Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział #13 - Żelazne Skrzydła


Ahh tak... Po baaaaaaardzo długiej przerwie wreszcie udało mi się napisać rozdział. Nawet przed terminem! (miałam go wstawić 6). Postaram się już tak bardzo nie zaniechać tej opowieści i mam nadzieję, że pojawią się nowi czytelnicy, jak i nowe komentarze! Tak jak obiecałam mamy tutaj troszkę więcej Sebastiana :3 
__________________________________________________________________

Zastanawiał się, przed czym ucieka. Przed śmiercią? Przed kodeksem?
Przed sobą?
Każdy dzień w podróży doprowadzał jego ciało do większych skurczów i zawrotów głowy. Czuł się słabo i wiedział, że to przez jego ból psychiczny, przez strach. Nie zastanawiał się, dokąd idzie, choć cieszył się, że w ogóle gdzieś podąża, że ta wędrówka go uspokaja, oddala od epicentrum wszystkiego, co go zmieniło.
Parabatai
Zawsze sądził, że ta więź nigdy nie podzieli ludzi, że mimo wszystko ci, którzy zostali nią związani wspomogę siebie, zrozumieją, poradzą… uratują. Mijały powoli kolejne tygodnie od tego, jak ostatni raz widział jego oczy. Nieprzeniknione głębiny, dwie czarne źrenice, przyglądające się jemu, a w ręce nóż. Pocałunek złożony na ostrzu i dłonie, które mu je podają oraz słowa docierające do jego uszu będące niezrozumiałą masą dźwięków, które ranią go, choć ich nie pojmuje.
Dlaczego?
Co się dzieje?
Kim jesteś, co się stało? Jak możesz mi to robić, jak możesz mnie zostawiać?
Parabatai – wieź została przerwana.
Pamiętał, jak on mówił, że to wszystko się skończyło już wcześniej, kiedy się przemienił, ale on sądził inaczej. On był pewien innego i nie mylił się. On złamał przysięgę, przerwał ją, kiedy odsunął się od niego. Brzydził się go.
Tak…
Widział to w jego oczach. Ta nieukrywana pogarda, do tego, kim się stał… Czym się stał.
Kiedyś oboje drwili i gardzili Podziemnymi, strony medalu jednak się odwróciły. To go przerażało, zmuszało do ucieczki, do przełknięcia łez. Z dnia na dzień coraz bardziej zastanawiał się, czym jest Krąg, jak on działa, kogo on łączy i jaki ma swój cel?
Kiedyś to wszystko wydawało się takie proste, banalne.
Postawić się.
Zmienić świat.
Ukazać, że Nocni Łowcy są najważniejsi.
Trzy proste punkty, które wydawały się dla nich najważniejszym zadaniem na świecie, że to ich główny cel istnienia i, gdy tego nie wykonają zmarnują swą szansę daną od samego Boga.
Idąc dalej przed siebie zastanawiał się czy śmiać się z tej ideologii, czy płakać nad własną głupotą. Nie mógł zrozumieć, że stając się ofiarą dopiero pojął, jakie to wszystko jest błędne, niezgodne z morałami, z tym, czego naucza Mądrość Wyższa.
Nie sądził, aby ktoś go pojął, zrozumiał, bo nikt nie wiedział, jak być po drugiej stronie, jak stać się kimś, na kogo się polowało, którego krew uważało za truciznę, a przebywanie w samym otoczeniu z taką bestią za największy możliwy dyshonor, który można było z siebie tylko zmyć posoką Podziemnego. Łzy same mu spłynęły po policzkach, gdy przypomniał sobie, jak oboje stali w kręgu, jak trzymali się za ręce i nakładali na siebie Znaki, a ich dusze powoli łączyły się ze sobą, aby stać się jednością.
- Byłem niewolnikiem – szepnął sam do siebie i mimowolnie przejechał po białej bliźnie na piersi.
Stając się parabatai oddał całą swą wolę, zrobił się podatny na każdy jego najmniejszy gest, a słowa były niczym treść Biblii pisanej dłonią Boga. To go przerażało, wręcz onieśmielało, jednak poprzysiągł, że to zmieni, że naprawi, co zostało zniszczone, a Krąg nigdy więcej nie zniszczy żadnego młodego umysłu, którego anarchistyczna wola będzie pchała do coraz to śmielszych czynów popędzanych szaleństwem kogoś, kto sam siebie wypaczył lata temu wierząc, że na świecie istnieje jeszcze znaczenie „czystości krwi”, mimo iż to już dawno zostało zniszczone, zdegradowane przez rasę ludzką i zapomniane, skryte pod mgłą wspomnień Przyziemnych.
Lasy, pola, wioski, niewielkie miasteczka. Gdzie zaszedł nikt nie widział w nim potwora. Był dla nich zwykłym człowiekiem, trochę zaniedbanym, często głodnym i zmęczonym, ale człowiekiem. Nikt nie mówił na niego „zwierzę”, czy „bestia”. Nikt nie wytykał go palcem, nie odsuwał się, gdy zasiadał przy barze, a do żadnego napoju mu niczego nie dolewano lub nie podnoszono cen.
To go w czymś uświadomiło, pojął całą sytuację rzeczy.
On nie był potworem, którego rozpoznaje się, gdy tylko człowiek na niego spojrzy. Był taki jak inni i jak reszta miał prawo żyć, prawo rozwijać się, naprawiać i popełniać kolejne błędy. Miał prawo, tak jak inni wyrażać swoje opinie, okazywać uczucia, robić… wszystko.
Przemiana nie oznaczała końca, to był początek. Poczuł, że może zacząć od nowa i spróbować wszystko naprawić, może nawet… Nie, nie teraz.
Wioski zmieniły się w miasteczka, a później wielkie miasta. Szedł ich ulicami, oglądał cuda ludzkiej architektury i swoich pobratymców. Przechodził koło wielu Instytutów i gdzieś głęboko w nim coś go bolało, ale przestał na to zważać. Miał nowy cel, chciał zrobić to, co kiedyś już zrobiła znana mu osoba. Kiedyś, go to zdziwiło, w tamtej chwili imponowało.
   Nie wiedział skąd znał drogę, nawet jak mu się udało zrozumieć znaki, na których nazwy były dla niego kompletnie niezrozumiałe. Nogi same go niosły, prowadziły, wskazywały cel, a on się nie sprzeciwiał. Gdy kazały mu iść przez pola, szedł, gdy prowadziły do zabudowań również to robił, aż wreszcie udało mu się dojść, tam gdzie chciał.
Stojąc przed podwójnymi, dębowymi drzwiami pięknej rezydencji zaczął odczuwać niepewność.
Czy ja powinienem tu być?
Przyjrzał się domowi, po czym przeniósł się w otchłań wspomnień…

- Dokąd teraz pójdziesz?
Uśmiechnęła się do niego, lecz był to uśmiech, który miał jedynie skryć największy ból. Z miejsca zauważył, że jej oczy są podpuchnięte.
- A gdzie mam iść Lucjanie? Wrócę do rodzinnych stron. Mam tam swoją rezydencję. Teraz stoi pusta, ale jestem pewna, że nic jej nie jest. Podobnież należała ona do mojej babki, a wybudowali ją jej rodzice. Tam jest mój dom i do niego wrócę, jeśli tutaj nikt mnie nie chce.
- Nie mów tak! Idris to nasz dom, nasz wspólny. On należy do każdego Nefilim i nie powinnaś tak mówić.
Zaśmiała się bez krzty wesołości i pogłaskała jego policzek.
- Nie mam tutaj nikogo, a w Polsce się urodziłam i wychowałam. Tam powinnam teraz być.
Nic jej nie odpowiedział, chociaż na usta cisnęło mu się tysiące słów. Próbował nawet zrobić minę zbitego psiaka, jednak to nic nie pomagało, była zbyt pewna swojej decyzji.
- A jak cię tam znajdę? – spytał, kiedy zaczęła się odwracać.
- Nogi same cię do mnie zaprowadzą Lucjanie, o to się przejmować nie musisz – rzuciła przez ramię i ruszyła ulicami Alicante.

Wziął głęboki oddech i zapukał. Wsłuchiwał się, jak kroki po drugiej stronie stają się coraz głośniejsze, po czym przyglądał się, jak drzwi z lekkim zgrzytem się otwierają.
Gdy na nią spojrzał worek marynarski sam wypadł mu z ręki i bez słowa objął ją z całej siły, a ta zaczęła się śmiać.
- Mówiłam ci Lucjanie, że gdy przyjdzie czas sam do mnie dotrzesz.

* * *

Powoli weszła do zaciemnionego pokoju, w którego kątach paliły się wielkie, zabarwione na czerwono woskowe świecie. Na ścianach wisiały wiśniowe arrasy dobrze kontrastujące z czernią ścian. Nie było wiele mebli, zaledwie kilka komód, krzesło, dwa skórzane fotele oraz wielkie łóżko z jedwabnym baldachimem. Powoli zbliżyła się do niego nie zwracając uwagi, że po drugiej stronie ktoś siedzi.
- Camille – wypowiedział imię tak zmysłowo, że po ciele przeszedł dreszcz pożądania.
Spojrzała w ciemność, a jej oczy od razu wychwyciły jego postać. Białe włosy kontrastowały z ciemnością, a spodnie zlewały się ze kolorem ścian. Dopiero, gdy wstał zwróciła uwagę, że nie ma na sobie koszulki i jego ciało – dość dobrze wyrzeźbione – zachwyciło ją, a dziwne ciepło zawładnęło jej wnętrzem, gdy przyjrzała się mięśniom grającym pod skórą.
Sebastian ledwo powstrzymał się od chichotu widząc jej wyraz twarzy. Mieszanki strachu i pożądania, z lekką nutą niepewności.
- Panie – odpowiedziała pośpiesznie, przypominając sobie, że ma zachować takt.
Zbliżył się do niej i uśmiechnął widząc, jak próbuję zapanować nad igrającymi z nią emocjami. Dotknął zimnymi palcami jej policzka i delikatnie pogłaskał.
- Odpuśćmy sobie formalności. - Powoli podniosła na niego wzrok i skupiła się w czarnych, jak tunele nieprzeniknionych oczach. – Wiesz, dlaczego kazałem ci tu przyjść?
- Nie – odparła powoli i starała się powstrzymać przed drżeniem ciała.
Uśmiechnął się delikatnie, a jego dłoń zjechał z policzka na szyję i odwinęła kołnierzyk bordowej koszuli, na którą miała nałożony gorset. Opuszkami palców przejechał po widocznej tętnicy i zatrzymał się na dwóch czerwonych otworach. Miejscach, gdzie jej ukochana ją ugryzła i bestialsko wypiła jej krew.
- Nie chciałaś się Przemienić. Nawet nie wiedziałaś, że ona była wampirem, prawda? Zachwycił cię jej wdzięk, stateczność oraz odmienność od społeczeństwa. Szybko się do siebie zbliżyłyście, a gdy wyczuła, że jesteś jej całkowicie podatna wykorzystała to.
Każde jego słowo doprowadzało, że coraz bardziej się spinała, a skóra choć blada, zdawała się być biała jak płótno.
- Później jej już nie widziałam. Opuściła mnie na cmentarzu, kiedy nauczyła mnie polować, lecz poszukuję jej…
- Aby się zemścić – dokończył za nią i skierował się w stronę komody. – Już nie musisz.
Przyjrzała się, jak powoli podnosi dużą fiolkę krwi oraz spory pukiel ciemnych włosów.
Widząc jej zaskoczoną minę zaśmiał się i podał jej flakonik.
- Przypadkiem mi się napatoczyła – wyjaśnił i wzrokiem namówił ją, aby wypiła krew. – Wiem, że chcesz to zrobić.
Nie spuszczając z niego oczu otworzyła fiolkę i powąchała ją.
Świeża.
Nie zastanawiała się nawet chwili, tylko podniosła ją do ust i zaczęła wypijać zawartość rozkoszując się metalicznym acz zarazem słodkim smakiem posoki.
- Słyszałem, że krew wampirowi dodaje witalności. Przekonajmy się. – Zbliżył swe usta do jej warg, z których kącików spływał szkarłatny płyn i zaczął namiętnie je całować.
Delikatnie, co chwilę ją popychał w stronę łóżka, aż ta się na nim położyła, a on zaczął coraz śmielej ją dotykać i całować jej szyję. Szybko zdejmował z niej ubranie, a ta w ogóle mu się nie sprzeciwiała, chciała więcej i to otrzymała.

