. Który to jest wątek? To się sami przekonacie ;) Zapraszam do czytania :)
_________________________________________________________________________

Miałam sen… Był on dziwny. Nie, nie dziwny. Niezwykły…
Stałam na wzgórzu i patrzyłam na dolinę, dolinę pełną brzozowych i dębowych krzyży. Wszystkie były ustawione w równych rzędach, w odległości od siebie dwóch, sporych kroków. Nie potrafiłam ich zliczyć. Wyglądały jak nieruchome, drewniane morze, które przypomina jedynie o nieubłaganie pędzącym czasie, o demoralizującej cywilizacji i pani tego świata, o Śmierci, która z delikatnym uśmiechem na twarzy sunie między ludźmi i co jakiś czas lekko obejmuje kogoś, aby zabrać jego dusze i ulecieć niczym dym razem ze swą zdobyczą. Ciała pozostawione bez właściciela lądują tutaj i tylko, jako pamięć pozostaje tabliczka z literami, które składają się w dziwne słowa… Imiona, nazwiska, pseudonimy, ksywki.
Krążąc między nimi, w ogóle ich nie rozpoznaję. Margaret Poleys, Jerzy Poleys, Samuel Serrentes, Jakub Finerch, Weronika Poleys, Sferia Stellen i wiele, wiele innych. Miałam dziwne przeczucie, że te imiona i nazwiska już gdzieś, kiedyś słyszałam, lecz ta myśl była jakby rozdzielona od innych, odległa, ukryta za mgłą, która skutecznie ją kryła przede mną. Szłam dalej spokojnym, czujnym krokiem. Wokół mnie rozbrzmiewała tylko cicha melodia żałobna, grającą przez wiatr w liściach, które już zakryły alejki złotym dywanem. Muzyka piękna, acz przytłaczająca. Znana, acz dobijająca. Przywracająca tak wiele wspomnień, że aż znienawidzona. Ten sonet grający przez wiatr w tak piękny dzień był, jak śnieg w środku lata…  Był przeciwieństwem tego wszystkiego, co się wokół mnie działo.
Przecież to tylko krzyże!
Cały czas sobie mówiłam i dążyłam dalej, gdzie niosły mnie nogi. Boki zaczęły ciemnieć, krzyże zanikać, jak we mgle, obraz się rozmazywać, a źrenice zwężać, gdy przede mną rósł płomień, zmieniał się w pożar, przybierał ludzki kształt. Każdy by w takiej chwili uciekł, lecz ja stałam. Nie miałam dokąd uciec, byłam w pustce, czarnej, zimnej, lecz znanej. Nie bałam się, nie miałam czego się bać. Płomienie zmniejszyły się, przybrały ludzką postać, małego chłopca z rozmierzwioną, falująca czupryną, delikatną, kruchą posturą, pustymi oczami i smutnym wyrazem twarzy.
To był on!
Mój mały braciszek!
Poczułam, jak serce gwałtownie obiło mi się o żebra, a nogi same się ugięły zmuszając mnie, abym przed nim klękła. Oh… Jaki jest on malutki, jaki niewinny… W ogóle nie urósł. Był nadal sześcioletnim Antosiem, malutkim Antosiem, który zawsze, gdy widział, że jego siostra się smuci, próbował coś na to zaradzić. Był tym samym Antosiem, którego nosiłam na barana, którego chroniłam i wychowywałam, jak swoje dziecko. Tym samym Antosiem, którego tyle lat temu rozszarpała na strzępy, bez jakiejkolwiek litości, którego zjadałam, którego piłam krew, aby ugasić pragnienie.
Przełknęłam ślinę tak głośno, aby rozniósł się ten dźwięk echem po całej dolinie. Rozszarpałam go… Zabiłam… On nie żyje…
To wszystko dochodziło do mnie bardzo powoli, a rękę, którą zaczęłam wyciągać w jego stronę zatrzymałam w pół drogi i jeszcze wolniej zaczęłam cofać.
Stał przede mną z rączkami splecionymi za plecami. Podbródek przyciągnął do piersi, a jego oczka, w których płonęły dwa płomyczki świeciły pod kurtyną włosów spadających na czoło. Wyglądał uroczo, niewinnie, tak jak zawsze, kiedy przychodził do niej, aby ją pocieszyć, a nie potrafił odnaleźć żadnych trafnych słów, aby zacząć dialog.
- Antoś? – wykrztusiłam cicho do niego, a on raptownie podniósł głowę. – Ty nie żyjesz, prawda?
Nic nie odpowiedział, tylko gwałtownie do mnie dopadł i złapał mnie za ramiona. Dopiero teraz zrozumiałam, że stworzył go ogień. Zaczął palić mój materiał, a potem skórę. Krzyknęłam w chwili kiedy swym czołem dotknął mojego, a ja zapadłam się w pustce.
Przede mną zaczęły przewijać się setki obrazów z mojego życia. Dawnego życia.
Widziała siebie jako ośmiolatkę z dwoma długimi warkoczykami, które radośnie skakały wokół mojej twarzy, gdy podskakiwałam przy mamie trzymającej niebieskie, małe zawiniątko. Sferia, ukucnęła koło mnie, a ja pierwszy raz ujrzałam jego maleńką, pyzatą buzię z wielkimi, szarymi oczami, które przyglądały mi się badawczo. Wyciągnęłam rękę w jego stronę, lecz obraz gwałtownie się rozmył zostawiając nicość. Po chwili rozbłysło jakieś światło, a ja stałam przed domem. Byłam ze dwa lata starsza. Tak, na pewno dwa. Antoś miał wtedy swoje drugie urodziny. Składał pierwsze zdania i męczył nimi wszystkich, także błagając aby się z nimi pobawić. Patrzyłam jak się z nim ganiałam, ślizgałam na ślizgawce, huśtałam oraz podnosiłam go, a on udawał, że jest samolotem. Mimo że ubrudzony był całym swoim waniliowym tortem urodzinowym, którym brudził również mnie, nadal wyglądał tak słodko, że nie było wstanie powstrzymać się, aby dać mu buziaka. Trzymając go zaśmiałam się i podrzuciłam go do góry, a nagle świat ściemniał, a on zmienił się w odlatującego ptaka.
Był zachód słońca.
Antoś widocznie był o wiele starszy, miał pięć lat, prawdopodobnie zbliżały się już jego kolejne urodziny. Był po za terenem naszej posesji. Biegał po wzgórzach, na których rozpoczynał się las.
Zatrzymywał się co chwilę i krzyczał moje imię tak rozpaczającym głosem, że w oczach zakręciły mi się łzy. Spojrzałam na las i ujrzałam między drzewami siebie. Płakałam z całej siły ściskając pień drzewa. Włosy miałam brudne i potargane, ubranie również nie było w najlepszym razie.
Od strony domu biegła w jego stronę mama. Jak zawsze w fartuchu, a włosy miała spięte w niesforny kok. Mimo wieku była nadal zwinna i szybka, więc bez problemu złapała małego. Chłopczyk chwilę szarpał się w jej ramionach, aż całkowicie poddał się rozpaczy i rozpłakał w matczynych ramionach. Sferia osunęła się na kolana i przycisnęła malca do piersi, a ja ujrzałam, że po jej policzkach również zaczynają spływać pojedyncze łzy. Tuliła go i kołysała kojąco, gdy on chlipał:
- Mamusiu, gdzie Lucy, gdzie moja siostrzyczka?
- Skarbie. – Zdawało się to tylko cichym wydechem. – Lucynka musiała iść, ma ważną sprawę. Jutro wróci.
- Nie! Ja chcę ją teraz! – łkał dalej, a ona z całej siły powstrzymywała się, aby sama nie poddać rozpaczy.
Spojrzałam znów na siebie i zauważyłam, jak przyglądam się chowającemu słońcu i ukazującej tarczy księżyca, pełnej i jasnej w swej chwale. Zagryzając wargę z bólu odepchnęłam się od pnia drzewa i wbiegłam w głąb lasu, a cały świat znów stał się czernią, z której wyłoniło się wnętrze domu. Stałam w jednym z jego głównych pomieszczeń, z którego obserwowałam sunącego przy ziemi sporego, biało – szarego wilka. Przyglądałam się jak węszył swoją ofiarę i przyśpieszał, aby po chwili zniknąć za jednym z wejść. Szybko za nim pobiegłam i ujrzałam, jak wchodzi na kołdrę, wącha chłopca, skrytego pod nią, a następnie ujrzałam jedynie błysk kłów. Do góry poleciał kawałek ludzkiego mięsa, a na ścianę trysnęła fontanna krwi.
Krzyknęłam i podbiegłam do łóżka. Chciałam odsunąć od mojego braciszka tą bestię, uratować go, lecz przeleciałam przez wilka, jak duch. Zwierzę szarpało jego ciało, rozerwało pazurami brzuch i wyjadało jelita, jakby to było spagethi. Po chwili zaczął odgryzać wszystkie kończyny, kończąc na głowie. Wypatroszony tułów i głowę, z szeroko otwartymi oczami odrzucił na bok, a złapał za nogę i kładąc się wygodnie w wielkiej kałuży krwi, która była na pościeli, zaczął ją ogryzać. Uklękłam zrozpaczona nad częściami ciała i zaczęłam płakać, widząc kątem oka, jak bestia kończy swój posiłek, pije krew, która krzepnie wokół niego i kładzie się spać, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Zawyłam zrozpaczona, a ciemność znów mnie ogarnęła.
Wróciłam na cmentarz, a przede mną stał mój braciszek, który powoli zaczął się rozpadać, tak jak go rozszarpałam.
- Ty to zrobiłaś – powiedział smutno chłopczyk, a ja podniosłam się szybko na nogi i zaczęłam biec alejkami.
Znów przyglądałam się nazwiskom, które zaczęłam rozpoznać. Krzyczałam zrozpaczona widząc imię babci i swojego rodzeństwa, całego rodzeństwa. Czy oni też nie żyją?! Błagałam Boga i Szatana, aby to nie była prawda.
Biegłam dalej, aż zobaczyłam, że na jednej z tabliczek kawałek ode mnie widnieje imię Jace, a zaraz obok niego Aleksander. Przyśpieszyłam kroku, lecz uderzyłam w niewidzialną barierę. Chciałam Zobaczyć nazwiska, czy to nie jest zbieg okoliczności, że to nie jest moja najgorsza myśl, jednak nic nie mogłam. Uderzyłam pięściami w przezroczysty mur i zapłakana osunęłam się na ziemię wycieńczona.
- Nie twój czas poznać jeszcze tą przyszłość Lucyno, lecz pamiętaj, że My o tobie nie zapomnieliśmy i wiedz, że Nasza Dama po ciebie niedługo przybędzie, abyś wreszcie odpokutowała swoje grzechy i gniła na tym cmentarzu samotnie, zapomniana przez wszystkich.
Zerwałam się gwałtownie i ledwo mogąc oddychać zaczęłam ocierać łzy. Ujrzałam nad sobą znajomą sylwetkę i szepnęłam przerażona:
- Jace?
Chłopak podszedł szybko i siadając przytulił mnie, zaczynając głaskać oraz uspokajać.
- Cicho Lucynko, to ja Andrei.
Odetchnęłam głęboko i wtuliłam się w niego pozwalając sobie na jeszcze kilka łez…

