Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lucyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lucyna. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

Sen Szatana

Witajcie! To opowiadanie nawiązuje do całej historii, lecz nie jest żadnym rozdziałem, ani częścią żadnego z rozdziałów. Jest to całkowicie osobna historia, która ma was zapoznać z jednym z zaczętych wątków. Który to jest wątek? To się sami przekonacie ;) Zapraszam do czytania :)
_________________________________________________________________________

Miałam sen… Był on dziwny. Nie, nie dziwny. Niezwykły…
Stałam na wzgórzu i patrzyłam na dolinę, dolinę pełną brzozowych i dębowych krzyży. Wszystkie były ustawione w równych rzędach, w odległości od siebie dwóch, sporych kroków. Nie potrafiłam ich zliczyć. Wyglądały jak nieruchome, drewniane morze, które przypomina jedynie o nieubłaganie pędzącym czasie, o demoralizującej cywilizacji i pani tego świata, o Śmierci, która z delikatnym uśmiechem na twarzy sunie między ludźmi i co jakiś czas lekko obejmuje kogoś, aby zabrać jego dusze i ulecieć niczym dym razem ze swą zdobyczą. Ciała pozostawione bez właściciela lądują tutaj i tylko, jako pamięć pozostaje tabliczka z literami, które składają się w dziwne słowa… Imiona, nazwiska, pseudonimy, ksywki.
Krążąc między nimi, w ogóle ich nie rozpoznaję. Margaret Poleys, Jerzy Poleys, Samuel Serrentes, Jakub Finerch, Weronika Poleys, Sferia Stellen i wiele, wiele innych. Miałam dziwne przeczucie, że te imiona i nazwiska już gdzieś, kiedyś słyszałam, lecz ta myśl była jakby rozdzielona od innych, odległa, ukryta za mgłą, która skutecznie ją kryła przede mną. Szłam dalej spokojnym, czujnym krokiem. Wokół mnie rozbrzmiewała tylko cicha melodia żałobna, grającą przez wiatr w liściach, które już zakryły alejki złotym dywanem. Muzyka piękna, acz przytłaczająca. Znana, acz dobijająca. Przywracająca tak wiele wspomnień, że aż znienawidzona. Ten sonet grający przez wiatr w tak piękny dzień był, jak śnieg w środku lata…  Był przeciwieństwem tego wszystkiego, co się wokół mnie działo.
Przecież to tylko krzyże!
Cały czas sobie mówiłam i dążyłam dalej, gdzie niosły mnie nogi. Boki zaczęły ciemnieć, krzyże zanikać, jak we mgle, obraz się rozmazywać, a źrenice zwężać, gdy przede mną rósł płomień, zmieniał się w pożar, przybierał ludzki kształt. Każdy by w takiej chwili uciekł, lecz ja stałam. Nie miałam dokąd uciec, byłam w pustce, czarnej, zimnej, lecz znanej. Nie bałam się, nie miałam czego się bać. Płomienie zmniejszyły się, przybrały ludzką postać, małego chłopca z rozmierzwioną, falująca czupryną, delikatną, kruchą posturą, pustymi oczami i smutnym wyrazem twarzy.
To był on!
Mój mały braciszek!
Poczułam, jak serce gwałtownie obiło mi się o żebra, a nogi same się ugięły zmuszając mnie, abym przed nim klękła. Oh… Jaki jest on malutki, jaki niewinny… W ogóle nie urósł. Był nadal sześcioletnim Antosiem, malutkim Antosiem, który zawsze, gdy widział, że jego siostra się smuci, próbował coś na to zaradzić. Był tym samym Antosiem, którego nosiłam na barana, którego chroniłam i wychowywałam, jak swoje dziecko. Tym samym Antosiem, którego tyle lat temu rozszarpała na strzępy, bez jakiejkolwiek litości, którego zjadałam, którego piłam krew, aby ugasić pragnienie.