* * *

 Wlekli ją coraz to ciemniejszymi korytarzami nie przejmując się, że jej spodnie pokrywają wielkie plamy krwi z obdartych kolan. Nie pamiętała początku podróży, ocknęła się dopiero, gdy dość niezdarnie wciągano ją po schodach, na wyższe piętro Domu Upadłych. Przyglądała się tym, którzy ją prowadzili, jednak nie rozpoznała w nich żadnego z tych, których widziała na dziedzińcu. Ubrani byli dość groteskowo. Nałożone mieli na siebie coś na rodzaj tunik i na nich skórzane, wzmocnione napierśniki. Oboje byli ostrzyżeni na krótko, a wyrazy twarzy mieli nieodgadnione. Ich skrzydła były szaro - brązowe, czyli prawie, tak jak wszystkich, nawet Andrei’a. Próbowała się ich dopytać, gdzie ją prowadzą, lecz nie doczekała się odpowiedzi, aż nie znalazła się przed wielkimi drzwiami, których front był zdobiony ciekawą płaskorzeźbą przedstawiającą młodą kobietę zasłoniętą jedynie własnymi skrzydłami i trzymającą w dłoni wisiorek w kształcie krzyża.
Za nim bardziej się nad tym zastanowiła drzwi się otworzyły, a ona dość brutalnie została wepchnięta do środka i wylądowała na klęczkach przed ogromnym, mahoniowym biurkiem.
Gdy podniosła głowę napotkała wzrokiem rosłego mężczyznę ubranego w dziewiętnastowieczny garnitur. Był bardzo wysoki, a jego twarz przypominała czterdziestolatka, a nie kogoś, kto ma więcej niż 150 lat. Jego oczy były piwne, a włosy tak ciemne, że prawie czarne, gdzieniegdzie przeciągnięte siwizną, która dodawała mu poważnego wyglądu.
- Kto to? – warknął potężnym głosem i spojrzał na chłopaków, którzy ją przyprowadzili.
- Panie, to jakaś nowa. Została już oznaczona i kazano ją przyprowadzić – odpowiedział jeden z nich lekko się kłaniając.
- Dobrze… Wynoście się i każcie przyjść temu, kto ją tu sprowadził – odrzekł wychodząc zza biurka i zbliżając się do dziewczyny. – Jak masz na imię?
Przyjrzała się mu i pierwsze, co zauważyła, to fakt, że nie miał skrzydeł, a przynajmniej, nie były one uwidocznione. Było to dziwne, ponieważ jakaś moc zmuszała wszystkich do trzymania skrzydeł na wierzchu.
Może to też moc Czarnego Krzyża?
Dłuższą chwilę zastanawiała się czy ma mu odpowiedzieć, lecz jego wzrok i lodowy ton głosu zmuszał ją do tego.
- Lucyna – rzekła cicho.
Melior burknął coś pod nosem i dość boleśnie złapał ją za skrzydła i rozprostował je. Dłuższą chwilę się im przyglądał, po czym stanął naprzeciw niej.
- Skąd masz takie skrzydła? Magia? – spytał.
- Nie – odparła. – Takie już mam.
- Mhm… - mruknął w chwili, kiedy do środka wszedł Andrei.
- Panie – rzekł i lekko się ukłonił. – Wzywałeś.
Szef Domu spojrzał na niego złowrogo.
- Ty ją tutaj sprowadziłeś? – Wskazał na Lucynę, jakby była przedmiotem.
- Tak panie.
- Gdzie ją spotkałeś? – dopytywał dalej Melior.
- Na dworcu – skłamał nawet nie mrugając okiem.
To Lucynie dało do myślenia. Dlaczego ten chłopak miał powód, aby okłamywać swego przełożonego? Chciała być jak najbardziej ostrożna, aby się nie zdradzić i tym samym nie wkopać Andrei’a, bo przeczuwała, że najmniejszy błąd może mieć wielkie skutki.
Melior ponownie coś burknął pod nosem, po czym dodał głośniej:
- Jaki dostała Znak? – Nachylił się tak, że z pod koszuli wysunął się srebrny wisiorek z czarnym krzyżem.
Wyglądał identycznie, jak ten na płaskorzeźbie, co dziewczynie nie uszło uwadze i w ostatniej chwili pojęła, co to jest.
Czarny Krzyż!
- Siły – rzekł chłopak i spojrzał na Lucynę, a ta lekko skinęła głową.
Dostała Znak Władzy, jednak nie mogła się z tym zdradzać.
- Nic specjalnego. Zabierz ją na trening, jest twoją adeptką. – Machnął ręką mężczyzna i wrócił za biurko.
Andrei, czym prędzej pomógł jej wstać i kłaniając się pośpiesznie wyszli z gabinetu, po czym dziewczyna wyrwała się z uścisku i oparła o ścianę.
- Dlaczego to zrobiłeś? – szepnęła.
- Uratowałem ci życie. Kiedyś ci powiem, teraz nie mamy czasu. Chodź, musimy iść i sprawdzić cię w locie, ale to już oceni Belloci.

* * *

Siedział naprzeciw niej i oceniał, od czego zacząć rozmowę. Było mu bardzo ciężko, za ciężko, aby powiedzieć to zbyt dosadnie. Zbierał się z tym już od dawna, jednak nadal nie był pewny czy dobrze postępuje.
- Sferio, nie powinienem tak postępować, jednak muszę odejść. – Spojrzała na niego pytająco, a on strzelił się w myślach w policzek. – Dziękuję, że mogłem z tobą spędzić tyle czasu, ale czuję, że naprawdę muszę odejść. Czuje, że jestem bardziej potrzebny tam, w Idrisie. Czeka tam na mnie moje stado, jak i inni. Wiem, że mogę coś jeszcze zmienić, pomóc, więc podjąłem decyzję, że nie będę zwlekać i odchodzę. – Każde kolejne słowo był kolejnym policzkiem jaki sobie wymierzał.
Miałeś to powiedzieć delikatnie!
Przyjrzała mu się uważnie, po czym podniosła się i powoli do niego podeszła. O dziwo nie była przygnębiona, nawet nie płakała, tylko lekko się uśmiechnęła i wzięła jego twarz w dłonie, po czym ucałowała go w czoło.
- Jesteś odważny Lucjanie i za to cię kocham. Nie będę cię negować za tą decyzję, bo wiem, że jest słuszna, wiem, że jest przemyślana. Rozumiem też ciebie i wiem, że gdybym miała więcej odwagi, lata temu zrobiłabym to samo, aby pokazać, że Krąg niszczy ludzi, demoralizuje ich, ale jednak jestem za słaba.
- Nie jesteś słaba, przecież możesz iść ze mną.
- Nie, nie mogę Lucjanie. – Uśmiechnęła się i pozwoliła mu wstać. – Spakowałeś już wszystko wcześniej, prawda?
Lekko przytaknął głową i poszedł po swój worek marynarski do przedpokoju, po czym ciężko wzdychając wyszedł na próg i odwrócił się, aby spojrzeć na Sferię, która oparła się o framugę i się mu przyglądała.
- Nie żegnajmy się, bo pożegnania doprowadzają, że ludzie już się drugi raz nie ujrzą. – Przytaknął głową. - Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić.
- Pamiętam.
Ruszył przed siebie, jednak gdy zszedł z ganku i odszedł parę kroków zapragnął jeszcze raz na nią spojrzeć. Odwrócił się i mało nie krzyknął widząc ją wiszącą na ganku. Była blada, oczy miała wywinięte w słup, a włosy zdawały się być strąkami.
- Nie wróciłeś – załkała martwymi ustami.
Luke zerwał się zlany potem. Oddychał ciężko i spazmatycznie. Kolejny dzień z rzędu śniła mu się Sferia, co zaczynało go przerażać. Spojrzał na Jocelyn śpiącą obok i pocałował ją lekko w policzek, po czym wstał z łóżka i podszedł do okna.
Zastanawiał się, gdzie może być jego córka i czy nic jej nie jest.
Głupie pytanie!
Na pewno jej coś jest, jeśli zaczęła mu się śnić Sferia, martwa Sferia…
Przełknął głośno ślinę i zaczął się zastanawiać, czy to tylko jego wytwór wyobraźni, czy ona naprawdę się powiesiła. Lucyna nigdy mu nie powiedziała, jak zmarła jego matka, wiedział tylko, że z żalu.
- Jeśli mnie słyszysz, to wybacz mi Sferio za wszystko – szepnął. – Zrobiłaś dla mnie tyle, a ja cię tylko zraniłem, zniszczyłem… Chciałbym pomóc teraz naszej córce, ale nie wiem jak, proszę daj jakiś znak, gdzie jest i co mogę dla niej zrobić?
- Do kogo mówisz?
Luke odwrócił się w stronę zaspanej Jocelyn, która podniosła się na łokciu i spojrzała na niego pytająco. Podszedł do niej szybko i całując ją lekko w policzek szepnął:
- Do nikogo skarbie. Śpij, nic się nie stało.
- To dlaczego wstałeś? – dociekała dalej.
- Miałem zły sen, nic więcej.
- Lucyna?
Nic nie odpowiedział, tylko położył się koło niej i wtulił w jej szyję. Widział swoją córkę jako ostatni i nawet nie wiedział, że ona odchodzi na zawsze…

* * *


Obudził ją szmer głosów, a gdy uniosła się na łokciach zobaczyła już ubranego Sebastiana, który rozmawiał z dwójką swoich podwładnych. Gdy ujrzał, że się zbudziła lekko się uśmiechnął.
- Witaj.
- Witaj – odpowiedziała i szczelniej zasłoniła się kołdrą widząc chciwe spojrzenia jego towarzyszy. – Coś się stało?
- Praca – odparł. – Musimy się zbierać, już prawie wszystko przygotowane.
Camille spojrzała na niego pytająco. W głowie nadal szumiała jej noc i doznania, jakie podczas niej doświadczyła. Ciało nadal pragnęło jego dzikości, zachłanności, lecz sumienie przed czymś ją ostrzegało.
Przed czym?
- Na co? – spytała i okręcając się kołdrą wstała z łóżka i zbliżyła do chłopaka.
Ten machnął ręką na ludzi, aby wyszli, a oni posłusznie wykonali rozkaz. Gdy drzwi się za nimi zamknęły doszedł do szafy i wyjął z niej jakiś ubiór, a następnie lekkim szarpnięciem zsunął z dziewczyny okrycie i przyjrzał się jej nagiemu ciału. Opuszkami palców przejechał po piersiach delikatnymi uszczypnięciami drażniąc brodawki, po czym przystawił strój akolity i uśmiechnął się z satysfakcją.
- Będziesz w tym pięknie wyglądać.
- A jaka to okazja? – zapytała i przejęła od niego ubiór.
- Zaatakujemy Instytut – zaśmiał się i namiętnie ją pocałował.