czwartek, 16 października 2014

Rozdział# 12 - Nowe Życie

O szybę uderzały spore krople deszczu i niczym łzy spływały po niej pozostawiając niekształtne smugi, które przekształcały świat za nimi. Z godziny na godzinę ulewa była coraz większa, a krajobraz, któremu się przyglądała był jeszcze bardziej odludny i nieznany. Wioski, miasteczka i wsie zmieniły się najpierw na hektarowe pola złotego morza, które w słońcu mieniły się ciepło i delikatnie falowały pod wpływem lekkich zefirów tańczących w kłosach. Później ten widok zamienił się na zielono – szare łąki, których intensywność szmaragdu odbierały kłębiące się nad nimi ciemne chmury zwiastujące jedynie burze. Ten widok nie opuszczał jej aż do granicy. Gdy tylko ją przejechali nawet i ten widok się zmienił i teraz były tylko zaniedbane pola, wiele nieużytków, gdzieniegdzie zagajnik lub las, a czasami zgliszcza po letnich pożarach. Gdzie rzuciła okiem nie widziała żadnej wioski, nad którą by wystawał krzyż wieńczący kościelną wieżę. Nie było żadnej wsi, gdzie ujrzałaby gospodarstwa i wokół nich pasące się zwierzęta hodowlane. Nie było żadnego domu, żadnej chatki czy bacówki. Były tylko pola zieleniące się od chwastów.
Mimo tego uśmiechała się lekko, ponieważ pod jej powiekami nadal wymalowany był obraz pola. Fioletowego pola.
Lawenda.
Ponad pół godziny pociąg jechał między dwoma morzami wrzosowego koloru, które lekko się kołysało niczym w rytm niesłyszalnej muzyki.
Przyglądała się im z nieznanym jej dotąd zachwytem, którego nie potrafiła uzasadnić. Zdawał jej się to widok nieziemski, jakby trafiła do raju, który wiele razy próbowała sobie przed snem wyobrazić, aby spróbować się pozbyć snów przedstawiających jej piekło. Pociąg w połowie pól zaczął powoli hamować i zatrzymał się przy malutkiej stacji, do której zdawała się nie prowadzić żadna droga. Stało na niej parę osób, które zaraz wsiadły do pociągu, lecz nikt tutaj nie wysiadał. 
Do jej przedziału – całkowicie pustego – wszedł młody chłopak. Nie mógł mieć więcej niż siedemnaście lat. Był wysoki, dość rozbudowany w barkach, które mocno napinały materiał czarnego podkoszulka, który również idealnie opinał umięśniony brzuch. Powoli podążyła wzrokiem do jego twarzy i ujrzała, że ma włosy kontrastujące z jego czarnymi spodniami i koszulką. Zdawały się być roztrzepaną, złotą aureolą wokół jego głowy z wydatnymi kośćmi policzkowymi i ostro zarysowana szczęką. Gwałtownie wciągnęła powietrze.
To niemożliwe!
Jej myśli zaczęły wariować. Płuca odmówiły współpracy, a serce zdawało się pracować w takim tempie, jakby otrzymało końską dawkę adrenaliny. Palce samoistnie kurczowo złapały się krawędzi siedziska, a oczy urosły do nienaturalnych rozmiarów. Nie wierzyła w to, co widzi.
Przecież to jest niemożliwe, przecież nie mogli jej znaleźć!
Jedynym słusznym rozwikłaniem tej zagadki było to, że Brat Zachariasz ją wydał, ale to i tak brzmiało idiotycznie. Przecież on sam chciał, aby nikt za specjalnie o tym nie wiedział, nawet wszystkiego jej dokładnie nie podał. To był absurd!
Powędrowała wzrokiem jeszcze raz po jego twarzy, a ciało momentalnie się rozluźniło, jakby spuszczono z niego całe powietrze. Ten sam zadziorny uśmiech, ta sama postawa, to samo bystre spojrzenie, ale… Inne tęczówki, kolorem dorównujące lawendzie sunącej za oknem.
Tym fioletowym wzrokiem przyglądał się jej uważnie, a kąciki ust jeszcze bardziej się uniosły.
- Wolne? – spytał idealną polszczyzną, ku jej zaskoczeniu.
- Tak – wychrypiała i zaraz zlustrowała go jeszcze bardziej intensywnym wzrokiem, kiedy siadał naprzeciw niej. – Skąd wiedziałeś, że znam Polski wiedząc, iż jesteśmy już dawno za Polską granicą?
- Tylko Polki są takie piękne. – Wyszczerzył idealnie proste i perłowo białe zęby.
Lucy jedynie westchnęła zirytowana i jeszcze bardziej skupiła się na lawendzie za szybą, której intensywny zapach przyszedł razem z chłopakiem i powoli, acz dobitnie ją odurzał i wystawiał jej siłę woli na dość ciężką próbę.
- Jedziesz do Budapesztu? – spytał lekko się garbiąc tym samym przybliżając do niej.
- A po co ci to wiedzieć? Piszesz książkę? To ci rozdziału będzie brakować – warknęła sama nie wiedząc skąd ma w sobie taką złość do nieznajomego, który zdaje się być uprzejmy.
Nawet nie spojrzała na niego. Starała się udawać, że go nie ma, że jest sama. Tylko ona i jej myśli. Mimo to serce non stop przypominało jej o obecności młodzieńca, który doprowadził ją do stanu przedzawałowego.
- Wybacz, jeśli cię uraziłem, ja tylko z ciekawości, bo właśnie tam się wybieram. W ogóle jestem Andrei. – Uśmiechnął się nieśmiało, jak gdyby nie był pewny tego, jak dziewczyna zareaguje na jego słowa.
- Lucyna – odparła i odwróciła się w jego stronę.
O dziwo jej wzrok, mimo że zimny, nie ukazywał złości, czy też zdenerwowania. Praktycznie nie ukazywał… Nic.
- Miło mi. – Jego uśmiech stał się pewniejszy i pełen wdzięczności, że mógł poznać jej imię. – Więc dokąd się wybierasz?
Przyglądała się jego fiołkowo – lawendowym oczom, które w ogóle do niego nie pasowały. Ogólnie żaden kolor tęczówek do niego nie pasował prócz tych, które przypominały blask słońca lub roztopione złoto. To te oczy pokochała i nienawidziła zarazem i gdy patrzyła się w sobowtóra widziała w nim tylko fatalną kopię kogoś, o kim najbardziej chciała zapomnieć.
- Sama do końca nie wiem – odparła po dłuższej chwili.
- To gdzie masz zamiar wysiąść? – spytał i spojrzał jej głęboko w oczy, jakby chciał sprawdzić czy nie kłamie.
- W Budapeszcie, a później zobaczę, gdzie mnie nogi… - nie dokończyła gwałtownie skupiając swój wzrok na jego szyi, na której zobaczyła dziwnie znajomą smugę.
Nie zastanawiała się ani sekundy, tylko złapała go za ramię i szybkim ruchem podciągnęła i tak krótki rękawek, do końca ukazując jego dobrze wyrzeźbiony biceps i na nim czarny, jak smoła zawijas.
Znak.
Ze zduszonym krzykiem wstała z siedzenia i raptownie się od niego odsunęła. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony i lekko uchylił usta w niemym pytaniu o całą sytuację, lecz ta mu gwałtownie przerwała gestem ręki. Wzięła głęboki oddech, spojrzała na niego władczym wzrokiem i przybrała gwałtownie dumną postawę. W ciągu paru sekund zdawała się postarzeć o ładnych pięć lat, co zrobiło na nim niemałe wrażenie.
- Jesteś Nocnym Łowcą, prawda? – spytała tak zimnym tonem, jakby była sama królową lodu.
Andrei lekko przechylił głowę na bok i spojrzał na nią z przerażeniem.
- Tak, czy to coś złego jeśli ty sama nim jesteś? – odpowiedział pytaniem na pytanie siląc się na spokojny ton.
- Skąd to możesz wiedzieć, nie mam żadnych Widzialnych Znaków! – Prawie krzyknęła i wyciągnęła w jego stronę ręce pokazując gładką, niepoznaczoną Runami skórę.  
Chłopak lekko wzruszył ramionami.
- Po prostu wyczułem, tak jak każdy z Nas – odparł jakby to było oczywiste.
- Jacy „Nas”? – zapytała zaskoczona i zrobiła krok w jego stronę.
- My, to znaczy tacy, jak ja czy ty. Lepsi Nocni Łowcy. Wybrańcy Boga lub Dzieci Aniołów. Jak wolisz, tak to nazywaj. Ja wolę mówić po prostu „Nas”.
- Lepsi Nocni Łowczy, czyli Nefilim ze skrzydłami? – spytała nie będąc pewna czy nadają na tych samych falach.
Chłopak uśmiechnął się uroczo i powoli się podniósł. Podał jej rękę i wręcz ojcowskim gestem doprowadził ją do siedzenia, na które ciężko opadła.
Gwałtownie zawirowało jej w głowie. Wszystkie te nowe wiadomości odbiły się w środku echem, które chciało jej rozsadzić najpierw czaszkę, aby zaraz po tym zniknąć. Spojrzała na niego zamglonym wzrokiem i wiedziała, że on jest jednym z tych, o których mówił jej Jem.
- To, że się spotkaliśmy to nie jest przypadek, prawda?
- Można tak powiedzieć. Jadę tam gdzie ty, lecz jestem bardziej poinformowany, gdzie to Coś się znajduje i prawdę mówiąc nie wiedziałem o twoim istnieniu do chwili, kiedy wszedłem do pociągu i wyczułem moc pałającą od ciebie. Gdy cię zobaczyłem byłem pewny, że jesteś jedną z nas – powiedział spokojnie i znów usiadł naprzeciw.
- Aha – skwitowała i spojrzała się w stronę okna.
Teraz Andrei spał oparty na własnej ręce, a ona przyglądała się mu i lekko uśmiechała. Nie czuła nic do niego i nie miała najmniejszego zamiaru poczuć, lecz cieszyła się z faktu, że w całkiem nowym miejscu, nie będzie już sama i może będzie miała jakieś wsparcie.

* * *

Mijała kolejna godzina, od kiedy mieli w towarzystwie Konsula wściekłego bardziej niż osa. Cały czas tworzył kolejne teorie spiskowe na temat Lucyny, której i tak po dokładnym przeszukaniu Instytutu nie znalazł.
Jace i Alec, co pewien czas kontaktowali się wzrokiem, który powoli przesuwali w stronę żarzącego się ogniska, gdzie wśród ogromnej kupki popiołu znajdowało się to, co pozostało z listu od niej. Oboje pragnęli, aby jeszcze raz spojrzeć na jej makowe, lekko pochyłe pismo, słynne z wielu zawijasów i ogonków. Pragnęli jeszcze raz przeczytać jego treść, aby spróbować ponownie wyszukać w tym wskazówki, dokąd się udała i jakie ma zamiary.
Konsul cały czas bredził o tym, jakim ona jest zagrożeniem dla środowiska i takie monstra powinno się zaraz po urodzeniu zabijać.
- Ona nie jest monstrum – wysyczała przez zęby Isabelle.
Wszyscy spojrzeli na dziewczynę zaskoczeni, gdy ta wstała, a bat, który miała zawinięty na nadgarstku zaczął się powoli rozwijać i delikatną spiralą opadać ku ziemi. Pies, który do tej pory leżał spokojnie przy fotelu, na którym siedziała Margaret, gwałtownie się podniósł i wskoczył na kanapę obok Konsula. Spojrzał na chwilę na Isabelle, a następnie przeniósł wzrok na mężczyznę i jeżąc się zaczął na niego warczeć i ukazywać kły.
- Zabierzcie ode mnie tego wściekłego kundla! – krzyknął i gwałtownie się podniósł.
- Dobry piesek – pochwaliła Izzy i przeniosła wzrok na Konsula, po czym delikatnie ruszyła nadgarstkiem, a bat lekko zafalował w powietrzu.
Alec nie chciał, aby to się tragicznie skończyło i szybko wstając złapał siostrę kurczowo za ramiona, lecz ta nie reagowała. Nadal zimnym wzrokiem lustrowała kogoś, kogo nie uważała za żadnego przywódcę Nefilim, a zwykłego łachudra, który się nie nadawał do tej roli.
Jace spojrzał na Clary, którą również kurczowo trzymał Luke i głaskał ją po włosach. Magnus stał przy oknie, a rękoma tak mocno ściskał krawędź parapetu, że całe knykcie mu pobielały. Nie widział jego twarzy, lecz mógł być pewnym, że jest biała i zacięta. Margaret za to i Jerzy od chwili zaniesienia najmłodszych wnucząt do łóżka mieli obojętny wyraz twarzy i spokojny tonaż głosu, całkowicie niepasujący do tej sytuacji. Lisa, Adam, Peter, Michał oraz Jakub byli pogrążeni w swojej dyskusji i wykazywali całkowity brak zainteresowania Konsulem i jego fochami.
- Nic z tym Margaret nie zrobisz?! – spytał i zbliżył się do szefowej Instytutu.
- A co mam zrobić Konsulu? – zapytała. – Zachowujesz się jak ponad półtora roku temu. Przybyłeś jak ta burza, powiedziałeś, że masz pismo, dzięki któremu możesz zabrać Lucynę do Cichego Miasta i machając mi przed nosem zacząłeś jej szukać, a ja nie wiedziałam gdzie jest.
- Zabiła wiele osób, nawet Nocnych Łowców! – krzyknął.
Ona jest inna niż my!
Chciał krzyknąć Jace, ale się powstrzymał, gdy zobaczył płomienny list powoli wyłaniający się z ognia i formujący przed twarzą Konsula.

Szukaj mnie, cierpliwie dzień po dniu.
Staraj się podążać moim śladem.

~ L.S.A  

Jego twarz gwałtownie stała się czerwona, a ręce wręcz rozszarpały papier. Rzucił wściekle wzrokiem na wszystkich i z rykiem wypadł z Instytutu.

* * *

Wysiedli na dworcu Budapest Keleti i przeczekali najgorszy tłok turystów pędzących do taksówek, aby pojechać do hoteli, których wokoło było pełno. Usiedli spokojnie na ławce i przyglądali się pędzącym rodziną czytającym przewodniki w różnych językach. Cicho parskali śmiechem, że ludzie byli tak zajęci, że nawet nie zwrócili uwagi na dwójkę podejrzanie wyglądających dzieciaków w tym jedno całe wytatuowane w dziwne znaki, którzy siedzieli na jednej ławek, bez żadnych bagaży i podejrzliwie przyglądali się wszystkim jakby szukali kolejnej ofiary.
- Ludzie naprawdę są ślepi – skwitował Andrei.
- To Przyziemni, tego nie ogarniesz. – Zaśmiała się i wstała, kiedy dworzec opustoszał. – A teraz mnie prowadź, bo ty podobnież znasz drogę.
Chłopak nic nie odpowiadając, acz tylko uśmiechając się lekko, rozprostował skrzydła i pofrunął na posąg wieńczący bramę dworca.
Lucyna nie czekając dłużej uczyniła to samo i stając obok niego rozejrzała się po okolicy, tak jak robił to jej towarzysz.
- Czego wypatrujemy? – spytała po dłuższej chwili, kiedy panorama Budapesztu, nader szara nie zrobiła na niej żadnego wrażenia.
- Tego czego szukamy się nie widzi, to się czuje sercem – odparł filozoficznie i spojrzał na nią z nadzieją, że zrozumiała jego aluzję.
Lucyna patrzyła na niego z ukosa, lecz zaraz zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Jej serce zabiło mocniej, a skrzydła zesztywniały, jakby posąg, o który się opierała zamienił jej ciało w litą skałę. Mięśnie pod skórą mimowolnie zadrgały, jakby uderzyła w nią delikatna fala dźwiękowa, która odbiła się pustym echem w głowie. Pod powiekami zagrał kalejdoskop świateł, które po chwili zaczęły wirować, zamieniać miejscami, tańczyć jak pary na sali balowej. Mimowolnie ściągnęła brwi i skupiła się na tym, co tworzyło się w jej głowie. Blaski się wydłużyły, zaczęły zwalniać i stanęły, a to, co z nich powstało było promiennymi konturami panoramy, która się przed nią roztaczała, lecz z kilkoma defektami. Szybko otworzyła oczy, po czym zaraz je zamknęła i mapa znów jej się ukazała.
- Czyli dobrze widziałam – powiedziała sama do siebie, a jej umysł skupił się na zmysłowej mapie, która na panoramie domalowała ogromne zamczysko na końcu miasta, lekko zakrytego przez wzgórze piętrzące się przed nim.
Uśmiechnęła się czując nadnaturalne lekkie szarpniecie ciała, które już chciało się znaleźć w miejscu, którego jej oko nie potrafiło dostrzec. Poddała się temu impulsowi i puściła się posągu, po czym zapikowała parę metrów w dół, aż jej skrzydła podłapały podmuch powietrza i oddając się jedynie naturze i niewidzialnej ścieżce, która jak Nić Ariadny prowadziła ją labiryntem uliczek i prądów, które doprowadziły ją do miejsca, gdzie wreszcie będzie normalna, gdzie wreszcie dowie się, kim dokładnie jest i nie będzie się musiała przejmować swoją „wyjątkowością”.
Andrei spokojnie podążał za nią i przyglądał się, jak z zamkniętymi oczyma leci między kamieniczkami i zbliża się do miejsca, gdzie już dawno powinna się znaleźć. Oglądając ją wiedział, że jeszcze wiele będzie ją czekać, że jeszcze się zmieni, że jeszcze stanie się jedną z nich, lecz wiedział też o czymś, o czym ona nie wiedziała i nikt prócz tych, którzy mogli to wyczuć…
Doleciała do niewielkiego wzgórza i obracając się wokół własnej osi w powietrzu wylądowała delikatnie na palcach, które zniknęły w wysokiej trawie. Nie schowała skrzydeł, które zdawały się pochłaniać cały blask słońca i kumulować go w złotych Runach mieniących się na piórach, jak czyste złoto. Podniosła powoli wzrok, który nie potrafił przechwycić całego obrazu, ukazującego się przed nim. Ogromny zamek sześciomasztowy, budowany na kształt sześcianu, otoczony grubym, ciosanym, kamiennym murem i wielką około dziesięciometrową dębową bramą, na której wypalone zostały Znaki, anioły oraz na samym środku ogromny krzyż. Styl budynków zdawał się połączenie gotyku i klasycyzmu. Freski i strzeliste budowle, były ozdobione wieloma rzeźbami przedstawiającymi głównie anioły oraz młode kobiety najczęściej zakryte tylko swoimi skrzydłami, które trzymały wazy lub bukiety i z pokłonem podawały je obnażonym mężczyzną, którzy przyglądali im się z dumą i wyższością. To, co najpóźniej przykuło jej uwagę to, to że każda wieża oraz baszta zwieńczona była krzyżem, przeważnie kamiennym prócz jednego na głównym zamku, który był o wiele większy i czarny, jakby stworzony z alabastru.
- To czarny diament, czysto ciosany – powiedział chłopak, który stanął za nią.
- Jest niesamowity i to on wytwarza tą aurę – odparła, czując dziwne pulsowanie w skroniach, podobne do tego, jak była w Pustce i wsłuchiwała się w głos swoich Panów.
- Tak – odparł i zaczął schodzić po wzgórzu. – Chodź! Wyczekują nas.
- Przecież nikt nas nie widzi, nikogo tam nie ma, na basztach czy za murem oraz skąd mogliby wiedzieć, że przybywamy. Ja sama nie byłam pewna, że tu będę – odparła i zaczęła się rozglądać.
- Lucyno Sferio Adele Graymark wszystko jest zapisane w Księdze i nic nie dzieje się niespodziewanie lub przypadkiem. – Był coraz bliżej ogromnej bramy.
Dziewczyna nie wiedząc, co ma powiedzieć pobiegła za nim i gdy się do niego zbliżyła stał już przy wejściu i przyglądał jej się wyczekująco. Pulsowanie stało się wręcz nie do zniesienia, a skrzydła, które chciała schować odmówiły jej współpracy. Nie wiedziała, co się dzieje i już chciała się o to spytać, lecz widząc tajemniczy uśmiech Andrei i bramę, która powoli się otwierała umilkła i spojrzała do środka.
Jej oczy się rozszerzyły w niedowierzaniu, a usta same lekko rozchyliły. Za bramą to nie był ten świat, który widziała ze wzgórza.
Ujrzał czarne, szare, bure i białe smugi śmigające po niebie z taką szybkość i zwinnością, że zdawały się być jedynie błyskami kolorowego światła. Dziesiątki młodych mężczyzn ubranych w różne zbroje latali, walczyli i ćwiczyli zwinność przelatując przez obręcze zawieszone w powietrzu.
- Witaj w swoim domu – powiedział chłopak i wprowadził ją do środka.