* * *

Stała na dziedzińcu i przyglądała się jak grupka Upadłych wykonuje każde polecenie, które z dołu wykrzykiwał do nich chudy mężczyzna o ciemnej burzy włosów i lekkim zaroście.
- To tylko dwadzieścia kilogramów osły, a wy latacie, jakbyście mieli po tonie dźwigać! - wrzasnął z widocznie francuskim akcentem.
Żaden jego uczeń nic się nie odezwał, tylko jeszcze mocniej zaczął machać skrzydłami okręconymi - jak zauważyła Lucyna - rzemieniami. Do piersi mieli przywiązane mosiężne płyty, które były obciążeniem dla trenujących.
Andrei powoli zbliżył się do trenera i chrząkając zwrócił na siebie uwagę.
- O, witaj! – odezwał się zaskoczony mężczyzna i od razu zlustrował dziewczynę wzrokiem. – Wracać na ziemię, jazda!
Piętnastu młodzieńców zapikowało w dół i z wielka wprawą wylądowało w równym rzędzie naprzeciw Belloci’ego.
- Umiesz latać? – spytał przyglądając się jej skrzydłom.
Lucyna od razu przytaknęła.
- Mam pokazać?
- Nie musisz. Andrei, jak lata? – zapytał, a chłopak na chwilę się zamyślił.
- Lekko – odparł, a wszyscy parsknęli śmiechem, prócz zaskoczonej dziewczyny.
- No to mamy górnolotnego ptaszka – zaśmiał się, któryś z młodziaków. – W łóżku też będzie górnolotna.
- Ej! – wrzasnęła dziewczyna.
- O, złośnica! Ja biorę ją na dzisiaj! – krzyknął inny, a Lucyna mało nie wybuchła z wściekłości.
Szybko jednak zareagował trener i uciszył wszystkich gestem ręki, po czym skrzyżował dłonie na piersi.
- No dobra. Coś pomyślimy nad twoim treningiem, ale wpierw ci założymy umocnienia.
- Co? – spytała zaskoczona.
- Sznury, rzemienie lub… nieważne, na skrzydła, aby je usztywnić i wzmocnić mięśnie. Dzięki temu lot jest szybszy, a pikowanie pewniejsze.  No dobra to, które wolisz? – Wskazał na kupki umocnień leżących pod ścianą. – Sznury, czy rzemienie?
Dziewczyna podeszła do nich i obejrzała je. Nie wyglądały zbyt dobrze, jak i nie wyobrażała sobie, aby coś takiego nosić.
- Nie ma innych? – spytała i ujrzała niepewność na twarzy trenera.
- Są – odparł dość cicho. – Ale one się nie nadają. Mało, kto wytrzymuje je, są za ciężkie.
- Z czego są zrobione? – dopytywała.
- Z łańcucha – rzekł po chwili i wszedł do małego pomieszczenia, po czym przyniósł z nich zrobione z lśniącego metalu umocnienia.
- Chce je! – Prawie krzyknęła, a uczniowie wybuchli śmiechem.
- Cisza! – krzyknął Andrei i podszedł do Lucy. – Nie, nie chcesz ich. Założenie jest trwałe, czyli ich już nie zdejmiesz i jest bardzo bolesne. Dodatkowo są zbyt ciężkie. Od lat nie znalazł się żaden Upadły, który wytrzymał ich ciężar.
- Ale ja dam sobie radę, chcę je założyć – warknęła, po czym dodała ciszej: – Pokażę wszystkim, że uda mi się, rozumiesz?
Chłopak ciężko westchnął nie wierząc, że kobiety są tak uparte.
- Dobra, chodź do magazynku, musimy je założyć – powiedział po chwili trener.
Andrei, Lucy oraz Belloci weszli do środka i z miejsca kazali oprzeć się dziewczynie o ścianę.
- Nie jestem pewien. Ich się już nie da zdjąć, a w ogóle poranią ci całe skrzydła – rzekł mężczyzna i przymierzył łańcuchy.
- Nic mi nie będzie – warknęła. – Zakładaj.
Mężczyzna nic się już nie odezwał, tylko z pomocą chłopaka, zaczął wyjmować z zapięć długie, zakończone na ostro śruby i nałożył same łańcuchy na skrzydła dziewczyny. Dopasował je i dokładnie ułożył zapięcia, aby otwory znalazły się w tym samym po obu stronach kończyn.
- A teraz zepnij się i nie krzycz – powiedział i przymierzył śrubę. – Gotowa?
Przytaknęła i zagryzła wargę, a następnie nogi się pod nią ugięły. Ból zapromieniował ze skrzydeł do kręgosłupa i odbił się echem nawet w głowie. Nie poczuła po chwili żadnej ulgi, lecz kolejną falę bólu, gdy w następnych miejscach jej skrzydła były przebijane, łącznie po osiem śrub na kończynę. Gdy założono od drugiej strony zapięcia, aby bolce nie wypadły, Belloci pociągnął mocno za jeden łańcuch, aby wszystko ściągnąć na mięśniach do takiego stopnia, żeby się w nie wżynały i poprzecinały skórę.
Nie krzyczała z bólu, nie była w stanie, ale widząc pod sobą kałuże krwi chciała zemdleć.
Sama się na to zdecydowałaś.
Po jej policzkach płynęły obficie łzy, jak posoka po plecach i po pojedynczym łańcuchu, który zwisał z każdego skrzydła.
- Skończone. – Te słowa były, jak błogosławieństwo.
Odwróciła się, a Andrei i trener byli bladzi, jak płótno.
- Bardzo cię boli? – spytał chłopak.
Przytaknęła nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Te pojedyncze łańcuchy służą do obrony, przy obrocie ranią każdego w zasięgu metra. A te, które poraniły ci skórę, kiedy się zagoją, zespolą się z mięśniami, co dodatkowo je usztywni, a teraz, aby ból ci minął, musisz trochę polatać i uregulować mięśnie. Jak to zrobisz, do wieczora ból minie, ale pamiętaj, że już ich nie schowasz – mówił rzeczowo trener, a Lucy na wszystko powoli przytaknęła i ruszyła za nimi na zewnątrz.
Wszyscy zamarli, gdy ujrzeli jej ubranie przesiąknięte krwią i nałożone umocnienie.
- Czujesz ich ciężar? Będziesz w stanie polecieć? – zapytał Andrei.
- Tak – odparła i jak na zawołanie zaczęła z o wiele większym wysiłkiem, niż wcześniej nimi machać, lecz nie uniosła się.
Usłyszała za sobą ciche parsknięcia śmiechem i głupkowate żarty, które tylko ją zmobilizowały do działania. Zignorowała cały ból i wybiła się najmocniej jak się dało. Czuła, jakby miała na plecach drugiego człowieka, wyczuwała, że łańcuchy mogą ważyć około trzydziestu kilogramów, ale nie mogła się poddać. Włożyła całą siłę w uderzenia skrzydeł i wznosiła się coraz wyżej. Wszyscy jej się przyglądali z dołu z zaskoczeniem.
- Cholera – zaklął Belloci. – Jest silna, jak koń. Ostatni, kto założył te umocnienia był Melior i jak głoszą pogłoski, za pierwszym razem, nawet nie zdołał ruszyć skrzydłami, a ta dziewucha uniosła się na wysokość ponad stu stóp!
- Nadaje się? – zagadnął chłopak przyglądając się Lucynie z nieukrywaną dumą.
- Oczywiście – odparł i zwrócił się do okna, z którego wyglądał Melior widocznie wściekły widokiem Lucyny. – I uczynię z niej najlepszego wojownika.
   
* * *

Zaczęła wszystkich pośpiesznie budzić, a najmłodszego wzięła na ramiona nie przejmując się, że dziecko jest całe wystraszone gwałtownym wyrwaniem ze snu. Kazała wszystkim się zebrać w salonie, a mężowi przygotować torby. Bała się tego, że wizja przyjdzie za późno, ale to nie oznaczało, że nie mieli żadnej szansy.
- Babciu, co się dzieje? – spytała zaspana Lisa opierając się o brata.
- Zbierajcie się, uciekamy z Instytutu. Weźcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
- Co się stało? – zapytał zaskoczony Jakub.
- Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo – odparła podając mu chłopczyka i sama chowając noże i inną broń. – Adam, idź do zbrojowni weź niewielki zapas broni, a reszta niech się śpieszy i pomóżcie dzieciom.
- Co widziałaś? – To pytanie zadał Peter przynosząc z kuchni trochę żywności i chowając je do torby.
- Płomienie, Instytut i… - nie dokończyła słysząc wybuch od frontu. – Jest już za późno – szepnęła. 


środa, 5 listopada 2014

Sen Szatana

Witajcie! To opowiadanie nawiązuje do całej historii, lecz nie jest żadnym rozdziałem, ani częścią żadnego z rozdziałów. Jest to całkowicie osobna historia, która ma was zapoznać z jednym z zaczętych wątków. Który to jest wątek? To się sami przekonacie ;) Zapraszam do czytania :)
_________________________________________________________________________

Miałam sen… Był on dziwny. Nie, nie dziwny. Niezwykły…
Stałam na wzgórzu i patrzyłam na dolinę, dolinę pełną brzozowych i dębowych krzyży. Wszystkie były ustawione w równych rzędach, w odległości od siebie dwóch, sporych kroków. Nie potrafiłam ich zliczyć. Wyglądały jak nieruchome, drewniane morze, które przypomina jedynie o nieubłaganie pędzącym czasie, o demoralizującej cywilizacji i pani tego świata, o Śmierci, która z delikatnym uśmiechem na twarzy sunie między ludźmi i co jakiś czas lekko obejmuje kogoś, aby zabrać jego dusze i ulecieć niczym dym razem ze swą zdobyczą. Ciała pozostawione bez właściciela lądują tutaj i tylko, jako pamięć pozostaje tabliczka z literami, które składają się w dziwne słowa… Imiona, nazwiska, pseudonimy, ksywki.
Krążąc między nimi, w ogóle ich nie rozpoznaję. Margaret Poleys, Jerzy Poleys, Samuel Serrentes, Jakub Finerch, Weronika Poleys, Sferia Stellen i wiele, wiele innych. Miałam dziwne przeczucie, że te imiona i nazwiska już gdzieś, kiedyś słyszałam, lecz ta myśl była jakby rozdzielona od innych, odległa, ukryta za mgłą, która skutecznie ją kryła przede mną. Szłam dalej spokojnym, czujnym krokiem. Wokół mnie rozbrzmiewała tylko cicha melodia żałobna, grającą przez wiatr w liściach, które już zakryły alejki złotym dywanem. Muzyka piękna, acz przytłaczająca. Znana, acz dobijająca. Przywracająca tak wiele wspomnień, że aż znienawidzona. Ten sonet grający przez wiatr w tak piękny dzień był, jak śnieg w środku lata…  Był przeciwieństwem tego wszystkiego, co się wokół mnie działo.
Przecież to tylko krzyże!
Cały czas sobie mówiłam i dążyłam dalej, gdzie niosły mnie nogi. Boki zaczęły ciemnieć, krzyże zanikać, jak we mgle, obraz się rozmazywać, a źrenice zwężać, gdy przede mną rósł płomień, zmieniał się w pożar, przybierał ludzki kształt. Każdy by w takiej chwili uciekł, lecz ja stałam. Nie miałam dokąd uciec, byłam w pustce, czarnej, zimnej, lecz znanej. Nie bałam się, nie miałam czego się bać. Płomienie zmniejszyły się, przybrały ludzką postać, małego chłopca z rozmierzwioną, falująca czupryną, delikatną, kruchą posturą, pustymi oczami i smutnym wyrazem twarzy.
To był on!
Mój mały braciszek!
Poczułam, jak serce gwałtownie obiło mi się o żebra, a nogi same się ugięły zmuszając mnie, abym przed nim klękła. Oh… Jaki jest on malutki, jaki niewinny… W ogóle nie urósł. Był nadal sześcioletnim Antosiem, malutkim Antosiem, który zawsze, gdy widział, że jego siostra się smuci, próbował coś na to zaradzić. Był tym samym Antosiem, którego nosiłam na barana, którego chroniłam i wychowywałam, jak swoje dziecko. Tym samym Antosiem, którego tyle lat temu rozszarpała na strzępy, bez jakiejkolwiek litości, którego zjadałam, którego piłam krew, aby ugasić pragnienie.
Przełknęłam ślinę tak głośno, aby rozniósł się ten dźwięk echem po całej dolinie. Rozszarpałam go… Zabiłam… On nie żyje…
To wszystko dochodziło do mnie bardzo powoli, a rękę, którą zaczęłam wyciągać w jego stronę zatrzymałam w pół drogi i jeszcze wolniej zaczęłam cofać.
Stał przede mną z rączkami splecionymi za plecami. Podbródek przyciągnął do piersi, a jego oczka, w których płonęły dwa płomyczki świeciły pod kurtyną włosów spadających na czoło. Wyglądał uroczo, niewinnie, tak jak zawsze, kiedy przychodził do niej, aby ją pocieszyć, a nie potrafił odnaleźć żadnych trafnych słów, aby zacząć dialog.
- Antoś? – wykrztusiłam cicho do niego, a on raptownie podniósł głowę. – Ty nie żyjesz, prawda?
Nic nie odpowiedział, tylko gwałtownie do mnie dopadł i złapał mnie za ramiona. Dopiero teraz zrozumiałam, że stworzył go ogień. Zaczął palić mój materiał, a potem skórę. Krzyknęłam w chwili kiedy swym czołem dotknął mojego, a ja zapadłam się w pustce.
Przede mną zaczęły przewijać się setki obrazów z mojego życia. Dawnego życia.
Widziała siebie jako ośmiolatkę z dwoma długimi warkoczykami, które radośnie skakały wokół mojej twarzy, gdy podskakiwałam przy mamie trzymającej niebieskie, małe zawiniątko. Sferia, ukucnęła koło mnie, a ja pierwszy raz ujrzałam jego maleńką, pyzatą buzię z wielkimi, szarymi oczami, które przyglądały mi się badawczo. Wyciągnęłam rękę w jego stronę, lecz obraz gwałtownie się rozmył zostawiając nicość. Po chwili rozbłysło jakieś światło, a ja stałam przed domem. Byłam ze dwa lata starsza. Tak, na pewno dwa. Antoś miał wtedy swoje drugie urodziny. Składał pierwsze zdania i męczył nimi wszystkich, także błagając aby się z nimi pobawić. Patrzyłam jak się z nim ganiałam, ślizgałam na ślizgawce, huśtałam oraz podnosiłam go, a on udawał, że jest samolotem. Mimo że ubrudzony był całym swoim waniliowym tortem urodzinowym, którym brudził również mnie, nadal wyglądał tak słodko, że nie było wstanie powstrzymać się, aby dać mu buziaka. Trzymając go zaśmiałam się i podrzuciłam go do góry, a nagle świat ściemniał, a on zmienił się w odlatującego ptaka.
Był zachód słońca.
Antoś widocznie był o wiele starszy, miał pięć lat, prawdopodobnie zbliżały się już jego kolejne urodziny. Był po za terenem naszej posesji. Biegał po wzgórzach, na których rozpoczynał się las.
Zatrzymywał się co chwilę i krzyczał moje imię tak rozpaczającym głosem, że w oczach zakręciły mi się łzy. Spojrzałam na las i ujrzałam między drzewami siebie. Płakałam z całej siły ściskając pień drzewa. Włosy miałam brudne i potargane, ubranie również nie było w najlepszym razie.
Od strony domu biegła w jego stronę mama. Jak zawsze w fartuchu, a włosy miała spięte w niesforny kok. Mimo wieku była nadal zwinna i szybka, więc bez problemu złapała małego. Chłopczyk chwilę szarpał się w jej ramionach, aż całkowicie poddał się rozpaczy i rozpłakał w matczynych ramionach. Sferia osunęła się na kolana i przycisnęła malca do piersi, a ja ujrzałam, że po jej policzkach również zaczynają spływać pojedyncze łzy. Tuliła go i kołysała kojąco, gdy on chlipał:
- Mamusiu, gdzie Lucy, gdzie moja siostrzyczka?
- Skarbie. – Zdawało się to tylko cichym wydechem. – Lucynka musiała iść, ma ważną sprawę. Jutro wróci.
- Nie! Ja chcę ją teraz! – łkał dalej, a ona z całej siły powstrzymywała się, aby sama nie poddać rozpaczy.
Spojrzałam znów na siebie i zauważyłam, jak przyglądam się chowającemu słońcu i ukazującej tarczy księżyca, pełnej i jasnej w swej chwale. Zagryzając wargę z bólu odepchnęłam się od pnia drzewa i wbiegłam w głąb lasu, a cały świat znów stał się czernią, z której wyłoniło się wnętrze domu. Stałam w jednym z jego głównych pomieszczeń, z którego obserwowałam sunącego przy ziemi sporego, biało – szarego wilka. Przyglądałam się jak węszył swoją ofiarę i przyśpieszał, aby po chwili zniknąć za jednym z wejść. Szybko za nim pobiegłam i ujrzałam, jak wchodzi na kołdrę, wącha chłopca, skrytego pod nią, a następnie ujrzałam jedynie błysk kłów. Do góry poleciał kawałek ludzkiego mięsa, a na ścianę trysnęła fontanna krwi.
Krzyknęłam i podbiegłam do łóżka. Chciałam odsunąć od mojego braciszka tą bestię, uratować go, lecz przeleciałam przez wilka, jak duch. Zwierzę szarpało jego ciało, rozerwało pazurami brzuch i wyjadało jelita, jakby to było spagethi. Po chwili zaczął odgryzać wszystkie kończyny, kończąc na głowie. Wypatroszony tułów i głowę, z szeroko otwartymi oczami odrzucił na bok, a złapał za nogę i kładąc się wygodnie w wielkiej kałuży krwi, która była na pościeli, zaczął ją ogryzać. Uklękłam zrozpaczona nad częściami ciała i zaczęłam płakać, widząc kątem oka, jak bestia kończy swój posiłek, pije krew, która krzepnie wokół niego i kładzie się spać, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Zawyłam zrozpaczona, a ciemność znów mnie ogarnęła.
Wróciłam na cmentarz, a przede mną stał mój braciszek, który powoli zaczął się rozpadać, tak jak go rozszarpałam.
- Ty to zrobiłaś – powiedział smutno chłopczyk, a ja podniosłam się szybko na nogi i zaczęłam biec alejkami.
Znów przyglądałam się nazwiskom, które zaczęłam rozpoznać. Krzyczałam zrozpaczona widząc imię babci i swojego rodzeństwa, całego rodzeństwa. Czy oni też nie żyją?! Błagałam Boga i Szatana, aby to nie była prawda.
Biegłam dalej, aż zobaczyłam, że na jednej z tabliczek kawałek ode mnie widnieje imię Jace, a zaraz obok niego Aleksander. Przyśpieszyłam kroku, lecz uderzyłam w niewidzialną barierę. Chciałam Zobaczyć nazwiska, czy to nie jest zbieg okoliczności, że to nie jest moja najgorsza myśl, jednak nic nie mogłam. Uderzyłam pięściami w przezroczysty mur i zapłakana osunęłam się na ziemię wycieńczona.
- Nie twój czas poznać jeszcze tą przyszłość Lucyno, lecz pamiętaj, że My o tobie nie zapomnieliśmy i wiedz, że Nasza Dama po ciebie niedługo przybędzie, abyś wreszcie odpokutowała swoje grzechy i gniła na tym cmentarzu samotnie, zapomniana przez wszystkich.
Zerwałam się gwałtownie i ledwo mogąc oddychać zaczęłam ocierać łzy. Ujrzałam nad sobą znajomą sylwetkę i szepnęłam przerażona:
- Jace?
Chłopak podszedł szybko i siadając przytulił mnie, zaczynając głaskać oraz uspokajać.
- Cicho Lucynko, to ja Andrei.
Odetchnęłam głęboko i wtuliłam się w niego pozwalając sobie na jeszcze kilka łez…

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział #10 - Lucyna i Lucyna


Londyn, styczeń 1887 rok

Charlotte lekko uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Wiedziała, czego się powinna spodziewać i nie myliła się.
Jem oraz Will siedzieli w fotelach przy łóżku, w którym leżała młoda dziewczyna. Jej włosy były splątane, ciało blade, ręce zaciśnięte na kołdrze, a twarz wykrzywiał grymas cierpienia. Ponownie spojrzała na chłopców. Jem siedział zgarbiony i widocznie walczył ze snem. Pod srebrnymi oczami miał granatowe cienie. Skóra na twarzy była ściągnięta, a usta zaciśnięte w wąską linię.
Will natomiast był oparty o ramię swego parabatai i cicho pochrapywał. Nie dziwiła mu się. Odkąd ją przynieśli, siedzieli obok jej łóżka i przy niej czuwali. Mijała powoli druga doba od kąt nie spali, co dawało im się we znaki i zmuszało wręcz do snu. Za nim James wyczuł, że Charlotte jest w pokoju minęła długa chwilą, którą ona poświęciła, aby zobaczyć, że Will także ma duże cienie pod oczami, a jego sen jest płytki i niespokojny, tak jakby śnił mu się koszmar. Oboje z chłopców mieli zmierzwione włosy i pogniecione ubrania.
- Charlotte – szepnął cicho jej imię i powoli odwrócił głowę uważając, aby nie obudzić Willa.
Szefowa Instytutu się do niego zbliżyła. Stanęła w rogu łóżka i cały swój wzrok skupiła na dziewczynie.
- Wybudzała się? – spytała cicho.
- Nie. Wiła się, płakała, nawet krzyczała, ale się nie obudziła – odrzekł. Na chwilę zamarła nieprzyjemna cisza, po czym zapytał drżącym głosem: – Ona cierpi, prawda?
Spojrzała na niego ze współczuciem nic nie odpowiadając. Sam jej wzrok dawał mu odpowiedź na to pytanie. Charlotte cicho westchnęła i przymknęła oczy siląc się na spokojny, opanowany ton, a nie roztrzęsiony, zatroskany i wręcz załamujący.