* * *

- Już wyjeżdżacie? – spytała zaskoczona Margaret.
Luke tylko pokiwał z niedowierzaniem głową, nie mogąc się nadziwić uprzejmości tych ludzi.
- I tak spędziliśmy tutaj za dużo czasu. Dziękujemy za wszystko, lecz dzisiaj otrzymaliśmy list, że w naszym kraju zaczyna się źle dziać, niedługo i również wasz kraj może to ogarnąć, więc bądźcie w gotowości.
To prawda. Dzisiejszego ranka, a czwartego dnia po zaginięciu Lucyny, Jocelyn otrzymała od Maryse ognisty list informujący o bieżącej sytuacji, jaka dzieje się w Instytutach w Ameryce, które są informowane przez Cleve o jakimś zagrożeniu.
Szefowa Instytutu nie była też rozlazła w słowach i skróciła informacje do minimum, które mówiło tak wiele, choć zarazem nic i także nie ukazywało całej sytuacji w tak czarnych barwach, jakich na pewno było.
Wszyscy nie zastanawiali się długo nad powrotem i postanowili nie marnować czasu na lot samolotem, więc wybłagali Magnusa o skonfigurowanie Bramy, która była umieszczona w Instytucie tak, aby od razu przeniosła ich do Nowego Yorku. Czarownik długo się burzył, lecz wreszcie uległ dość specyficznym namową Aleca, który obiecał mu coś szeptem tak, aby tylko oni to wiedzieli.
Nikt się nie wtrącał w ich sprawy i wszyscy czekali, jak wreszcie Bane oświadczy, że Brama jest gotowa do użytku. W tym czasie każdy się spakował, uzbroił oraz pożegnał z polskimi Nocnymi Łowcami. Clary, jako jedyna miała wszystko gdzieś i chodziła jak cień za Jacem, który w ciągu ostatnich dni stał się oziębły i nieprzyjemny.
Isabelle była świadkiem, jak Clary chciała go pocałować w dniu, kiedy Konsul wybiegł z Instytutu jak czerwone tornado, a ten popchnął ją tak, że o mało się nie przewróciła. Miała łzy w oczach nie wiedząc, czemu tak postępuje w stosunku do niej. Dziewczyna jej się nie dziwiła, przecież oficjalnie ze sobą chodzili, a on zdawał się jej nienawidzić bez żadnego powodu.
Również Jace znikał całymi dniami, z nikim nie rozmawiał i nie dawał się nikomu dotknąć, a w szczególności Clary.
Tak naprawdę żył cały czas myślami o Lucynie i o liście, którego treść miał nadal w pamięci. Często wchodził do jej pokoju i siadał na łóżku, gdzie ostatni raz ją widział. Patrząc na nie, widział siebie i ją i pamiętał pragnienie, jakie w nim gorzało, kiedy wreszcie mógł ją pocałować. Zastanawiał się nad tym długo i zrozumiał, że pokochał dwie osoby, tylko jedna była kimś, kto mógł go zrozumieć. Nie ograniczała go, nie dawała mu poczucia niepewności i niestabilności, bo żyła na własnych warunkach. Clary…. Była piękna, wspaniała, ona pierwsza podbiła mu serce, ale była niepewna, zdawała się być zawsze pod nadzorem, pod takim kloszem, który dzielił ją od niego i to zaczynało go przerastać…
Cicho westchnął znów patrząc na materac, a przed oczami miał widok ukazującego się na jej piersi piętna.
Wypalono go ogniem piekieł, a ugaszono świętą wodą – odpowiedziała ze spokojem i położyła swoją dłoń na jego. – Mimo tego noszę w sobie anielski ogień, tak jak ty i każdy inny anioł.  
Tak mu powiedziała, kiedy sądził, że to jego wina, iż coś takiego ukazało się na jej sercu, a potem zrozumiał, że ona jest jeszcze bardziej niezwykła niż była.
- Brama gotowa! – krzyknął Magnus, a Jace gwałtownie wyrwał się z letargu i oglądając się ostatni raz na pokój Lucy wyszedł i ruszył do przyjaciół, aby wrócić do domu.

* * *

Przed Bramą stał jeszcze Jace, Luke, Magnus i Alec. Reszta już była w Nowym Yorku. Nic nie zakłócało im przejścia, jednak każdy z nich nie chciał być kolejną osobą, która ma przejść, więc tylko stali i przyglądali się sobie nawzajem typując kolejną osobę.
- No dobra, nie marnujmy czasu, bo Bramę ciężko się utrzymuje – rzekł wreszcie Magnus i spojrzał smutno na mieszkańców łódzkiego Instytutu.
- To prawda – odezwał się cicho Luke i skierował w stronę portalu.
Dzieci pomachały mu smutno na pożegnanie i spojrzały na swoją babcię i dziadka, którzy gwałtownie stężeli.
Nie uszło to uwadze czarownikowi, którzy przyjrzał im się czujnymi, kocimi oczami, a następnie przeniósł wzrok na Luka i gestem ręki nakazał mu zaczekać. Likantrop zatrzymał się i odwrócił w stronę gospodarzy, którzy właśnie wymienili znaczące spojrzenia i odezwali się:
- Jesteśmy przekonani, że droga waszego Instytutu i Lucyny jeszcze kiedyś się przetnie. Pamiętajcie, aby przekazać jej, że wszystko zostało już dawno przebaczone i że ją kochany oraz tęsknimy, lecz szanujemy jej decyzję.
Alec i Jace wymienili zaskoczone spojrzenia, które zaraz zwrócili na czarownika tak samo lekko wstrząśniętego, jak oni.
- Skąd ta pewność Margaret? – spytał podejrzliwie i gwałtownie zaczął lustrować ją wzrokiem.
Kobieta cicho westchnęła i spojrzała na niego spod przymrużonych powiek. Patrząc tak, dopiero było widać ile już wiosen ubyło od jej pojawienia się na świecie, jak wiele już jest za nią, a jak mało przed nią. Alec zauważając to, głośno przełknął ślinę i pomyślał, że on kiedyś to poczuje, sztylet starości przy swoim gardle, kiedy to jego ukochany nadal będzie pełen wigoru oraz młodości, a on nie będzie wstanie się poruszyć bez pomocy laski.
Potrząsnął lekko głową i zaraz zaczął skupiać się na Runie Mocy, którą dzisiaj rano sobie narysował, tak na wszelki wypadek.
- Eh… Magnusie nie udawaj, że nie wiesz. Sam kiedyś pomogłeś mi wyjechać z Yorkshire i zamieszkać w Polsce. Znałeś moich przodków i wiesz o tym, że mamy dar przewidywania przyszłości. Sam nas badałeś i pomagałeś nam to opanować. Do tej pory pamiętam jak mój ojciec dziękował ci, że ja już nie mam takich kłopotów, jak moje rodzeństwo i ten dar nie stał się dla mnie przekleństwem. – Na chwilę się zatrzymała i powoli uniosła głowę. Na jej twarzy malował się smutek i rozpacz. – Dzisiaj postanowiłam sprawdzić, co przyniosą kolejne dni i miesiące i wiem, że już moje drogi oraz mego męża się nie przetną z drogą Lucyny. Nasz czas już mija i nim się obejrzymy minie…
Magnus znieruchomiał, zbliżył się do kobiety i już chciał coś powiedzieć, gdy z boku dobiegł cichy krzyk bliźniaczek:
- Wirujące kółko się zamyka!
Wszyscy, jak na znak spojrzeli na Bramę, która zaczęła maleć i nie zastanawiając się ani chwili pobiegli i wskoczyli do jej środka.

* * *

Od kąt Lucyna znalazła się w Domu Upadłych – tak nazywano wielkie zamczysko, gdzie znajdowali się Nefilim ze skrzydłami – minęło kilka godzin i na razie zwiedziła tylko główny plac treningowy i parter budynku. Wszystko to było niesamowite. Wnętrze charakteryzowało się stylem bardziej klasycystycznym niż sam budynek, który był gotycki i neogotycki z tylko lekką nutą klasycyzmu. Wszędzie stały posągi aniołów, nagich mężczyzn z bronią, kobietami z dzbanami lub kwiatami wyglądającymi niewinnie, lecz każda z nich miała albo na plecach łuk i kołczan albo przy pasie miecz. Idąc długim holem razem z Andrei u boku wysłuchiwała jak nazywał każdą figurę po imieniu i mówił kim był.
- To Anastazja – Widząca. Nigdy nie była ani Nefilim, ani Upadłym jednak podobnież miała romans z naszym panem – Meliorem.
Lucyna gwałtownie się zatrzymała i spojrzała się na tył skrzydeł swojego towarzysza. Kiedy tylko przeszli przez bramę i znaleźli się na posesji Domu Upadłych ich skrzydła nie były już pod ich wolą i nie dawały się zamknąć. Andrei wtedy jej wytłumaczył, że aura Czarnego Diamentu czy jak go zwali - Nigri Cecidit, jest tak silna, że będąc w jej zasięgu nie można schować skrzydeł.
- Coś się stało? – Odwrócił się zaskoczony jej zatrzymaniem.
- Tak. Mówiłeś, że nie ma tu posągów nikogo, kto nie umarł wcześniej niż ponad 150 lat temu, a teraz mi próbujesz wmówić, że ta dziewczyna – wskazała na posąg. – była kochanką Meliora, który jak już wspominałeś żyje.
Chłopak zaśmiał się widząc jej oburzony wyraz twarzy, lecz zaraz się opanował i podchodząc do niej zaczął mówić:
- Bystra jesteś. Anstazja umarła w 1825roku – oczy Lucyny gwałtownie się rozszerzyły, a usta zaczęły się otwierać, aby coś powiedzieć – Poczekaj! Wiem o co zapytasz. Tak, Melior jest stary. Nikt nie wie ile dokładnie ma lat, ale można przypuszczać, że tyle, co twój przyjaciel – Magnus Bane.
To jednak nie uspokoiło dziewczyny, tylko jeszcze bardziej nią wstrząsnęło.
- Jak to możliwe? Czyli Upadli są nieśmiertelni? – spytała, a Andrei się zaśmiał.
- Nie, skądże! To moc Czarnego Krzyża – symbolu władzy nad nami. Jest on wykuty z Nigri Cecidit i osobie, która go nosi daje nieśmiertelność. U nas wybór władcy jest taki, jak w stadach likantropów, czyli przez walkę o władzę. Nie jeden już wyzywał Meliora, lecz zawsze, każdy kończył tak samo, czyli bez głowy, choć przyznam, że od jakiś sześćdziesięciu lat, nikt się jeszcze nie trafił, kto by go wyzwał, przynajmniej tyle wiem.
Dziewczyna spojrzała na niego, po czym głośno przełknęła ślinę.
- No nieźle – skwitowała.
Chłopak się zaśmiał i wziął lekko pod rękę, po czym poprowadził korytarzem pokazując kolejne posagi, tym razem przedstawiające najdzielniejszych Upadłych, którzy poświęcali się w różnych bojach.
- W ogóle, zaprowadzisz mnie dzisiaj do szefa tego wielkiego hotelu, dla ludzkich ptaków? – zapytała, gdy zaczęli się zbliżać do ogromnych drzwi.
Andrei spojrzał na nią i lekko spochmurniał, co nie uszło jej uwadze. Oboje zmierzyli siebie spojrzeniami pełnymi niepewności i tajemnicy, po czym chłopak się poddał i powiedział ściszonym tonem:
- Tak, zaprowadzę, lecz najpierw musimy załatwić jeszcze jedną rzecz. – Popchnął skrzydło drzwi, a przed nimi otworzył się dość sporawe pomieszczenie ciemne i duszne od zapachu… krwi?
Oboje weszli spokojnym krokiem w cień i smog, który kojarzył się raczej z jakąś fabryką niż z takim pomieszczeniem.
Lucynie trudno się było przyzwyczaić do tej ciemności, lecz pierwsze, co po dłuższej chwili jej oczy wyłapały to była spora leżanka na środku pomieszczenia i dość sporawy mężczyzna, który na niej siedział.
- Arthuro! – krzyknął Andrei tuż koło jej ucha. – Mamy nową i trzeba ją oznaczyć.
Mężczyzna tylko skinął głową i zsunął się z siedziska.
- Co?! – wrzasnęła wystraszona dziewczyna, lecz za nim zdołała coś zrobić poczuła na ramionach żelazny uścisk, a następnie zostały jej podcięte nogi, a ona znalazła się na czyjś rękach.
Nim wszystko zarejestrowała, rzucono ją na jak się okazało zniszczoną, podrapaną oraz zakrwawioną leżankę, gdzie zaraz przypięto pasami i zakneblowano, a następnie przekręcono głowę tak, że na widoku pozostała prawa część jej twarzy i również unieruchomiono.
Arthuro czułym gestem odgarnął jej włosy z twarzy i schował je za ucho, po czym delikatnie poklepał jej policzek.
- Chłopie, wątpię aby ona to wytrzymała, jak większość facetów mdleje, to co się stanie z babą? – rzekł do Andriego, który się nad nią nachylił.
- Nie wiem, ale wiesz, że pan nie chce nie widzieć nikogo bez Znaków Upadłych.
Barczysty i gruby mężczyzna nic nie odpowiedział tylko się od niej oddalił i wrócił z czymś co wytwarzało cały ten smog i dziwny odór, który mieszając się z zapachem krwi przypominał gnijące ciało. Lucyna spojrzano na to, co znajdowało się w wielkim wiadrze, które postawiono obok leżanki i gdyby mogła wzniosłaby okrzyk przerażenia.
Ogień.
Acz nie zwykły, lecz czarno - czerwony sprowadzony prosto z Piekła, w którym pali się dusze potępieńców.
Arthuro zanurzył w nim dziwnie wygięty, na kształt znaku zapytania drut i chwilę czekał, po czym go wyjął i zbliżył do jej twarzy. Dziewczyna próbowała się szarpnąć, lecz pasy były zbyt dobrze zapięte, aby mogła wykonać jakikolwiek ruch. Spojrzała w górę nad rozżarzoną końcówkę i ujrzała nachylone twarze nad sobą obu chłopaków, na których prawych stronach zaczęły powoli się ukazywać dziwne zawijasy w ogóle nieprzypominające Znaków Nefilim.
- Za chwilę będziesz jedną z Nas – powiedział spokojnie Andrei, a ona poczuła, jakby ktoś rozrywał jej czymś tępym skroń.
Mimowolnie z oczu pociekły jej łzy, a w gardle zatrzymał się głośny krzyk rozpaczy. Nie wiedziała, że ktoś z ludzką duszą może zadawać drugiej osobie takie cierpienie. Czuła zapach palonej skóry, krew spływającą po brwi i policzku oraz drut, który dalej rozdzierał skórę tworząc Znak od jej skroni, pod okiem, przez policzek, aż do ust. Zaczęła odczuwać, że jej ciało zaczyna odmawiać jej posłuszeństwa, jak cała sztywnieje, a obraz zaczął zanikać i płonąć po bokach, jak stara fotografia na obrazach i jedyne co zdołała usłyszeć, był to krótki dialekt chłopaków:
- Co ona dostaje? – spytał Andrei.
- Znak Władzy – odparł Arthuro.
- To ją zabije, tak jak Aleksa, przecież tylko Melior przeżył nakładanie tego znaku!
- Tego chce Ogień…
Może mówili coś więcej, lecz ona już nic nie usłyszała.      

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział #10 - Lucyna i Lucyna


Londyn, styczeń 1887 rok

Charlotte lekko uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Wiedziała, czego się powinna spodziewać i nie myliła się.
Jem oraz Will siedzieli w fotelach przy łóżku, w którym leżała młoda dziewczyna. Jej włosy były splątane, ciało blade, ręce zaciśnięte na kołdrze, a twarz wykrzywiał grymas cierpienia. Ponownie spojrzała na chłopców. Jem siedział zgarbiony i widocznie walczył ze snem. Pod srebrnymi oczami miał granatowe cienie. Skóra na twarzy była ściągnięta, a usta zaciśnięte w wąską linię.
Will natomiast był oparty o ramię swego parabatai i cicho pochrapywał. Nie dziwiła mu się. Odkąd ją przynieśli, siedzieli obok jej łóżka i przy niej czuwali. Mijała powoli druga doba od kąt nie spali, co dawało im się we znaki i zmuszało wręcz do snu. Za nim James wyczuł, że Charlotte jest w pokoju minęła długa chwilą, którą ona poświęciła, aby zobaczyć, że Will także ma duże cienie pod oczami, a jego sen jest płytki i niespokojny, tak jakby śnił mu się koszmar. Oboje z chłopców mieli zmierzwione włosy i pogniecione ubrania.
- Charlotte – szepnął cicho jej imię i powoli odwrócił głowę uważając, aby nie obudzić Willa.
Szefowa Instytutu się do niego zbliżyła. Stanęła w rogu łóżka i cały swój wzrok skupiła na dziewczynie.
- Wybudzała się? – spytała cicho.
- Nie. Wiła się, płakała, nawet krzyczała, ale się nie obudziła – odrzekł. Na chwilę zamarła nieprzyjemna cisza, po czym zapytał drżącym głosem: – Ona cierpi, prawda?
Spojrzała na niego ze współczuciem nic nie odpowiadając. Sam jej wzrok dawał mu odpowiedź na to pytanie. Charlotte cicho westchnęła i przymknęła oczy siląc się na spokojny, opanowany ton, a nie roztrzęsiony, zatroskany i wręcz załamujący.