- Rozmawiałam z Bratem Enochem.
Niedawno Cisi Bracia opuścili Instytut. Zostali przez nią sprowadzeni zaraz, gdy została przywieziona tutaj. Brat Enoch z dwoma jeszcze Braćmi wyprosili z jej pokoju Willa i Jema, a oni przez prawie cztery godziny siedzieli pod drzwiami nic nie mówiąc, tylko wysłuchując krzyków Lucyny i jej płaczu.
Kiedy wyszli z pokoju, Jem próbował się dowiedzieć, co się z nią dzieje, lecz Cisi Bracia odpowiedzieli, że jemu tego nie powiedzą. Od tamtej pory obaj chłopcy siedzieli przy jej łóżku i przyglądali się, jak co godzinę przez prawie jeden dzień przychodził któryś z Braci i podawał Lucynie jakieś płyny, po czym wychodził bez słowa.
Charlotte była zobowiązana powiedzieć to, co przekazali jej Cisi Bracia. Było to ciężkie zadanie, które chętnie by sobie odpuściła, ale nie mogła.
Spojrzała na zmartwione, senne oczy jej podopiecznego, po czym zaczęła szeptać załamującym się głosem:
- Powiedzieli, że nie ma już ratunku. Czas się z nią pożegnać.
Bardzo walczyła ze sobą, lecz mimo uporu z jej oczu pociekły łzy i zaczęły wić się po policzkach. Jem zamarł na krześle wpatrzony w nią niedowierzającym wzrokiem, po czym z całej siły szarpnął ramie Willa, który zerwany ze snu od razu dobył noża.
Rozejrzał się zaspanym wzrokiem wokół siebie i gdy napotkał spojrzenie swego przyjaciela, które wyrażało tak wiele emocji, że można się w nich było pogubić, upuścił broń na ziemię.
Will chwilę na niego patrzył wyczytując zaskoczenie, niedowierzanie, niepewność, a przede wszystkim ból psychiczny i rozpacz.   
Spojrzał na Charlotte z lekko uchylonymi ustami, które powoli zaczęły się składać w imię dziewczyny leżącej na łóżku, lecz Jem szybko szarpnął swojego parabatai ponownie i patrząc mu w oczy z wymuszonym w głosie spokojem powiedział:
- Czas się pożegnać Will, czas się z nią pożegnać.
Przy słowie „nią” głos mu się załamał, a oczy same powędrowały do Lucyny  spokojnie śpiącej, lecz mimo to widocznie cierpiącej.
- Ale jak to?! – Will prawie krzyknął na panią Branwell, a ona cofnęła się o krok wycierając wierzchem dłoni łzy.
- Williamie, spokojnie – odezwał się James, ale ten już wstał i patrzył wściekłym wzrokiem na szefową Instytutu.
- Przecież Cisi Bracia ją leczyli – sapnął rozwścieczony.
- Will, Cisi Bracia zrobili, co mogli. Przedłużyli jej życie o tyle godzi ile się dało, ale ostrze za bardzo ją zraniło, ona nie da rady dłużej – mówiła drżącym głosem.
- Ile czasu jej zostało? – spytał, starając się uspokoić tonaż głosu.
- Brat Enoch mówił, że około dwóch godzin. Za godzinę Runa Snu przestanie działać, prawdopodobnie, gdy się obudzi ból zacznie ją szybciej wykańczać niż sama rana – westchnęła i opuściła głowę.
Nie potrafiła spojrzeć tym chłopcom w oczy, kiedy wiedziała, jak te słowa w nich uderzyły.
Dwie godziny.
Ona sama stała jak wryta z otwartymi ustami, kiedy usłyszała to od Cichego Brata, a później wszystko zaczęło jakby przyśpieszać.
Tak mało czasu.
- Idę napisać list do Lightwood’ów – rzekła po chwili i zaczęła się odwracać w stronę wyjścia.
- Po co?! – Głos Williama znów stał się zdenerwowany.
- Gabriel i Tatiana znali Lucynę. Tatiana może nie przepadała za nią, ale z Gabrielem Lucyna miała dobre stosunki, chyba chciałby się z nią pożegnać – powiedziała po dłuższej chwili i szybkim krokiem wyszła z pokoju.
Will zachwiał się do tyłu i ciężko opadł na krzesło. Od razu skrył twarz w dłoniach i starał się jak najbardziej uspokoić. Zdawało mu się, że jego serce powoli przestaje bić.
Znowu moja wina, znowu moja klątwa.
Ta myśl była jak ostrze w jego własnym ciele. Gdyby nie on, gdyby nie klątwa, nic by się takiego nie stało. Chciał, żeby zamiast niej leżał tam on, żeby to on umierał, a nie ona.
Poczuł na swoim ramieniu znajome mu ciepło dłoni Jema.
- Will… – Usłyszał swoje imię, na które powoli podniósł wzrok zaraz napotykając srebrne tęczówki i znajomą bladą twarz.
- Będę siedział przy niej do końca. Nie opuszczę jej Jem, nie chce, aby umarła samotnie w otoczeniu Cichych Braci, którzy później zabiorą jej ciało do Cichego Miasta, aby prochy stały się kolejnym filarem, czy fasadą – odpowiedział pewnym głosem i spojrzał, jak dziewczyna lekko drga i zagryza dolną wargę.
- Wiem Will, wiem, że jej nie opuścisz, ja też tego nie zrobię – rzekł Jem i pozwolił, aby Will usiadł na podłodze koło jego nóg i oparł głowę o kolano.
- Ona jest taka młoda – szepnął po chwili milczenia – Za młoda, aby umierać. Przecież niczego nie była winna, była wspaniałą Nocną Łowczynią.
- Will, ona nadal żyje, nie mów tak jakby już jej tutaj nie było – skarcił go parabatai.
Chłopak nic nie odpowiedział na te słowa tylko przyglądał się, jak Lucyna szarpie delikatnie rękoma kołdrę, a na jej czoło wchodzą kolejne krople zimnego potu.
James z fotela widział, jak pościel okrywająca jej ciało na wysokości brzucha, powoli acz dobitnie zaczyna zabarwiać się na szkarłatno.
- Bandaże przesiąkają – szepnął sam do siebie i powoli wstał z fotela.
Will o nic nie zapytał, gdy Jem zbliżył się do Lucyny, delikatnie złapał za kołnierzyk jej koszuli i rozchylił ją tak, aby było widać obojczyk i szyję. Następnie narysował starannie stelą Znak powolniejszego krwawienia oraz Znak uśmierzający ból będąc świadom, że niedługo się obudzi, a cierpienie może ją bardzo szybko zabić.
Gdy skończył opuszkami palców przejechał po fragmencie blizny na wgłębieniu jej szyi. Teraz była tylko bladym paskiem odcinającym się od kremowej skóry. Ślad po batach od matki za to, że żyje. Jem pamiętał ten ślad. Pierwszy raz go ujrzał, kiedy spotkali ją walczącą przy Tamizie. Gdy upadła na ziemię w męskim stroju z mieczem w ręce jej ramiona były całe w ranach, a koszula, którą miała na sobie zsunęła się z obojczyka i ukazała krwawą pręgę. Will jako pierwszy to ujrzał i spytał się, czy to zrobił jakiś demon, a ona odpowiedziała:
- Tak, moja matka, końskim pejczem.
W tamtej chwili oboje wymienili spojrzenia. Znaleźli dziewczynę w wieku piętnastu lat, z polskim akcentem, która prawdopodobnie nie miała w przeszłości wesoło.
Tamtego właśnie dnia, zaczął się nowy rozdział w jej życiu, życiu Instytutu i ich – jego i Willa.
Herondale, który nadal siedział na ziemi zaśmiał się bez krzty wesołości.
- Dwa lata, a zdaje się, jak dwadzieścia.
Jem odwrócił się w jego stronę i usiadł obok niego przysuwając kolana pod brodę.
- Pamiętasz, jak siedzieliśmy w tym pokoju pierwszy raz? – spytał Will i odwrócił głowę w stronę swojego parabatai.
- Tak – odpowiedział lekko się uśmiechając. – Zdawało się wtedy jakby to była dla nas kara.
Will odwzajemnił uśmiech.
- Dopiero ją znaleźliśmy, ale rany po batach na jej plecach i te, które zadały demony trzeba było wyleczyć. Cisi Bracia pobyli przy niej, a później nam kazano nam czuwać jakby się obudziła. Pamiętam, że graliśmy wtedy w karty i ja wygrywałem.
- A ja pamiętam jaką zrobiłeś minę, kiedy się obudziła i siarczyście zabluźniła – zaśmiał się cicho. 
- Nie spodziewałem się takich słów i to jeszcze po angielsku od takiej młodej osoby i to dziewczyny, a pamiętasz potem jej słowa: tak mnie nie bolał głowa nawet po butelce dżinu.
Oboje parsknęli śmiechem i zwrócili wzrok na umierającą.
- Dwa lata treningów, wspólnego zwiedzania Londynu, polowania na demony i chodzenia do tawern.
- To ostatnie, to tylko z tobą Will – odpowiedział Jem. – A pamiętasz, jak ją uczyłem grać na skrzypcach?
Herondale lekko się skrzywił.
- Tak, przez to Instytut spać nie mógł. Rzępoliła strasznie.
- Tak jak każdy na początku – odparł Carstairs.
Zaraz po tym zaczęli dalej wspominać wspólne chwile z młodszą od nich o rok Lucyną. Ich bieganie po dachach, spanie przy kominku zaraz po tym, jak na zmianę sobie czytali, nauki angielskiego, aż wreszcie wspólne obchodzenie świąt i wspomnienie, że nigdy, nawet na balu nie pojawiła się w sukni nie chcąc ukazać blizn oznaczających jej nogi, ręce, plecy, szyję i dekolt. Tylko oni i Charlotte wiedzieli, że to są pamiątki z jej domu, po matce. Wspomnieli jak oni i pani Branwell wstawili się za nią podczas Bożego Narodzenia, gdy zjawiła się Enklawa, a ona w towarzystwie Willa i Jema weszła do sali balowej ubrana w czarne, męskie spodnie, wykrochmaloną koszulę, marynarkę i muchę pod szyją, aby zakryć najwyższe blizny, a wszyscy poczuli się oburzeni jej wyglądem.
- Przecież to jest dama, a nie chłopak! – oburzyła się ciotka Charlotte.
- Jak śmiała w święta się tak ubrać, to jest obraza! – Ktoś krzyknął, a oczy Lucyny się zaszkliły.
Will ścisnął mocniej jej rękę i szepnął na ucho:
- Nie płacz, bądź dzielna, nie daj im satysfakcji.
On oraz Jem zaczęli jej bronić próbując zmienić temat i mówić, że po prostu ona nie nosi sukni, lecz nikt ich nie słuchał. Wtedy na wysokości zadania stanęła Charlotte, która zaczęła się wypowiadać, że ona nie może nosić sukni z wielu różnych powodów.
- Niby, jakich? – zagrzmiały głosy, a Lucyna nie wytrzymała.
Szybko wyszła na środek i gwałtownym ruchem zerwała z siebie muchę. Kołnierzyk opadł i na wierzch ukazał się fragment z jej lżejszych blizn, jednak nadal zaczerwieniony i gruby na prawie trzy palce. Rozpięła pierwszy guzik i ukazała jej dalszą część, a dużo dam w pomieszczeniu ręką zakryło sobie usta, jakby w geście powstrzymania się przed mdłościami. Gwałtownie zapanowała cisza, którą przerwał załamujący się głos Lucyny:
- Dlatego nie mam na sobie sukni! I jeśli teraz macie zamiar powiedzieć, że urażają was moje blizny albo jak wam jest strasznie przykro, że coś takiego mam na swoim ciele, a będą to puste słowa, to nie mam zamiaru ich słuchać! Równie dobrze mogę spędzić te święta na ulicy, jak nie chcecie mieć ze mną styczności! – Z jej oczu popłynęły gorzkie łzy.
W tamtej chwili honorowo zachował się Gabriel, który jako pierwszy się do niej zbliżył jako gość i wycierając jej łzy chusteczką powiedział na głos:
- Dla mnie będzie zaszczytem, jeśli spędzę z panią te święta.
Zaraz do niej zbliżyli się Will, Jem oraz Charlotte, która ją przytuliła i uspokoiła do końca, mówiąc, że święta spędza się z rodziną, a oni teraz nią są i, żeby nawet nie myślała wybywać z Instytutu.
Ogólnie Boże Narodzenie wyszły bardzo przyjemne. Lucyna dużo tańczyła z różnymi gośćmi oraz zaskoczyła wszystkich pieśnią acz nie kolędą po polsku. Uczestniczyła w każdej zabawie i wszyscy z Londyńskiego Instytutu widzieli ją po raz pierwszy taką uradowaną.
- Wtedy zrozumieliśmy, że ona w domu nigdy nie miała prawdziwych świąt – skwitował Will i oparł głowę o ramię Jema.
- Tak i widząc jej radość tamtego wieczora, kiedy otrzymała prezenty, widok był nieopisany. – Uśmiechnął się do przyjaciela.
Mijały kolejne minuty na kolejnych wspomnieniach, gdy od strony łóżka dobiegł cichy jęk, a drzwi jak na zawołanie się otworzyły i do środka weszła pani Branwell z mężem, a zaraz za nimi Jessamine.
- Obudziła się – szepnął Henry i zbliżył się do łóżka.
Obok niego stanęła Charlotte, a jej wzrok przykuła ogromna plama krwi na pościeli. Will i Jem szybko wstali z podłogi i również podeszli do jej łoża.
Lucyna powoli otworzyła oczy i zaczęła nimi podążać po zgromadzonych. Ponownie jęknęła, a jej ręka powędrowała na brzuch. Skrzywiła się z bólu, a gdy uniosła i zobaczyła na niej posokę odwróciła załamana głowę.
- Jessamine, chcesz coś powiedzieć? – spytała roztrzęsionym głosem Charlotte.
- A co mam powiedzieć? Nawet nie chciałam tutaj przyjść, tylko mnie do tego zmusiłaś, a wiesz dobrze, że mdli mnie na widok krwi. – Po tych słowach odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła z pomieszczenia.
- Jak ją później spotkam, to osobiście zabije – warknął Will odprowadzając ją wzrokiem.
Henry również miał nieprzyjemny wyraz twarzy, lecz wszystkie słowa, które chciał wypowiedzieć na temat panny Lovelance zostawił dla siebie.
Szefowa Instytutu cicho westchnęła, po czym dodała:
- Wybacz Lucynko, nie chciałam abyś to słyszała.
- Nic się nie stało, nie każdy potrafi w takich chwilach się wysłowić. – Uśmiechnęła się słabo. – A w szczególności przed obliczem śmierci.
Pani Branwell z sykiem wciągnęła powietrze.
- Ja i Henry przyszliśmy się z tobą pożegnać. Nie wiem nawet, co mam powiedzieć... Chyba to, że mimo tak krótkiego czasu pokochałam cię i dałabym wszystko, abyś z nami została.
- Nikt nie wybiera dnia ani godziny – szepnęła słabym głosem i spojrzała na Henrego i Charlotte – Dziękuję wam za wszystko: zrozumienie, cierpliwość, dom, schronienie, swobodę i za miłość, którą mi okazaliście. Staliście się dla mnie rodziną, prawdziwą rodziną, której nigdy nie miałam. Pokazaliście, że nawet z pecha – jej wzrok przeniósł się na Pana Branwell’a – można się cieszyć i śmiać. Za to wszystko dziękuję wam z czystego serca i mam nadzieję, że kiedy i wasze gwiazdy zgasną spotkamy się w otoczeniu aniołów, aby po raz kolejny porozmawiać i powspominać nawet te dwa krótkie lata.
Charlotte nie zdołała się powstrzymać przed łzami i wtulając się w ramię męża zaczęła głośno płakać. Henry głaskał żonę po plecach, po czym jeszcze raz żegnając Lucynę, wyszedł z pokoju.
Niedługo później weszła Sophie, która również po przemowie Lucyny o spotkaniu po drugiej stronie z płaczem wybiegła z pokoju, tak samo jak Aghata. Po dłuższym spokoju zjawił się Thomas i składając życzenia i żegnając się z nią sztywnym krokiem wyszedł.
Jako ostatni zjawił się Gabriel, który na widok Willa siedzącego w fotelu skrzywił się z niesmakiem.
- Czy moglibyście wyjść? – spytał zimnym głosem.
- A co? Boisz się, że znów złamię ci rękę? – syknął Will.
- Nie kłóćcie się! – krzyknęła Lucyna, po czym zaczęła głośno kasłać, a plama na kołdrze diametralnie się powiększyła.
Jem szybko podszedł i spojrzał na narysowany Znaki powolnego krwawienia i uśmierzenia bólu, które już prawie się wtopiły.
- Nie ma wiele czasu – powiedział w stronę Gabriela i cofnął się do fotela.
Lightwood westchnął zirytowany, po czym podszedł do krańca łóżka i zaczął mówić spokojnym, acz sztywnym głosem, jakby to, co wypływało z jego ust zadawało mu cierpienie.
- Bardzo miło mi było panią poznać i żałuje, że tak krótka była nasza znajomość. Muszę pani przyznać, że była pani inna od reszty Nocnych Łowczyń, wręcz musiałbym powiedzieć, że tolerancyjna, co jest rzadko spotykane. Jak każdy z nas miała pani wady, ale w moich oczach zdawały się być one zaletami. Cieszę się, że miałem zaszczyt być przy pani, chociaż przez te dwadzieścia cztery miesiące zdające się być tylko jednym krótkim miesiącem, który zniknął w tak szybko płynącym czasie. Mam nadzieję, że gdy i na mnie przyjdzie pora spotkam panią po drugiej stronie i znów ujrzę to piękne oblicze.
Lucyna delikatnie się uśmiechnęła, acz zaraz skrzywiła z bólu i powiedziała o wiele słabszym głosem, niż wcześniej:
- Drogi panie Gabrielu, mnie również było miło pana poznać i będę się czuć zaszczycona, kiedy pana ponownie ujrzę, jednak pragnę, aby pan żył jak najdłużej będzie mógł. Dziękuję za te miłe słowa, które wypłynęły z pańskich ust i dziękuję, że zjawił się pan mimo tego, że droga krótką nie była.
Lucyna do końca mogłaby przysiąc, że gdy Lightwood delikatnie skinął głową na znak pożegnania jego oczy były szkliste, a żeby nikt tego nie zdążył zobaczyć wyszedł pośpiesznie z pomieszczenia.
W pokoju zostali tylko ci, którzy pragnęli być do ostatnich jej chwil. Usiedli po obu jej stronach i złapali ją za ręce. Delikatnie się uśmiechnęła i kaszlnęła głośno, a następnie krzyknęła z bólu. Chwilę się uspokajała, a gdy cierpienie minęło powiedziała:
- Dziękuję wam, że ze mną jesteście w tej chwili, że nie jestem sama, że nie boję się tego, co się do mnie zbliża. – Wzięła głęboki wdech. – Dziękuję za cały czas, który z wami spędziłam i nie żałuję żadnego uczynku, nie żałuję niczego. Gry na skrzypcach, gonitwie po dachach, bitwie na śnieżki, tańcach, piciu na czas w tawernie, spaniu przy kominku, czytaniu poezji, treningach, śpiewaniu wam w bibliotece, aby nikt o ty nie wiedział, karmieniu kaczek mięsem i jeszcze jednej rzeczy. – Uśmiechnęła się do obu znacząco, po czym złapała urwany oddech. – Zimno mi.
Will spojrzał na Jema, a ten pogładził ją po policzku i szepnął:
- Wiem o tym Lucuś, wiem.
Czuł po dotyku, że jej ręka staje się coraz zimniejsza i zesztywniała.
- My również niczego nie żałujemy i cieszymy się z każdej chwili spędzonej z tobą. Cieszymy się, że byłaś inna od reszty Nocnych Łowczyń. Jesteśmy dumni z tego, że mogliśmy z tobą tyle przeżyć, że byłaś nam tak bliska, jakby można było mieć drugiego parabatai ty byś nim była. My nauczyliśmy cię wiele i ty nas również. Pokazałaś, że nieważne, co cię w życiu spotkało, to i tak można cieszyć się z najmniejszej rzeczy i znaleźć w każdej sytuacji pozytyw. Cieszę się, że spotkałem cię wtedy nad Tamizą, ale pamiętaj, że jakbym cofnął czas, zrobiłbym wszystko, abym to ja został przebity tym harpunem, a nie ty i żeby twój brat żył. – Will skończył swoją przemowę prawie szepcząc.
To on musiał mówić, ponieważ jego przyjaciel nie miał zdolności do znajdowania trafnych słów, a jemu, choć nie było łatwo, potrafił powiedzieć wszystko, co czuł.
Lucyna spojrzała na niego słabym wzrokiem, po czym przeniosła go na Jema i szepnęła:
- Proszę, ostatni raz…
Chłopak powoli wstał i sięgnął po skrzypce leżące na komodzie. Wiedział, co Lucyna chce, aby zagrał i po chwili spod smyczka wypłynęła spokojna acz smutna muzyka będąca jak śpiew wdowy, a jednak miała w sobie odrobinę radości, nutę nadziei, którą Lucyna kochała. Uśmiechnęła się delikatnie i przyglądała, jak smyczek powoli sunie po strunach, po czym zamknęła powieki.
Zimno dotarło do jej serca. Poczuła, że nie może już złapać oddechu, a mimo ciemności zalewa go jeszcze ciemniejsza fala, po czym przed nią ukazuje się biały, jasny tunel oświetlony anielskim ogniem.
- Dziękuję – zdołała szepnąć, gdy się odwróciła i ujrzała siebie na łóżku, zgarbionego Willa i nadal grającego Jema, a następnie ruszyła w stronę białego światła.
- James, skończ – szepnął załamującym się głosem Will. - Ona nie żyje.
Chłopak odłożył skrzypce i podszedł do łóżka. Oboje mieli napięte mięśnie, a ich oczy ukazywały pustkę, rozpacz i wielka chęć uronienia łzy.
Herondale, powoli wysunął rękę z jej uścisku i nakrył ją bardziej kołdrą.
Nawet nie wiedzieli, kiedy do pokoju weszli Cisi Bracia. Kazali im się odsunąć od ciała. Jem siłą odciągnął skamieniałego Will, który miał utkwiony wzrok w bladej twarzy Lucyny.
- Nie przywrócisz jej życia uporem – szepnął mu do ucha, a następnie posadził go w fotelu, skąd patrzyli, jak Cisi Bracia zakrywają i zabierają ciało.
Gdy Lucynę wyniesiono w pokoju pozostał Brat Enoch, który patrzył na obu Nocnych Łowców kamienną twarzą z bliznami.
Lucyna spodziewała się dziecka i ono przeżyło.
Po tych słowach wyszedł posuwistym krokiem zostawiając chłopców w osłupieniu, jak i przerażeniu.