- Rozmawiałam z Bratem Enochem.
Niedawno Cisi Bracia opuścili Instytut. Zostali przez nią sprowadzeni zaraz, gdy została przywieziona tutaj. Brat Enoch z dwoma jeszcze Braćmi wyprosili z jej pokoju Willa i Jema, a oni przez prawie cztery godziny siedzieli pod drzwiami nic nie mówiąc, tylko wysłuchując krzyków Lucyny i jej płaczu.
Kiedy wyszli z pokoju, Jem próbował się dowiedzieć, co się z nią dzieje, lecz Cisi Bracia odpowiedzieli, że jemu tego nie powiedzą. Od tamtej pory obaj chłopcy siedzieli przy jej łóżku i przyglądali się, jak co godzinę przez prawie jeden dzień przychodził któryś z Braci i podawał Lucynie jakieś płyny, po czym wychodził bez słowa.
Charlotte była zobowiązana powiedzieć to, co przekazali jej Cisi Bracia. Było to ciężkie zadanie, które chętnie by sobie odpuściła, ale nie mogła.
Spojrzała na zmartwione, senne oczy jej podopiecznego, po czym zaczęła szeptać załamującym się głosem:
- Powiedzieli, że nie ma już ratunku. Czas się z nią pożegnać.
Bardzo walczyła ze sobą, lecz mimo uporu z jej oczu pociekły łzy i zaczęły wić się po policzkach. Jem zamarł na krześle wpatrzony w nią niedowierzającym wzrokiem, po czym z całej siły szarpnął ramie Willa, który zerwany ze snu od razu dobył noża.
Rozejrzał się zaspanym wzrokiem wokół siebie i gdy napotkał spojrzenie swego przyjaciela, które wyrażało tak wiele emocji, że można się w nich było pogubić, upuścił broń na ziemię.
Will chwilę na niego patrzył wyczytując zaskoczenie, niedowierzanie, niepewność, a przede wszystkim ból psychiczny i rozpacz.   
Spojrzał na Charlotte z lekko uchylonymi ustami, które powoli zaczęły się składać w imię dziewczyny leżącej na łóżku, lecz Jem szybko szarpnął swojego parabatai ponownie i patrząc mu w oczy z wymuszonym w głosie spokojem powiedział:
- Czas się pożegnać Will, czas się z nią pożegnać.
Przy słowie „nią” głos mu się załamał, a oczy same powędrowały do Lucyny  spokojnie śpiącej, lecz mimo to widocznie cierpiącej.
- Ale jak to?! – Will prawie krzyknął na panią Branwell, a ona cofnęła się o krok wycierając wierzchem dłoni łzy.
- Williamie, spokojnie – odezwał się James, ale ten już wstał i patrzył wściekłym wzrokiem na szefową Instytutu.
- Przecież Cisi Bracia ją leczyli – sapnął rozwścieczony.
- Will, Cisi Bracia zrobili, co mogli. Przedłużyli jej życie o tyle godzi ile się dało, ale ostrze za bardzo ją zraniło, ona nie da rady dłużej – mówiła drżącym głosem.
- Ile czasu jej zostało? – spytał, starając się uspokoić tonaż głosu.
- Brat Enoch mówił, że około dwóch godzin. Za godzinę Runa Snu przestanie działać, prawdopodobnie, gdy się obudzi ból zacznie ją szybciej wykańczać niż sama rana – westchnęła i opuściła głowę.
Nie potrafiła spojrzeć tym chłopcom w oczy, kiedy wiedziała, jak te słowa w nich uderzyły.
Dwie godziny.
Ona sama stała jak wryta z otwartymi ustami, kiedy usłyszała to od Cichego Brata, a później wszystko zaczęło jakby przyśpieszać.
Tak mało czasu.
- Idę napisać list do Lightwood’ów – rzekła po chwili i zaczęła się odwracać w stronę wyjścia.
- Po co?! – Głos Williama znów stał się zdenerwowany.
- Gabriel i Tatiana znali Lucynę. Tatiana może nie przepadała za nią, ale z Gabrielem Lucyna miała dobre stosunki, chyba chciałby się z nią pożegnać – powiedziała po dłuższej chwili i szybkim krokiem wyszła z pokoju.
Will zachwiał się do tyłu i ciężko opadł na krzesło. Od razu skrył twarz w dłoniach i starał się jak najbardziej uspokoić. Zdawało mu się, że jego serce powoli przestaje bić.
Znowu moja wina, znowu moja klątwa.
Ta myśl była jak ostrze w jego własnym ciele. Gdyby nie on, gdyby nie klątwa, nic by się takiego nie stało. Chciał, żeby zamiast niej leżał tam on, żeby to on umierał, a nie ona.
Poczuł na swoim ramieniu znajome mu ciepło dłoni Jema.
- Will… – Usłyszał swoje imię, na które powoli podniósł wzrok zaraz napotykając srebrne tęczówki i znajomą bladą twarz.
- Będę siedział przy niej do końca. Nie opuszczę jej Jem, nie chce, aby umarła samotnie w otoczeniu Cichych Braci, którzy później zabiorą jej ciało do Cichego Miasta, aby prochy stały się kolejnym filarem, czy fasadą – odpowiedział pewnym głosem i spojrzał, jak dziewczyna lekko drga i zagryza dolną wargę.
- Wiem Will, wiem, że jej nie opuścisz, ja też tego nie zrobię – rzekł Jem i pozwolił, aby Will usiadł na podłodze koło jego nóg i oparł głowę o kolano.
- Ona jest taka młoda – szepnął po chwili milczenia – Za młoda, aby umierać. Przecież niczego nie była winna, była wspaniałą Nocną Łowczynią.
- Will, ona nadal żyje, nie mów tak jakby już jej tutaj nie było – skarcił go parabatai.
Chłopak nic nie odpowiedział na te słowa tylko przyglądał się, jak Lucyna szarpie delikatnie rękoma kołdrę, a na jej czoło wchodzą kolejne krople zimnego potu.
James z fotela widział, jak pościel okrywająca jej ciało na wysokości brzucha, powoli acz dobitnie zaczyna zabarwiać się na szkarłatno.
- Bandaże przesiąkają – szepnął sam do siebie i powoli wstał z fotela.
Will o nic nie zapytał, gdy Jem zbliżył się do Lucyny, delikatnie złapał za kołnierzyk jej koszuli i rozchylił ją tak, aby było widać obojczyk i szyję. Następnie narysował starannie stelą Znak powolniejszego krwawienia oraz Znak uśmierzający ból będąc świadom, że niedługo się obudzi, a cierpienie może ją bardzo szybko zabić.
Gdy skończył opuszkami palców przejechał po fragmencie blizny na wgłębieniu jej szyi. Teraz była tylko bladym paskiem odcinającym się od kremowej skóry. Ślad po batach od matki za to, że żyje. Jem pamiętał ten ślad. Pierwszy raz go ujrzał, kiedy spotkali ją walczącą przy Tamizie. Gdy upadła na ziemię w męskim stroju z mieczem w ręce jej ramiona były całe w ranach, a koszula, którą miała na sobie zsunęła się z obojczyka i ukazała krwawą pręgę. Will jako pierwszy to ujrzał i spytał się, czy to zrobił jakiś demon, a ona odpowiedziała:
- Tak, moja matka, końskim pejczem.
W tamtej chwili oboje wymienili spojrzenia. Znaleźli dziewczynę w wieku piętnastu lat, z polskim akcentem, która prawdopodobnie nie miała w przeszłości wesoło.
Tamtego właśnie dnia, zaczął się nowy rozdział w jej życiu, życiu Instytutu i ich – jego i Willa.
Herondale, który nadal siedział na ziemi zaśmiał się bez krzty wesołości.
- Dwa lata, a zdaje się, jak dwadzieścia.
Jem odwrócił się w jego stronę i usiadł obok niego przysuwając kolana pod brodę.
- Pamiętasz, jak siedzieliśmy w tym pokoju pierwszy raz? – spytał Will i odwrócił głowę w stronę swojego parabatai.
- Tak – odpowiedział lekko się uśmiechając. – Zdawało się wtedy jakby to była dla nas kara.
Will odwzajemnił uśmiech.
- Dopiero ją znaleźliśmy, ale rany po batach na jej plecach i te, które zadały demony trzeba było wyleczyć. Cisi Bracia pobyli przy niej, a później nam kazano nam czuwać jakby się obudziła. Pamiętam, że graliśmy wtedy w karty i ja wygrywałem.
- A ja pamiętam jaką zrobiłeś minę, kiedy się obudziła i siarczyście zabluźniła – zaśmiał się cicho. 
- Nie spodziewałem się takich słów i to jeszcze po angielsku od takiej młodej osoby i to dziewczyny, a pamiętasz potem jej słowa: tak mnie nie bolał głowa nawet po butelce dżinu.
Oboje parsknęli śmiechem i zwrócili wzrok na umierającą.
- Dwa lata treningów, wspólnego zwiedzania Londynu, polowania na demony i chodzenia do tawern.
- To ostatnie, to tylko z tobą Will – odpowiedział Jem. – A pamiętasz, jak ją uczyłem grać na skrzypcach?
Herondale lekko się skrzywił.
- Tak, przez to Instytut spać nie mógł. Rzępoliła strasznie.
- Tak jak każdy na początku – odparł Carstairs.
Zaraz po tym zaczęli dalej wspominać wspólne chwile z młodszą od nich o rok Lucyną. Ich bieganie po dachach, spanie przy kominku zaraz po tym, jak na zmianę sobie czytali, nauki angielskiego, aż wreszcie wspólne obchodzenie świąt i wspomnienie, że nigdy, nawet na balu nie pojawiła się w sukni nie chcąc ukazać blizn oznaczających jej nogi, ręce, plecy, szyję i dekolt. Tylko oni i Charlotte wiedzieli, że to są pamiątki z jej domu, po matce. Wspomnieli jak oni i pani Branwell wstawili się za nią podczas Bożego Narodzenia, gdy zjawiła się Enklawa, a ona w towarzystwie Willa i Jema weszła do sali balowej ubrana w czarne, męskie spodnie, wykrochmaloną koszulę, marynarkę i muchę pod szyją, aby zakryć najwyższe blizny, a wszyscy poczuli się oburzeni jej wyglądem.
- Przecież to jest dama, a nie chłopak! – oburzyła się ciotka Charlotte.
- Jak śmiała w święta się tak ubrać, to jest obraza! – Ktoś krzyknął, a oczy Lucyny się zaszkliły.
Will ścisnął mocniej jej rękę i szepnął na ucho:
- Nie płacz, bądź dzielna, nie daj im satysfakcji.
On oraz Jem zaczęli jej bronić próbując zmienić temat i mówić, że po prostu ona nie nosi sukni, lecz nikt ich nie słuchał. Wtedy na wysokości zadania stanęła Charlotte, która zaczęła się wypowiadać, że ona nie może nosić sukni z wielu różnych powodów.
- Niby, jakich? – zagrzmiały głosy, a Lucyna nie wytrzymała.
Szybko wyszła na środek i gwałtownym ruchem zerwała z siebie muchę. Kołnierzyk opadł i na wierzch ukazał się fragment z jej lżejszych blizn, jednak nadal zaczerwieniony i gruby na prawie trzy palce. Rozpięła pierwszy guzik i ukazała jej dalszą część, a dużo dam w pomieszczeniu ręką zakryło sobie usta, jakby w geście powstrzymania się przed mdłościami. Gwałtownie zapanowała cisza, którą przerwał załamujący się głos Lucyny:
- Dlatego nie mam na sobie sukni! I jeśli teraz macie zamiar powiedzieć, że urażają was moje blizny albo jak wam jest strasznie przykro, że coś takiego mam na swoim ciele, a będą to puste słowa, to nie mam zamiaru ich słuchać! Równie dobrze mogę spędzić te święta na ulicy, jak nie chcecie mieć ze mną styczności! – Z jej oczu popłynęły gorzkie łzy.
W tamtej chwili honorowo zachował się Gabriel, który jako pierwszy się do niej zbliżył jako gość i wycierając jej łzy chusteczką powiedział na głos:
- Dla mnie będzie zaszczytem, jeśli spędzę z panią te święta.
Zaraz do niej zbliżyli się Will, Jem oraz Charlotte, która ją przytuliła i uspokoiła do końca, mówiąc, że święta spędza się z rodziną, a oni teraz nią są i, żeby nawet nie myślała wybywać z Instytutu.
Ogólnie Boże Narodzenie wyszły bardzo przyjemne. Lucyna dużo tańczyła z różnymi gośćmi oraz zaskoczyła wszystkich pieśnią acz nie kolędą po polsku. Uczestniczyła w każdej zabawie i wszyscy z Londyńskiego Instytutu widzieli ją po raz pierwszy taką uradowaną.
- Wtedy zrozumieliśmy, że ona w domu nigdy nie miała prawdziwych świąt – skwitował Will i oparł głowę o ramię Jema.
- Tak i widząc jej radość tamtego wieczora, kiedy otrzymała prezenty, widok był nieopisany. – Uśmiechnął się do przyjaciela.
Mijały kolejne minuty na kolejnych wspomnieniach, gdy od strony łóżka dobiegł cichy jęk, a drzwi jak na zawołanie się otworzyły i do środka weszła pani Branwell z mężem, a zaraz za nimi Jessamine.
- Obudziła się – szepnął Henry i zbliżył się do łóżka.
Obok niego stanęła Charlotte, a jej wzrok przykuła ogromna plama krwi na pościeli. Will i Jem szybko wstali z podłogi i również podeszli do jej łoża.
Lucyna powoli otworzyła oczy i zaczęła nimi podążać po zgromadzonych. Ponownie jęknęła, a jej ręka powędrowała na brzuch. Skrzywiła się z bólu, a gdy uniosła i zobaczyła na niej posokę odwróciła załamana głowę.
- Jessamine, chcesz coś powiedzieć? – spytała roztrzęsionym głosem Charlotte.
- A co mam powiedzieć? Nawet nie chciałam tutaj przyjść, tylko mnie do tego zmusiłaś, a wiesz dobrze, że mdli mnie na widok krwi. – Po tych słowach odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła z pomieszczenia.
- Jak ją później spotkam, to osobiście zabije – warknął Will odprowadzając ją wzrokiem.
Henry również miał nieprzyjemny wyraz twarzy, lecz wszystkie słowa, które chciał wypowiedzieć na temat panny Lovelance zostawił dla siebie.
Szefowa Instytutu cicho westchnęła, po czym dodała:
- Wybacz Lucynko, nie chciałam abyś to słyszała.
- Nic się nie stało, nie każdy potrafi w takich chwilach się wysłowić. – Uśmiechnęła się słabo. – A w szczególności przed obliczem śmierci.
Pani Branwell z sykiem wciągnęła powietrze.
- Ja i Henry przyszliśmy się z tobą pożegnać. Nie wiem nawet, co mam powiedzieć... Chyba to, że mimo tak krótkiego czasu pokochałam cię i dałabym wszystko, abyś z nami została.
- Nikt nie wybiera dnia ani godziny – szepnęła słabym głosem i spojrzała na Henrego i Charlotte – Dziękuję wam za wszystko: zrozumienie, cierpliwość, dom, schronienie, swobodę i za miłość, którą mi okazaliście. Staliście się dla mnie rodziną, prawdziwą rodziną, której nigdy nie miałam. Pokazaliście, że nawet z pecha – jej wzrok przeniósł się na Pana Branwell’a – można się cieszyć i śmiać. Za to wszystko dziękuję wam z czystego serca i mam nadzieję, że kiedy i wasze gwiazdy zgasną spotkamy się w otoczeniu aniołów, aby po raz kolejny porozmawiać i powspominać nawet te dwa krótkie lata.
Charlotte nie zdołała się powstrzymać przed łzami i wtulając się w ramię męża zaczęła głośno płakać. Henry głaskał żonę po plecach, po czym jeszcze raz żegnając Lucynę, wyszedł z pokoju.
Niedługo później weszła Sophie, która również po przemowie Lucyny o spotkaniu po drugiej stronie z płaczem wybiegła z pokoju, tak samo jak Aghata. Po dłuższym spokoju zjawił się Thomas i składając życzenia i żegnając się z nią sztywnym krokiem wyszedł.
Jako ostatni zjawił się Gabriel, który na widok Willa siedzącego w fotelu skrzywił się z niesmakiem.
- Czy moglibyście wyjść? – spytał zimnym głosem.
- A co? Boisz się, że znów złamię ci rękę? – syknął Will.
- Nie kłóćcie się! – krzyknęła Lucyna, po czym zaczęła głośno kasłać, a plama na kołdrze diametralnie się powiększyła.
Jem szybko podszedł i spojrzał na narysowany Znaki powolnego krwawienia i uśmierzenia bólu, które już prawie się wtopiły.
- Nie ma wiele czasu – powiedział w stronę Gabriela i cofnął się do fotela.
Lightwood westchnął zirytowany, po czym podszedł do krańca łóżka i zaczął mówić spokojnym, acz sztywnym głosem, jakby to, co wypływało z jego ust zadawało mu cierpienie.
- Bardzo miło mi było panią poznać i żałuje, że tak krótka była nasza znajomość. Muszę pani przyznać, że była pani inna od reszty Nocnych Łowczyń, wręcz musiałbym powiedzieć, że tolerancyjna, co jest rzadko spotykane. Jak każdy z nas miała pani wady, ale w moich oczach zdawały się być one zaletami. Cieszę się, że miałem zaszczyt być przy pani, chociaż przez te dwadzieścia cztery miesiące zdające się być tylko jednym krótkim miesiącem, który zniknął w tak szybko płynącym czasie. Mam nadzieję, że gdy i na mnie przyjdzie pora spotkam panią po drugiej stronie i znów ujrzę to piękne oblicze.
Lucyna delikatnie się uśmiechnęła, acz zaraz skrzywiła z bólu i powiedziała o wiele słabszym głosem, niż wcześniej:
- Drogi panie Gabrielu, mnie również było miło pana poznać i będę się czuć zaszczycona, kiedy pana ponownie ujrzę, jednak pragnę, aby pan żył jak najdłużej będzie mógł. Dziękuję za te miłe słowa, które wypłynęły z pańskich ust i dziękuję, że zjawił się pan mimo tego, że droga krótką nie była.
Lucyna do końca mogłaby przysiąc, że gdy Lightwood delikatnie skinął głową na znak pożegnania jego oczy były szkliste, a żeby nikt tego nie zdążył zobaczyć wyszedł pośpiesznie z pomieszczenia.
W pokoju zostali tylko ci, którzy pragnęli być do ostatnich jej chwil. Usiedli po obu jej stronach i złapali ją za ręce. Delikatnie się uśmiechnęła i kaszlnęła głośno, a następnie krzyknęła z bólu. Chwilę się uspokajała, a gdy cierpienie minęło powiedziała:
- Dziękuję wam, że ze mną jesteście w tej chwili, że nie jestem sama, że nie boję się tego, co się do mnie zbliża. – Wzięła głęboki wdech. – Dziękuję za cały czas, który z wami spędziłam i nie żałuję żadnego uczynku, nie żałuję niczego. Gry na skrzypcach, gonitwie po dachach, bitwie na śnieżki, tańcach, piciu na czas w tawernie, spaniu przy kominku, czytaniu poezji, treningach, śpiewaniu wam w bibliotece, aby nikt o ty nie wiedział, karmieniu kaczek mięsem i jeszcze jednej rzeczy. – Uśmiechnęła się do obu znacząco, po czym złapała urwany oddech. – Zimno mi.
Will spojrzał na Jema, a ten pogładził ją po policzku i szepnął:
- Wiem o tym Lucuś, wiem.
Czuł po dotyku, że jej ręka staje się coraz zimniejsza i zesztywniała.
- My również niczego nie żałujemy i cieszymy się z każdej chwili spędzonej z tobą. Cieszymy się, że byłaś inna od reszty Nocnych Łowczyń. Jesteśmy dumni z tego, że mogliśmy z tobą tyle przeżyć, że byłaś nam tak bliska, jakby można było mieć drugiego parabatai ty byś nim była. My nauczyliśmy cię wiele i ty nas również. Pokazałaś, że nieważne, co cię w życiu spotkało, to i tak można cieszyć się z najmniejszej rzeczy i znaleźć w każdej sytuacji pozytyw. Cieszę się, że spotkałem cię wtedy nad Tamizą, ale pamiętaj, że jakbym cofnął czas, zrobiłbym wszystko, abym to ja został przebity tym harpunem, a nie ty i żeby twój brat żył. – Will skończył swoją przemowę prawie szepcząc.
To on musiał mówić, ponieważ jego przyjaciel nie miał zdolności do znajdowania trafnych słów, a jemu, choć nie było łatwo, potrafił powiedzieć wszystko, co czuł.
Lucyna spojrzała na niego słabym wzrokiem, po czym przeniosła go na Jema i szepnęła:
- Proszę, ostatni raz…
Chłopak powoli wstał i sięgnął po skrzypce leżące na komodzie. Wiedział, co Lucyna chce, aby zagrał i po chwili spod smyczka wypłynęła spokojna acz smutna muzyka będąca jak śpiew wdowy, a jednak miała w sobie odrobinę radości, nutę nadziei, którą Lucyna kochała. Uśmiechnęła się delikatnie i przyglądała, jak smyczek powoli sunie po strunach, po czym zamknęła powieki.
Zimno dotarło do jej serca. Poczuła, że nie może już złapać oddechu, a mimo ciemności zalewa go jeszcze ciemniejsza fala, po czym przed nią ukazuje się biały, jasny tunel oświetlony anielskim ogniem.
- Dziękuję – zdołała szepnąć, gdy się odwróciła i ujrzała siebie na łóżku, zgarbionego Willa i nadal grającego Jema, a następnie ruszyła w stronę białego światła.
- James, skończ – szepnął załamującym się głosem Will. - Ona nie żyje.
Chłopak odłożył skrzypce i podszedł do łóżka. Oboje mieli napięte mięśnie, a ich oczy ukazywały pustkę, rozpacz i wielka chęć uronienia łzy.
Herondale, powoli wysunął rękę z jej uścisku i nakrył ją bardziej kołdrą.
Nawet nie wiedzieli, kiedy do pokoju weszli Cisi Bracia. Kazali im się odsunąć od ciała. Jem siłą odciągnął skamieniałego Will, który miał utkwiony wzrok w bladej twarzy Lucyny.
- Nie przywrócisz jej życia uporem – szepnął mu do ucha, a następnie posadził go w fotelu, skąd patrzyli, jak Cisi Bracia zakrywają i zabierają ciało.
Gdy Lucynę wyniesiono w pokoju pozostał Brat Enoch, który patrzył na obu Nocnych Łowców kamienną twarzą z bliznami.
Lucyna spodziewała się dziecka i ono przeżyło.
Po tych słowach wyszedł posuwistym krokiem zostawiając chłopców w osłupieniu, jak i przerażeniu.