* * *

130 lat później….

Ciche Miasto.
Dom Cichych Braci i miejsce, gdzie zdawało jej się, że nadal żyje, mimo tego, iż tak wcale nie było. Za pierwszym razem zgubiła się w korytarzach tego podziemnego labiryntu, gdzie kryło się wiele tajemnic. Pamiętała, że zaczęła panikować, aż trafiła do sali z Mieczem Anioła i natrafiła na Brata Jeremiasza, który na jej widok zaniemówił.
Nie dziwiła mu się, jednak nie spodziewała się takiej reakcji po Cichym Bracie, który miał wyraz zaskoczenia na zawsze takiej samej, spokojnej twarzy. A najgorzej było, gdy spytała się o drogę, a on prawie wybiegł z sali, aby powiadomić o niej innych Cichych Braci.
Później długo im się tłumaczyła, aż wreszcie udało ich się przekonać, że teoretycznie jest niegroźna.
Jednak po tylu razach przybywania do tego miejsca wiedziała, jak iść, aby dojść do celu.
Szybko szła korytarzami, przechodząc pod wielkimi łukami z prochów Nocnych Łowców. Skręciła w mniejszy korytarz, gdzie po obu stronach były cele Cichych Braci.
- Trzecia po prawej – szepnęła sama do siebie i nie pukając weszła do środka.
Jak zawsze siedział przy biurku nad kartką papieru i piórem w kościstej ręce.
- Witaj Jem – powiedziała cicho i zbliżyła się do niego.
Nie wiedziała, czy da się wystraszyć Cichego Brata, jednak patrząc na jego gwałtowny ruch i upadające pióro, mogła być prawie pewna, że właśnie udało się jej, go wystraszyć.
Lucyna.
Powiedział jej imię z dziwną ulgą.
Coś się stało?
Zapytał i wstał od biurka.
- Nic nad wyraz ważnego. Już od dawna chciałam ci złożyć wizytę Jem, ale mam do ciebie pytanie… - odpowiedziała spokojnie.
Jakie?
- Dlaczego okłamałeś mą prawnuczkę na temat mej śmierci?
Cichy Brat poruszył się niespokojnie.
Nie sądziłem, że będziesz wiedziała, że byłem u Lucyny i rozmawiałem na twój temat.
- Jem, ja z góry widzę wszystko i wiem bardzo dużo, ale odbiegasz od tematu – zwróciła uwagę i złożyła ręce na piersi.
Powiedziałem, że umarłaś w parku.
Rzekł spokojnym, acz lekko niepewnym głosem, co było aż dziwne na Cichego Brata.
- A umarłam w Instytucie – odparła i zrobiła zaciętą minę.
Chciałem oszczędzić jej bólu związanego z tym, jak ty cierpiałaś, kiedy umierałaś Lucyno, To tyle. Nie chciałem ranić kogoś, kogo mam chronić.
- Jem – westchnęła. – Śmierć to nie cierpienie, acz ulga i nowa przygoda. To jedna sprawa, a druga, mimo że odeszłam z tego świata stanęłam po prawicy Razjela i to była moja nagroda, za to jak umarłam i za kogo. Nawet zdołałam mieć potomka. – Uśmiechnęła się lekko i poprawiła na sobie białą, damską koszulę, kontrastującą z czarnymi, materiałowymi rurkami.
Wyglądała jak zwykła nastolatka: włosy do łopatek, grzywka spięta na bok, ubranie galowe. Nikt by nawet nie pomyślał, że liczy sobie ponad sto trzydzieści lat i przed chwilą zeszła z Nieba.
Wiem o tym, jednak to nic nie zmienia, że nie żyjesz, że ona umrze, że ja jestem Cichym Bratem, że wszystko to, co kiedyś mnie otaczało, przeminęło.
Powiedział spokojnym głosem, choć jako człowiek, prawdopodobnie wypowiedziałby to w nerwach.
- Nie do końca minęło, a w ogóle na Górze zaczynają się szepty Jem. Już niedługo.
Po tych słowach wyszła z celi i zaraz po zamknięciu drzwi zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Został jedynie delikatny zapach wanilii i cynamonu.
Twoje perfumy.
Powiedział sam do siebie, wyczuwając ich zapach i przypominając je sobie jeszcze z Londyńskiego Instytutu i ze spotkania nad Tamizą.

* * *


 Wracając do Instytutu, Lucyna jechała furgonetką, a na jej motor prowadził Michał. Całą drogę siedziała wtulona w swojego ojca, a jedną dłonią dyskretnie trzymała w uścisku pocieszenia rękę Jace.
Luke, cały czas głaskał ją po plecach i szeptał uspokajające słowa. Ona jednak w ogóle go nie słuchała. Przed oczami miała Samuela, który się nad nią pochylał, później całował i pieścił jej skórę rękoma, a następnie sceneria się zmieniała i znów widziała jego twarz: martwe oczy wpatrzone w sufit, sine usta i krew wyciekającą z rany.
- On nie zasłużył na śmierć – wychrypiała, gdy zbliżali się do Instytutu.
- Oczywiście, że nie zasłużył – przytaknęła Margaret z przedniego siedzenia drżącym głosem.
Ponownie zapadła krępująca cisza, a Lucyna przymknęła na moment oczy. Widziała twarz Camille: zmienioną, dziką z oczami, w których widoczna była rządza krwi.
Furgonetka zatrzymała się przy Instytucie. Wszyscy zaczęli z niej wychodzić. Luke pomógł córce, a następnie znów ją do siebie przytulił. Już dawno przestała płakać, jednak jego ramie nadal było mokre od jej łez.
Patrzyła, jak wszyscy zbierają się przed wejściem, po czym po kolei wchodzą rozmawiając i wspominając Cichych Braci, którzy zabrali ciało Samuela oraz zaczęli gestykulować na temat całego ataku ich dawnej znajomej, która przeszła na stronę Sebastiana.
Gdy Lucyna znalazłam się w ciepłym Instytucie odsunęła się od ojca i spojrzała po wszystkich, po czym ruszyła w stronę schodów zmęczonym, posuwistym krokiem. Gdy weszła na pierwszy stopień gwałtownie odwróciła się do reszty i powiedziała głośno:
- Pomszczę go. - Wszyscy spojrzeli na nią zszokowani, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - Nie zasłużył na śmierć, lecz ona zasłużyła i ja ją jej zadam. Będę jej Ariochem, będę jej zemstą, cieniem i zgubą. Nie będzie wiedziała, kiedy zadam cios, acz będzie on pierwszym i ostateczny.
Nie czekając na reakcję zebranych, odwróciła się i ruszyła do swojego pokoju. Po drodze spojrzała na Znak Iratze na swoim ramieniu, który wyleczył jej ranę na udzie.

* * *

Jace przyglądał się, jak Lucyna niknie w cieniu, a następnie skręca na koleje schody prowadzące na piętro, gdzie jest jej sypialnia. Ignorując słowa na temat jej wypowiedzi, szybko ruszył za nią. Gdy znalazł się na schodach usłyszał za sobą Aleca:
- Gdzie idziesz?
- Tam gdzie powinienem być – odparował zdenerwowanym głosem i zaczął wspinać się po dwa stopnie.
Gdy znalazł się na piętrze, było ciemno. Magiczne światło się nie paliło, wszędzie panował mrok, a cienie malowały na ścianach mozaiki. Mimo że był krótko w tym Instytucie, pamiętał, które drzwi należą do pokoju Lucyny. Szybkimi, dużymi krokami znalazł się przy nich i na chwilę się zatrzymał. Nie był pewien, czy powinien zapukać, czy wejść, lecz gdy usłyszał otwierane okno zrozumiał, że nie powinien zwlekać. 

_____________________________________________________________
Tak, możecie się w tym rozdziale pogubić, bo są dwie Lucyny, ale już tłumaczę: w pierwszym i drugim fragmencie rozchodzi się o prababkę głównej bohaterki, jak i również jej imienniczkę.
W ostatnim fragmencie mówię o głównej bohaterce. 
Również ważnym jest powiadomić, że ten rozdział jest powiązany z rozdziałem 8 - Brat Zachariasz

Dziękuję za uwagę :)

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział# 9 - Życie i jego brak



Następnego ranka, chłopacy zeszli do salonu, gdzie mieli czekać, aż wszyscy zostaną zawołani na śniadanie. Jak zawsze w pokoju przebywała już spora część mieszkańców Instytutu. Jakub opierał się o ścianę ze skrzypcami w dłoni, a Michał siedział przy fortepianie i razem z przyjacielem przygrywał spokojną, acz lekko smutną piosenkę.
- Alec, Jace u nas jest tak zawsze. Jedyna rozrywka, to muzyka – powiedziała Lisa, która złapała na ręce jedną z rozbawionych bliźniaczek, biegających po pokoju i ujrzał zaskoczone miny przybyszów.
- Ale tak od rana? – spytała zaskoczona Isabell ściskająca dwa puste kubki w ręce wracając z Sanktuarium.
- Zawsze, gdy mamy czas – powiedział Michał, po czym zaczął śpiewać.

Świat się wokół nas wciąż mniejszy staje,
Kontynenty na odległość dłoni są,
Samoloty jak z dziecinnych bajek,
Ponad głową coraz szybciej niebo tną.

Ludzie wciąż wędrują wielkim, głośnym stadem,
Z pomieszania mowy słychać jeden głos
Zbudowano drugą, większą Wieżę Babel,
Kto pamięta tamtej, pierwszej mierzy los.

Wszyscy wokół dośpiewywali co jakiś czas, jakby ćwiczyli całość od zawsze. Lisa wiedziała, kiedy ma razem z bliźniaczkami cicho mruczeć, dokańczać słowa i pogwizdywać dając całej piosence większy rozdźwięk. Chłopcy swoimi niskimi głosami śpiewali po kolei zwrotki, tak jakby to był biały wiersz.
Nefilim ze Stanów przyglądali się im z zaciekawieniem. Wszyscy faktycznie byli jedną, wielka rodziną, jednym organizmem myślącym i czującym tak samo.
W połowie utworu drzwi się gwałtownie otworzyły i weszła nimi jako ostatnia z nieobecnych Lucyna, która z miejsca zaczęła się ruszać w rytm wygrywanej muzyki.
- Bardzo lubię tą piosenka. Nowa Wieża Babel… - Uśmiechnęła się do grających, po czym zaczęła się wsłuchiwać w wokal Petera.
Powolnym krokiem podeszła do kanapy i usiadła na niej biorąc kubek i popijając kawę. Zaraz obok niej znalazł się Samuel i delikatnie zaczął masować jej plecy.
- Nie dotykaj mnie! – syknęła cicho wstając i odwracając się w jego stronę.
- Dlaczego? – Zapytał zdziwiony.
- Bo tak! – Warknęła i czym prędzej przeniosła się na parapet.
Jace i Alec przyglądali się im chwilę, po czym wymienili znaczące spojrzenia. Zastanawiali się, czy dziewczyna tylko gra, czy może wczoraj coś się wydarzyło, że nagle jej stosunki z Samuelem się pogorszyły.
Oprócz nich, na nikim więcej zachowanie Lucy nie zrobiło żadnego wrażenia. Dziewczyna usiadła na parapecie i cicho przyśpiewywała z resztą rozglądając się po obecnych. Zdawała się jakby kogoś wyszukiwała w tłumie, lecz bezskutecznie. Oparła czoło o zimną szybę i przyglądała się tętniącej życiem ulicy za nią, jakby to był bardzo ciekawy film. Wydawała się być w tamtych chwilach myślami gdzieś daleko, a jednak ona była tylko w bibliotece.
Leżała na sofie, na jej ciele były składane delikatne, miękkie niczym puch pocałunki, których od zawsze pragnęła. Marzyła o nich, a jednak wiedziała, że są dla niej zakazane i ta myśl w niej zwyciężyła. Obecnie zastanawiała się, czy nie mogła raz stawić się i zrobić to, co zawsze pragnęła…
Gdy muzyka ucichła Lucyna zsunęła się powoli ze swego siedzenia i spytała spokojnie:
- Czy dzisiaj mamy jakieś plany, czy też siedzimy w domu?
- Na pewno do południa nic nie robimy, a później w Parku Źródliska jest festyn – powiedziała rozradowana Lisa i rozejrzała się po reszcie. – Idziemy na niego, prawda?
- Ja na bank idę – odpowiedziała Lucy i odstawiła kubek na stolik. – Chłopaki, wy chyba nas nie zostawicie?
Michał, Peter oraz Jakub wymienili znaczące spojrzenia, po czym Jakub się odezwał:
- Jak wam, dziewczyny tak bardzo zależy to możemy się przejść, a ty Samuel i Adam idziecie? – Skierował wzrok na przyjaciół.
- Ja sióstr nie zostawię – rzekł szybko Adama i stanął przy nich niczym strażnik.
- A ja mam inne plany – odrzekł ponuro Samuel i rzucił Lucynie złowrogie spojrzenie.
- No ok, a wy? – zapytał gości, którzy na raz przytaknęli głowami.
Zapadła na chwilę długa cisza, po czym gwałtownie odezwała się Isabell:
- Simon czuję się w Sanktuarium samotnie, czy nie możemy z nim spędzić trochę czasu?
- Po śniadaniu chodźmy do niego, chłopaki weźcie instrumenty, to może coś się zagra – odpowiedziała od razu Lucy i spojrzała na Nocną Łowczynię z sympatią, po czym rzekła po polsku – Jesteś wspaniałą osobą kochając wampira tak mocno, mimo że ta miłość jest zakazana.
Izzy patrzyła na nią zdezorientowana, nie rozumiejąc słów wypowiedzianych do niej.
- Ty to robisz specjalnie – odezwał się gwałtownie Peter po angielsku.
- Co robię? – Odwróciła się do niego zaskoczona.
- Mówisz w języku, który rozumiemy jedynie my, ale nie oni.
Lucy lekko się zarumieniały, acz z tej nieprzyjemnej sytuacji wyrwał ją krzyk Margaret oznajmiający śniadanie.
Wszyscy pośpieszyli w dół po schodach i usiedli na swoich miejscach. Jak zawsze dorośli byli już dawno na dole i jako pierwsi zaczęli jedzenie jak i rozmowę z młodzieżą. Wszyscy mówili o swoich planach na dzisiejszy dzień i pytali się czy coś nie jest zaplanowane. Szefowie Instytutu zapewniali, że tego dnia, każdy może się rozerwać, ponieważ wszystko jest pozałatwiane, co wychodziło na wszystkich korzyść.
Gdy skończyli jeść, każdy pomógł posprzątać po śniadaniu, po czym młodzież wybrała się do Sanktuarium.
W kącie zimnego pomieszczenia siedział nachmurzony Simon, który na widok tak wielu gości zamarł z otwartymi ustami.
- My w odwiedziny – powiedziała wesoło Isabell wychodząc na przody.
- Do mnie? – wykrztusił zaskoczony.
- Nie, do ścian – odparł sarkastycznie Jace, za co dostał od Clary kuksańca w ramię.
Wszyscy przywitali się z wampirem i rozsiadając się po krzesłach i podłogach zaczęli z nim rozmawiać i się śmiać. Atmosfera była lekka i przyjemna, a widok uradowanego Simona podnosił każdego na duchu.
- Ej, kompania mam pomysł! – krzyknęła nagle Lisa przerywając rozmowę – Zróbmy konkurs w śpiewaniu!
Wszyscy spojrzeli na nią zaskoczeni nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
- Siostra, ale nasi goście nie zrozumieją słów niektórych piosenek, bo jestem pewien, że będziesz chciała losować gatunki – odrzekł ponuro brat wiedząc, że jego mocną stroną nie jest śpiew.
- No tak, a nie ma runy, żeby można było kogoś zrozumieć? – żachnęła się dziewczyna.
- Jest – powiedziała spokojnie Lucyna i wyjęła zza dekoltu swoją stelę. – Ja mam taki Znak, mogę wam go narysować, bo go potrafię.
- Bardzo przypomina on Iratze – powiedziała nagle Clary i również złapała za swoja stelę.
Obie dziewczyny zaczęły do każdego podchodzić i rysować im Znak, dzięki któremu mogli spokojnie się porozumiewać nie zmieniając języka.
Gdy obie skończyły i patrzyły na swoją pracę z niemałą dumą, Jakub i Peter gwałtownie się odezwali:
- Lucyna, zaczynaj, niech będzie coś miłosnego.
- Co?! Dlaczego ja?! – krzyknęła zaskoczona.
- Bo mamy taki kaprys – zaśmiali się obaj i pociągnęli ją na środek.
- Ale ja nie mam pomysłu – powiedziała zdezorientowana, stojąc i odwracając się do wszystkich.
Jej wzrok na chwilę utkwił na oczach Jace, a później Aleca. Zdawała się szukać w nich wsparcia, lecz zaraz zaniechała tego i skupiła się na przyjaciołach, którzy trzymali w rękach instrumenty, gotowi do zagrania.
- Hmm… A jaką tą piosenkę śpiewałaś dla swojego kochanka? – syknął niemiło Samuel – „Na Odległość”? Dobrze pamiętam? A w ogóle jak się nazywał ten twój ostatni niewolnik, bo już zapomniałem?
- On nie był żadnym niewolnikiem! – warknęła ostrzegająco dziewczyna. – Miał na imię Reneus i wiesz dobrze, że nie żyje.
- I z tej przyczyny, że go straciłaś przez swoją głupotę nie zaśpiewasz tej piosenki Lucynko? - zapytał z udawanym żalem i troską w głosie.
Dziewczyna prawie zabiła go swoim wzrokiem ignorując zaskoczone miny Aleca i Jace oraz ich przyjaciół, nieznających historii tego chłopaka. Szybko wzięła się jednak w garść i biorąc głęboki oddech skinęła na Petera.
Chłopak od razu zaczął grać, a Lucy stanęła wyprostowana, przymknęła oczy, wzięła kolejny oddech i ściskając ręce w pięści zaczęła śpiewać smutną piosenkę o wymogach, które stawia miłość.
Gdy skończyła, widocznie odetchnęła z ulgą i wszystkim się delikatnie pokłoniła. Otrzymała krótką salwę oklasków i gwizdów chłopaków.
- Ładnie śpiewasz – powiedział na głos Alec, ku jej wielkiemu zdziwieniu.
Uśmiechnęła się krzywo i stanęła bliżej reszty uciekając od chłopaka wzrokiem.
- Za nim stała się kimś z nas, uczyła się śpiewu i grania na paru instrumentach, za to ja z siostrą trenowaliśmy taniec – rzekł Adam lekko się rumieniąc.
Nefilim, spojrzeli na nich zszokowani.
- Tak to prawda. Jako, że ja zaczęłam całą rozrywkę, wybieram kolejną osobę i jest nią Peter i Jakub. Zagrajmy tą moją ulubioną – puściła do niego oko, po czym spojrzała na Lisę i Adama – A wy zatańczcie.
- W planach był tylko śpiew! – oburzyła się dziewczyna, ale wstała i pociągnęła brata za rękę. W duchu bardzo chcą pokazać, że naprawdę dobrze tańczy.
Kuba podniósł się z ziemi i wziął dwie pary skrzypiec, od razu jedną z nich podając przyjacielowi.
- Twoje wyższe – rzekł.
- Wiesz, jak ja dawno nie grałem, ale zawsze chciałam. – Uśmiechnął się lekko i razem z parabatai wyszli do rodzeństwa i stanęli po przeciwległych bokach.
Oboje ułożyli sobie podbródki i poprawili strony, po czym Kuba trzy razy machnął w powietrzu smyczkiem i zaczęli grać.
Najpierw spokojnie, ale muzyka zaraz zaczęła lekko przyśpieszać. Adam z Lisą na początku okrążyli siebie jak zwierzęta, które mają zacząć walkę, po czym brat złapał siostrę za ramie i mocno ją przechylił. Muzyka przyśpieszyła i była lekko urwana, a młoda para zaczęła się poruszać w jej rytm z niewyobrażalną zręcznością, jak i gracją jakby istnieli tylko oni. Lisa bardzo dobrze owijała się wokół Adama i bez problemu dawała się mu podrzucać. Brat widział tylko jej ciemne oczy skupione wyłącznie na nim. Podtrzymywali obaj kontakt wzrokowy nie musząc patrzeć na swe ciało, aby wiedzieć, jak zaraz postąpią.
Smyczki śmigały po obu skrzypcach bardzo szybko, zdając się jakby chciały przeciąć struny. Oboje muzykanci mieli zamknięte oczy i byli wyłącznie skupieni na grze, tak jak rodzeństwo na sobie i na swoich krokach. Najważniejsze było żeby trafić w rytm, wiedzieć jaką strunę przycisnąć i jak nachylić smyczek.
Muzyka dwóch skrzypiec o różnych tonacjach, jak szybko się zaczęła tak i gwałtownie skończyła, a Lisa trzymana pod ręce przez brata wykonała spektakularny szpagat.
Kolejna salwa oklasków i wiwatów.
- No widzę, że z formy nie wypadłeś – zaśmiał się Kuba i wziął od Petra skrzypce.
- Sam jestem zaskoczony – uśmiechnął się i podeszła do reszty.
Zabawa była dalej kontynuowana i każdy z miłą chęcią w niej uczestniczył. Nawet Jace i Alec zaśpiewali dwie piosenki, co było ogromnym zaskoczeniem dla Isabell oraz Clary, które i tak na koniec stwierdziły, że ich głosy nie nadają się nawet do poezji śpiewanej.
Kiedy wszyscy byli już po minimum jednej rundzie nadeszło południe.
Każdy rozszedł się do swoich pokoi, aby się przebrać na festyn. Spotkali się przed Instytutem.
Lisa miała na szyi aparat cyfrowy, a chłopaki ogarnęli koc na wieczór oraz pieniądze, po czym wszyscy ruszyli sporą grupą do sporego, ogrodzonego parku ze stawem i Palmiarnią.
Lucyna jako pierwsza weszła do niego i stanęła w plamie słońca, a jej włosy rozwiał wiatr. Lisa szybko uchwyciła ją na zdjęciu, gdzie wyglądała niczym anioł zesłany prosto z nieba, ale bez skrzydeł. 
- Nic się nie zmienił – powiedziała rozglądając się Lucyna.
- A jak mógł się zmienić, przecież nie dawno go odczyścili, a to było za twoich czasów – powiedział Peter i ruszył przodem w stronę altanki, gdzie była ustawiona scena, a wokół niej stoiska oraz budki z jedzeniem i bibelotami.
- Ej, a może chodźmy nad staw, tam jest przyjemniej – zaproponował Adam.
Wszyscy przytaknęli i ruszyli do wody koło której organizowali tańce i inne zabawy. Ludzie rozkładali się z kocami na trawie i obserwowali zabawę oraz słuchali muzyki. Clary w tłumie wypatrzyła Magnusa, Luke oraz Jocelyn. Podbiegła do nich i zaprosiła do przyłączenia się.
W tym czasie Adam oraz Lisa postanowili wziąć udział w konkursie na akrobacje na linie.