* * *

130 lat później….

Ciche Miasto.
Dom Cichych Braci i miejsce, gdzie zdawało jej się, że nadal żyje, mimo tego, iż tak wcale nie było. Za pierwszym razem zgubiła się w korytarzach tego podziemnego labiryntu, gdzie kryło się wiele tajemnic. Pamiętała, że zaczęła panikować, aż trafiła do sali z Mieczem Anioła i natrafiła na Brata Jeremiasza, który na jej widok zaniemówił.
Nie dziwiła mu się, jednak nie spodziewała się takiej reakcji po Cichym Bracie, który miał wyraz zaskoczenia na zawsze takiej samej, spokojnej twarzy. A najgorzej było, gdy spytała się o drogę, a on prawie wybiegł z sali, aby powiadomić o niej innych Cichych Braci.
Później długo im się tłumaczyła, aż wreszcie udało ich się przekonać, że teoretycznie jest niegroźna.
Jednak po tylu razach przybywania do tego miejsca wiedziała, jak iść, aby dojść do celu.
Szybko szła korytarzami, przechodząc pod wielkimi łukami z prochów Nocnych Łowców. Skręciła w mniejszy korytarz, gdzie po obu stronach były cele Cichych Braci.
- Trzecia po prawej – szepnęła sama do siebie i nie pukając weszła do środka.
Jak zawsze siedział przy biurku nad kartką papieru i piórem w kościstej ręce.
- Witaj Jem – powiedziała cicho i zbliżyła się do niego.
Nie wiedziała, czy da się wystraszyć Cichego Brata, jednak patrząc na jego gwałtowny ruch i upadające pióro, mogła być prawie pewna, że właśnie udało się jej, go wystraszyć.
Lucyna.
Powiedział jej imię z dziwną ulgą.
Coś się stało?
Zapytał i wstał od biurka.
- Nic nad wyraz ważnego. Już od dawna chciałam ci złożyć wizytę Jem, ale mam do ciebie pytanie… - odpowiedziała spokojnie.
Jakie?
- Dlaczego okłamałeś mą prawnuczkę na temat mej śmierci?
Cichy Brat poruszył się niespokojnie.
Nie sądziłem, że będziesz wiedziała, że byłem u Lucyny i rozmawiałem na twój temat.
- Jem, ja z góry widzę wszystko i wiem bardzo dużo, ale odbiegasz od tematu – zwróciła uwagę i złożyła ręce na piersi.
Powiedziałem, że umarłaś w parku.
Rzekł spokojnym, acz lekko niepewnym głosem, co było aż dziwne na Cichego Brata.
- A umarłam w Instytucie – odparła i zrobiła zaciętą minę.
Chciałem oszczędzić jej bólu związanego z tym, jak ty cierpiałaś, kiedy umierałaś Lucyno, To tyle. Nie chciałem ranić kogoś, kogo mam chronić.
- Jem – westchnęła. – Śmierć to nie cierpienie, acz ulga i nowa przygoda. To jedna sprawa, a druga, mimo że odeszłam z tego świata stanęłam po prawicy Razjela i to była moja nagroda, za to jak umarłam i za kogo. Nawet zdołałam mieć potomka. – Uśmiechnęła się lekko i poprawiła na sobie białą, damską koszulę, kontrastującą z czarnymi, materiałowymi rurkami.
Wyglądała jak zwykła nastolatka: włosy do łopatek, grzywka spięta na bok, ubranie galowe. Nikt by nawet nie pomyślał, że liczy sobie ponad sto trzydzieści lat i przed chwilą zeszła z Nieba.
Wiem o tym, jednak to nic nie zmienia, że nie żyjesz, że ona umrze, że ja jestem Cichym Bratem, że wszystko to, co kiedyś mnie otaczało, przeminęło.
Powiedział spokojnym głosem, choć jako człowiek, prawdopodobnie wypowiedziałby to w nerwach.
- Nie do końca minęło, a w ogóle na Górze zaczynają się szepty Jem. Już niedługo.
Po tych słowach wyszła z celi i zaraz po zamknięciu drzwi zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Został jedynie delikatny zapach wanilii i cynamonu.
Twoje perfumy.
Powiedział sam do siebie, wyczuwając ich zapach i przypominając je sobie jeszcze z Londyńskiego Instytutu i ze spotkania nad Tamizą.

* * *


 Wracając do Instytutu, Lucyna jechała furgonetką, a na jej motor prowadził Michał. Całą drogę siedziała wtulona w swojego ojca, a jedną dłonią dyskretnie trzymała w uścisku pocieszenia rękę Jace.
Luke, cały czas głaskał ją po plecach i szeptał uspokajające słowa. Ona jednak w ogóle go nie słuchała. Przed oczami miała Samuela, który się nad nią pochylał, później całował i pieścił jej skórę rękoma, a następnie sceneria się zmieniała i znów widziała jego twarz: martwe oczy wpatrzone w sufit, sine usta i krew wyciekającą z rany.
- On nie zasłużył na śmierć – wychrypiała, gdy zbliżali się do Instytutu.
- Oczywiście, że nie zasłużył – przytaknęła Margaret z przedniego siedzenia drżącym głosem.
Ponownie zapadła krępująca cisza, a Lucyna przymknęła na moment oczy. Widziała twarz Camille: zmienioną, dziką z oczami, w których widoczna była rządza krwi.
Furgonetka zatrzymała się przy Instytucie. Wszyscy zaczęli z niej wychodzić. Luke pomógł córce, a następnie znów ją do siebie przytulił. Już dawno przestała płakać, jednak jego ramie nadal było mokre od jej łez.
Patrzyła, jak wszyscy zbierają się przed wejściem, po czym po kolei wchodzą rozmawiając i wspominając Cichych Braci, którzy zabrali ciało Samuela oraz zaczęli gestykulować na temat całego ataku ich dawnej znajomej, która przeszła na stronę Sebastiana.
Gdy Lucyna znalazłam się w ciepłym Instytucie odsunęła się od ojca i spojrzała po wszystkich, po czym ruszyła w stronę schodów zmęczonym, posuwistym krokiem. Gdy weszła na pierwszy stopień gwałtownie odwróciła się do reszty i powiedziała głośno:
- Pomszczę go. - Wszyscy spojrzeli na nią zszokowani, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - Nie zasłużył na śmierć, lecz ona zasłużyła i ja ją jej zadam. Będę jej Ariochem, będę jej zemstą, cieniem i zgubą. Nie będzie wiedziała, kiedy zadam cios, acz będzie on pierwszym i ostateczny.
Nie czekając na reakcję zebranych, odwróciła się i ruszyła do swojego pokoju. Po drodze spojrzała na Znak Iratze na swoim ramieniu, który wyleczył jej ranę na udzie.

* * *

Jace przyglądał się, jak Lucyna niknie w cieniu, a następnie skręca na koleje schody prowadzące na piętro, gdzie jest jej sypialnia. Ignorując słowa na temat jej wypowiedzi, szybko ruszył za nią. Gdy znalazł się na schodach usłyszał za sobą Aleca:
- Gdzie idziesz?
- Tam gdzie powinienem być – odparował zdenerwowanym głosem i zaczął wspinać się po dwa stopnie.
Gdy znalazł się na piętrze, było ciemno. Magiczne światło się nie paliło, wszędzie panował mrok, a cienie malowały na ścianach mozaiki. Mimo że był krótko w tym Instytucie, pamiętał, które drzwi należą do pokoju Lucyny. Szybkimi, dużymi krokami znalazł się przy nich i na chwilę się zatrzymał. Nie był pewien, czy powinien zapukać, czy wejść, lecz gdy usłyszał otwierane okno zrozumiał, że nie powinien zwlekać. 

_____________________________________________________________
Tak, możecie się w tym rozdziale pogubić, bo są dwie Lucyny, ale już tłumaczę: w pierwszym i drugim fragmencie rozchodzi się o prababkę głównej bohaterki, jak i również jej imienniczkę.
W ostatnim fragmencie mówię o głównej bohaterce. 
Również ważnym jest powiadomić, że ten rozdział jest powiązany z rozdziałem 8 - Brat Zachariasz

Dziękuję za uwagę :)