Zgłosili się razem i szli jako pierwsi. Wszyscy zebrali się wokół i przyglądali jak rodzeństwo się zabezpiecza, po czym wchodzą na linę na wysokości dwóch metrów nad ziemią. Była to raczej taśma, na której można było robić przewroty, od których zaczęli, a następnie skokami i obrotami w locie. Wybijali się z własnych rąk oraz pomagali się złapać.
Zostali za cały pokaz nagrodzeni wiwatami i śmiertelnie przerażonym wzrokiem Jocelyn, kiedy zeszli.
Nic się do niej nie odezwali tylko uśmiechnęli, po czym zaczęli się dalej bawić, jak reszta.
Popołudnie mijało na zabawie, tańcach, konkursach oraz na dużej ilości zdjęć. Wszyscy mieli dobry humor, aż do chwili, gdy do Michała zadzwoniła Margaret.
- Musimy wracać do Instytutu – powiedział. – Sebastian jest w Łodzi.
Wszyscy bez słowa zaczęli się zbierać i wrócili pośpiesznie do domu. W progu czekała na nich zdenerwowana szefowa Instytutu, która od razu zaczęła im tłumaczyć gdzie i dokąd mają się wybrać oraz w jakiej sprawie. Każdy szybko poszedł do swojego pokoju, aby się przebrać w strój bojowy.
Jace i Alec znaleźli się jako pierwsi na zewnątrz ubrani. Zaraz do nich dołączyli Isabell, Clary i Magnus, a później reszta.
Jerzy naszykował sporą furgonetkę, którą mieli jechać do klubu, gdzie widziano Sebastiana. Wszystko było już gotowe, gdy wyszła przed Instytut, a Alec i Jace znieruchomieli przy swoich ukochanych. Szeroko otwartymi oczami patrzyli jak powoli schodzi po schodach i zbliża się do wszystkich.
Tym razem ubrana była w skórzane, czarne i obcisłe spodnie, z grubym pasem tego samego koloru. Nałożyła na to granatowy obcisły t – shirt i skórzaną, czarną kurtkę oraz kozaki na koturnie. Jej oczy były umalowane na granatowo, a włosy wytapirowane i przełożone na jeden bok. Na rękach nosiła skórzane rękawiczki bez palców, obite ćwiekami.
Robiła wrażenie.
- Chyba się nie spóźniłam? - spytała podchodząc.
- Na twoje szczęście nie – odburknął Samuel i ruszył w stronę furgonetki.
- Ja pojadę sama – odpowiedziała i ruszyła do garażu.
- Nie! – odpowiedział Peter i Jakub na raz. – Nie puścimy cię samej.
- Ale nikt nie jedzie razem ze mną, macie swoje - powiedziała wyniośle, ku zaskoczeniu wszystkich, którzy nie wiedzieli, o czym jest mowa.
- Mimo to, będziemy jechali koło ciebie –odparł poważnie Peter.
Dziewczyna cicho westchnęła i przewróciła oczami, po czym cała trójka zniknęła w garażu, aby zaraz z głośnym warkotem wyjechać na trzech ścigaczach.
Lucyna wyjechała na przody, na czarno – granatowo – srebrnym motorze.
- Tylko uważaj na siebie – powiedziała dla zasady Margaret i popędziła resztę do furgonetki.
- Jasne! – odkrzyknęła Lucy i zasunęła kask.
Samochód ruszył jako pierwszy, lecz zaraz wyminęły go ścigacze, stając dwa po bokach i jeden na przedzie. Oczywiście prowadziła Lucyna, co chwilę lawirując, lub stając na kole ku przerażaniu reszty.
Nastolatki w furgonetce przyglądali jej się, gdy Peter i Jakub również wyjechali do niej i co chwilę między sobą lawirowali, niczym w jakiejś układance, aby za moment przyśpieszyć i ścigać się po opustoszałej ulicy i zajeżdżać sobie drogę.
- Zabiją się! – pisnęła Margaret zakrywając sobie oczy ręką, gdy po raz kolejny Lucyna lub Peter okręcali się na jednym kole i ruszali dalej.
Alec i Jace nie mogli oderwać wzroku od jej sztuczek na motocyklu, od jazdy na jednym kole po stawanie na siodełku oraz jej wymigiwaniu chłopaków i zyskiwaniu na odległości.
- Dobra jest – powiedział Magnus, również przyglądając się, jak srebrno – granatowo – czarna smuga, śmiga przed furgonetką.
- Tak, jest. Dużo traci, więc gdy ma szansę wrócić do dawnych czasów to, to robi. Zawsze kochała motory i jazda dla nich to chleb powszedni – rzekł staruszek za kierownicą.
- No dobra, teraz będziemy mieli sporo skrętów, więc patrzcie na nich uważnie, bo to się nazywa niezły widok – powiedział Michał siedzący koło Jerzego.
Faktycznie, miał rację.
Gdy skręcili w węższą uliczkę, wszyscy jechali rzędem wymieniając się na skrętach, gdzie jak się przekrzywili na siodełkach i specjalnie dotykali rękoma ziemi albo i połową ciała. Najbardziej i tak odważną była Lucyna, która postanowiła zakręcić na jednym kole i udało jej się to tylko dzięki temu, że okręciła się, a nie przechylała.
Wyglądali, jakby takie sztuczki, ćwiczyli całą trójką razem.
- Zbliżamy się do celu, więc powinni powoli zwalniać, jeśli się nie zapomnieli – powiedział Jerzy, który kierował furgonetką i zaczął zjeżdżać na pobocze.
Zaraz zatrzymał się i zgasił silnik, a Nefilim wyspali się z pojazdu. Motory zatrzymały się przed furgonetką i wszyscy z nich zsiedli.
- Nieźle młoda – powiedział Michał. – Nie wypadłaś z formy.
- Ale to chyba ostatni raz, kiedy na nim jadę – powiedziała i pogładziła stal.
- Dlaczego? – spytał zaskoczony.
- Za dużo wspomnień – odparła, a przed oczami Michała ukazały się obrazy jej zakrwawionej twarzy, a później zmasakrowanego pojazdu i widoku krwi płynącej po asfalcie.
Szybko się otrząsnął i podszedł do wejścia klubu.
- PLAGA – przeczytała na głos nazwę Clary.
- Dosłownie plaga – rzekł Samuel i spojrzał do wnętrza wypełnionego dymem, światłami i tańczącą młodzieżą.
- Tak jak zawsze? – spytała Lisa.
- Tak - rzekła Margaret.
- Lucy, idź pierwsza, wiesz dobrze, co masz robić – powiedział Peter stając przed wejściem.
- No jasne – błysnęła zębami i ruszyła do środka kręcąc lekko, acz kusząco biodrami, mocno zarysowującym się pod skórzanymi spodniami.
Pomieszczenie, do którego weszła było zaciemnione i gęste od zapachu olejków, potu i dużej ilości likieru Faerie.
Rozejrzała się wokół siebie, poszukując najlepszego miejsca, gdzie mogłaby przykuć uwagę wszystkich. Jej wzrok utkwił na podwyższeniu sceny z metalową rurą na środku. Przecisnęła się jak najszybciej przez tłum i bez żadnych oporów dostała się na scenę. Zmieniono akurat muzykę i zaczęło lecieć „Mrs Saxobeat”
Raz kozie śmierć
Zaczęła okręcać się wokół rury w rytm muzyki i wyginać całe ciało. Już po chwili prawie wszyscy patrzyli się na nią w skupieniu, jak uwodzicielsko ściąga z siebie kurtkę i podnosi się na rurze, opuszcza, zjeżdża w tym samym momencie oblizując wargi i mrugając do prawie każdego okiem. Wygięła się ostentacyjnie w chwili, gdy wśród tłumu wypatrzyła osobę, której poszukiwała.
Sebastian.
Stał i patrzył się na nią nie rozpoznając jej. Powoli zsunęła się ze sceny i zaczęła kocimi ruchami, czasami nawet na kolanach zbliżać do niego, aż stanęła naprzeciw i tańczyć, ku jego zadowoleniu. Mruczała mu do ucha i cicho śpiewała piosenkę tym samym muskając odrobinę jego ucho. Muzyka powoli się kończyła, a ona zaczęła go zaciągać w ustronne miejsce. Wszyscy patrzyli na nią, jak sprawnymi ruchami kręci przed nim się i przybliża, co jakiś czas muskając jego bladą skórę wargami.
- Nie opieraj się – szepnęła słodko i zaciągnęła go do pokoju dla personelu.
Zaraz zamknął za sobą drzwi i przyparł ją do ściany, a ona udając zadowolenie lekko wygięła się w łuk.
Nie zdążył nawet położyć na niej swych bladych ust, gdy poczuł na plecach ostrze. Powoli się odwrócił i ujrzał wszystkich, którzy z nią przyjechali z Jacem na czele.
- O witaj braciszku – powiedział Sebastian.
- Widzę, że nie jesteś zaskoczony – wysyczał przez zęby.
- Wiesz, rzadko się zdarza, aby taka ładna suka się do mnie przymilała.
Poczuł pukanie w swoje ramię i odwrócił się w stronę Lucyny. Ta nie czekając przywaliła mu z całej siły pięścią w policzek, dzięki czemu rozorała mu ćwiekami spory kawałek twarzy.
- Za co?! – krzyknął upadając na podłogę.
- Za tą sukę, palancie – syknęła i poprawiła kopnięciem w brzuch.
Chłopak wysyczał jakąś inkarnację, po czym przekręcił pierścień za nim Jace, zdołał zadać jakikolwiek cios.
- I skur… - nie dokończyła, ponieważ z sufitu zaczęły spadać demony, podobne do wyrośniętych, zmutowanych nietoperzy.
Wszyscy od razu złapali za broń i zaczęli się bronić przed atakującymi ich bestiami mającymi ostre jak brzytwa zęby i ciało całe w guzach, które na sam widok przyprawiało o mdłości.
Lucyna szybko przetoczyła się do reszty i wyjęła swój sztylet. Rozejrzała się poszukując Adama i Lisę. Mimo że nie byli parabatai, wypełniali się podczas walki, co było bardzo ważne w takich sytuacjach.
Stanęli do siebie plecami i zaczęli odpierać demony.
W powietrzu błyskały ostrza mieczy i noży, co chwilę śmigały strzały Aleca. Wszystko szło dobrze, potworów było coraz mniej, aż do chwili, gdy Lucyna została gwałtownie wyrzucona w powietrze i obiła się plecami o ścianę.
- Lucyna! – Ktoś krzyknął.
Dziewczyna szybko się otrząsnęła i ujrzała przed sobą jakże znajomą twarz.
- Camille? – spytała słabym głosem.
- O! Pamiętasz mnie? – zaśmiała się z udawanym zaskoczeniem i błysnęła swoimi kłami.
- Co ty tu robisz?
- Zabijam was – syknęła i szybkim ruchem wyjęła sztylet z rękawa.
Lucyna w ostatniej chwili się przetoczyła, a ostrze wbiło się w jej biodro. Dziewczyna krzyknęła cicho i potoczyła się dalej, próbując odpędzić się od jednego z demonów, który ją zaatakował.
Wszystko przyśpieszyło.
Widziała przed sobą tylko oślizgłą paszczę demona bez oczu, który próbowała ugryźć ją w gardło, a ona wyszarpując sztylet ze swego ciała wbiła mu go w pierś.
Rozejrzała się przerażona wokół siebie. Camille stała tyłem do niej, a przed Samuelem. Oboje walczyli, aż dziewczyna z zastraszającą szybkością przybliżyła się do niego, a jego twarz wykrzywił grymas bólu. Zaraz po tym wampirzyca znalazła się przy drzwiach i machając wszystkim na pożegnanie wyszła z pomieszczenia znikając w tłumie.
Samuel upadł przed Lucyną jak długi.
- Nie! – krzyknęła dziewczyna i trzymając się za ranę podczołgała się do niego.
- Nic mi nie jest, to tylko śmierć… - powiedział spokojnie lekko głaszcząc jej policzek.
- Tylko śmierć? Samuel nie odchodź, wytrzymaj. Za chwilę narysuję ci Iratze i wyleczysz się.
- To jest demoniczne ostrze moja miła, nie dasz rady. Dziękuję, że odchodzę chociaż w twoich ramionach. – Delikatnie się uśmiechnął, po czym wydał ostatnie chrapowate tchnienie.
- Samuel, Samuel… - szeptała, a jej łzy spadały na bladą twarz chłopaka, skamieniałą i z otwartymi oczami.
W jego piersi trwał sztylet z demonicznego metalu.
- Nie! – krzyknęła przez łzy i całych sił przytuliła się do jego ciała.
Na swoim ramieniu poczuła znajomy dotyk, który gwałtownym ruchem ręki próbowała odtrącić.
- Lucy, odsuń się od niego. Nie uratujesz mu życia – powiedział łagodnie Luke i uklęknął przy córce.
Spojrzała na niego zaszklonymi oczami i powoli odsunęła się od ciała przyjaciela, po czym znalazła się w ramionach swojego ojca.
Ścisnęła z całej siły powieki i palce na plecach Luciana, pozwalając sobie na jeszcze parę łez, po czym na krótki, chrapliwe oddechy, aby się uspokoić.
Wszyscy stali wokół nich i ciała Samuela, patrzącego się w sufit martwymi oczami. _____________________________________________________________________________
Piosenki wykorzystane w rozdziale:
https://www.youtube.com/watch?v=-J1W_-EhDck
https://www.youtube.com/watch?v=-J1W_-EhDck

oraz muzyka, która zagrali Lucyna i Kuba na skrzypcach

https://www.youtube.com/watch?v=ntQ4dlCLjQ0

Wiem, Lucyna jest wszech utalentowana, ale jednak ma wiele wad, które pokaże w