Przełknęłam ślinę tak głośno, aby rozniósł się ten dźwięk echem po całej dolinie. Rozszarpałam go… Zabiłam… On nie żyje…
To wszystko dochodziło do mnie bardzo powoli, a rękę, którą zaczęłam wyciągać w jego stronę zatrzymałam w pół drogi i jeszcze wolniej zaczęłam cofać.
Stał przede mną z rączkami splecionymi za plecami. Podbródek przyciągnął do piersi, a jego oczka, w których płonęły dwa płomyczki świeciły pod kurtyną włosów spadających na czoło. Wyglądał uroczo, niewinnie, tak jak zawsze, kiedy przychodził do niej, aby ją pocieszyć, a nie potrafił odnaleźć żadnych trafnych słów, aby zacząć dialog.
- Antoś? – wykrztusiłam cicho do niego, a on raptownie podniósł głowę. – Ty nie żyjesz, prawda?
Nic nie odpowiedział, tylko gwałtownie do mnie dopadł i złapał mnie za ramiona. Dopiero teraz zrozumiałam, że stworzył go ogień. Zaczął palić mój materiał, a potem skórę. Krzyknęłam w chwili kiedy swym czołem dotknął mojego, a ja zapadłam się w pustce.
Przede mną zaczęły przewijać się setki obrazów z mojego życia. Dawnego życia.
Widziała siebie jako ośmiolatkę z dwoma długimi warkoczykami, które radośnie skakały wokół mojej twarzy, gdy podskakiwałam przy mamie trzymającej niebieskie, małe zawiniątko. Sferia, ukucnęła koło mnie, a ja pierwszy raz ujrzałam jego maleńką, pyzatą buzię z wielkimi, szarymi oczami, które przyglądały mi się badawczo. Wyciągnęłam rękę w jego stronę, lecz obraz gwałtownie się rozmył zostawiając nicość. Po chwili rozbłysło jakieś światło, a ja stałam przed domem. Byłam ze dwa lata starsza. Tak, na pewno dwa. Antoś miał wtedy swoje drugie urodziny. Składał pierwsze zdania i męczył nimi wszystkich, także błagając aby się z nimi pobawić. Patrzyłam jak się z nim ganiałam, ślizgałam na ślizgawce, huśtałam oraz podnosiłam go, a on udawał, że jest samolotem. Mimo że ubrudzony był całym swoim waniliowym tortem urodzinowym, którym brudził również mnie, nadal wyglądał tak słodko, że nie było wstanie powstrzymać się, aby dać mu buziaka. Trzymając go zaśmiałam się i podrzuciłam go do góry, a nagle świat ściemniał, a on zmienił się w odlatującego ptaka.
Był zachód słońca.
Antoś widocznie był o wiele starszy, miał pięć lat, prawdopodobnie zbliżały się już jego kolejne urodziny. Był po za terenem naszej posesji. Biegał po wzgórzach, na których rozpoczynał się las.
Zatrzymywał się co chwilę i krzyczał moje imię tak rozpaczającym głosem, że w oczach zakręciły mi się łzy. Spojrzałam na las i ujrzałam między drzewami siebie. Płakałam z całej siły ściskając pień drzewa. Włosy miałam brudne i potargane, ubranie również nie było w najlepszym razie.
Od strony domu biegła w jego stronę mama. Jak zawsze w fartuchu, a włosy miała spięte w niesforny kok. Mimo wieku była nadal zwinna i szybka, więc bez problemu złapała małego. Chłopczyk chwilę szarpał się w jej ramionach, aż całkowicie poddał się rozpaczy i rozpłakał w matczynych ramionach. Sferia osunęła się na kolana i przycisnęła malca do piersi, a ja ujrzałam, że po jej policzkach również zaczynają spływać pojedyncze łzy. Tuliła go i kołysała kojąco, gdy on chlipał:
- Mamusiu, gdzie Lucy, gdzie moja siostrzyczka?
- Skarbie. – Zdawało się to tylko cichym wydechem. – Lucynka musiała iść, ma ważną sprawę. Jutro wróci.
- Nie! Ja chcę ją teraz! – łkał dalej, a ona z całej siły powstrzymywała się, aby sama nie poddać rozpaczy.
Spojrzałam znów na siebie i zauważyłam, jak przyglądam się chowającemu słońcu i ukazującej tarczy księżyca, pełnej i jasnej w swej chwale. Zagryzając wargę z bólu odepchnęłam się od pnia drzewa i wbiegłam w głąb lasu, a cały świat znów stał się czernią, z której wyłoniło się wnętrze domu. Stałam w jednym z jego głównych pomieszczeń, z którego obserwowałam sunącego przy ziemi sporego, biało – szarego wilka. Przyglądałam się jak węszył swoją ofiarę i przyśpieszał, aby po chwili zniknąć za jednym z wejść. Szybko za nim pobiegłam i ujrzałam, jak wchodzi na kołdrę, wącha chłopca, skrytego pod nią, a następnie ujrzałam jedynie błysk kłów. Do góry poleciał kawałek ludzkiego mięsa, a na ścianę trysnęła fontanna krwi.
Krzyknęłam i podbiegłam do łóżka. Chciałam odsunąć od mojego braciszka tą bestię, uratować go, lecz przeleciałam przez wilka, jak duch. Zwierzę szarpało jego ciało, rozerwało pazurami brzuch i wyjadało jelita, jakby to było spagethi. Po chwili zaczął odgryzać wszystkie kończyny, kończąc na głowie. Wypatroszony tułów i głowę, z szeroko otwartymi oczami odrzucił na bok, a złapał za nogę i kładąc się wygodnie w wielkiej kałuży krwi, która była na pościeli, zaczął ją ogryzać. Uklękłam zrozpaczona nad częściami ciała i zaczęłam płakać, widząc kątem oka, jak bestia kończy swój posiłek, pije krew, która krzepnie wokół niego i kładzie się spać, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Zawyłam zrozpaczona, a ciemność znów mnie ogarnęła.
Wróciłam na cmentarz, a przede mną stał mój braciszek, który powoli zaczął się rozpadać, tak jak go rozszarpałam.
- Ty to zrobiłaś – powiedział smutno chłopczyk, a ja podniosłam się szybko na nogi i zaczęłam biec alejkami.
Znów przyglądałam się nazwiskom, które zaczęłam rozpoznać. Krzyczałam zrozpaczona widząc imię babci i swojego rodzeństwa, całego rodzeństwa. Czy oni też nie żyją?! Błagałam Boga i Szatana, aby to nie była prawda.
Biegłam dalej, aż zobaczyłam, że na jednej z tabliczek kawałek ode mnie widnieje imię Jace, a zaraz obok niego Aleksander. Przyśpieszyłam kroku, lecz uderzyłam w niewidzialną barierę. Chciałam Zobaczyć nazwiska, czy to nie jest zbieg okoliczności, że to nie jest moja najgorsza myśl, jednak nic nie mogłam. Uderzyłam pięściami w przezroczysty mur i zapłakana osunęłam się na ziemię wycieńczona.
- Nie twój czas poznać jeszcze tą przyszłość Lucyno, lecz pamiętaj, że My o tobie nie zapomnieliśmy i wiedz, że Nasza Dama po ciebie niedługo przybędzie, abyś wreszcie odpokutowała swoje grzechy i gniła na tym cmentarzu samotnie, zapomniana przez wszystkich.
Zerwałam się gwałtownie i ledwo mogąc oddychać zaczęłam ocierać łzy. Ujrzałam nad sobą znajomą sylwetkę i szepnęłam przerażona:
- Jace?
Chłopak podszedł szybko i siadając przytulił mnie, zaczynając głaskać oraz uspokajać.
- Cicho Lucynko, to ja Andrei.
Odetchnęłam głęboko i wtuliłam się w niego pozwalając sobie na jeszcze kilka łez…

sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział #10 - Lucyna i Lucyna


Londyn, styczeń 1887 rok

Charlotte lekko uchyliła drzwi i zajrzała do środka. Wiedziała, czego się powinna spodziewać i nie myliła się.
Jem oraz Will siedzieli w fotelach przy łóżku, w którym leżała młoda dziewczyna. Jej włosy były splątane, ciało blade, ręce zaciśnięte na kołdrze, a twarz wykrzywiał grymas cierpienia. Ponownie spojrzała na chłopców. Jem siedział zgarbiony i widocznie walczył ze snem. Pod srebrnymi oczami miał granatowe cienie. Skóra na twarzy była ściągnięta, a usta zaciśnięte w wąską linię.
Will natomiast był oparty o ramię swego parabatai i cicho pochrapywał. Nie dziwiła mu się. Odkąd ją przynieśli, siedzieli obok jej łóżka i przy niej czuwali. Mijała powoli druga doba od kąt nie spali, co dawało im się we znaki i zmuszało wręcz do snu. Za nim James wyczuł, że Charlotte jest w pokoju minęła długa chwilą, którą ona poświęciła, aby zobaczyć, że Will także ma duże cienie pod oczami, a jego sen jest płytki i niespokojny, tak jakby śnił mu się koszmar. Oboje z chłopców mieli zmierzwione włosy i pogniecione ubrania.
- Charlotte – szepnął cicho jej imię i powoli odwrócił głowę uważając, aby nie obudzić Willa.
Szefowa Instytutu się do niego zbliżyła. Stanęła w rogu łóżka i cały swój wzrok skupiła na dziewczynie.
- Wybudzała się? – spytała cicho.
- Nie. Wiła się, płakała, nawet krzyczała, ale się nie obudziła – odrzekł. Na chwilę zamarła nieprzyjemna cisza, po czym zapytał drżącym głosem: – Ona cierpi, prawda?
Spojrzała na niego ze współczuciem nic nie odpowiadając. Sam jej wzrok dawał mu odpowiedź na to pytanie. Charlotte cicho westchnęła i przymknęła oczy siląc się na spokojny, opanowany ton, a nie roztrzęsiony, zatroskany i wręcz załamujący.

- Rozmawiałam z Bratem Enochem.
Niedawno Cisi Bracia opuścili Instytut. Zostali przez nią sprowadzeni zaraz, gdy została przywieziona tutaj. Brat Enoch z dwoma jeszcze Braćmi wyprosili z jej pokoju Willa i Jema, a oni przez prawie cztery godziny siedzieli pod drzwiami nic nie mówiąc, tylko wysłuchując krzyków Lucyny i jej płaczu.
Kiedy wyszli z pokoju, Jem próbował się dowiedzieć, co się z nią dzieje, lecz Cisi Bracia odpowiedzieli, że jemu tego nie powiedzą. Od tamtej pory obaj chłopcy siedzieli przy jej łóżku i przyglądali się, jak co godzinę przez prawie jeden dzień przychodził któryś z Braci i podawał Lucynie jakieś płyny, po czym wychodził bez słowa.
Charlotte była zobowiązana powiedzieć to, co przekazali jej Cisi Bracia. Było to ciężkie zadanie, które chętnie by sobie odpuściła, ale nie mogła.
Spojrzała na zmartwione, senne oczy jej podopiecznego, po czym zaczęła szeptać załamującym się głosem:
- Powiedzieli, że nie ma już ratunku. Czas się z nią pożegnać.
Bardzo walczyła ze sobą, lecz mimo uporu z jej oczu pociekły łzy i zaczęły wić się po policzkach. Jem zamarł na krześle wpatrzony w nią niedowierzającym wzrokiem, po czym z całej siły szarpnął ramie Willa, który zerwany ze snu od razu dobył noża.
Rozejrzał się zaspanym wzrokiem wokół siebie i gdy napotkał spojrzenie swego przyjaciela, które wyrażało tak wiele emocji, że można się w nich było pogubić, upuścił broń na ziemię.
Will chwilę na niego patrzył wyczytując zaskoczenie, niedowierzanie, niepewność, a przede wszystkim ból psychiczny i rozpacz.   
Spojrzał na Charlotte z lekko uchylonymi ustami, które powoli zaczęły się składać w imię dziewczyny leżącej na łóżku, lecz Jem szybko szarpnął swojego parabatai ponownie i patrząc mu w oczy z wymuszonym w głosie spokojem powiedział:
- Czas się pożegnać Will, czas się z nią pożegnać.
Przy słowie „nią” głos mu się załamał, a oczy same powędrowały do Lucyny  spokojnie śpiącej, lecz mimo to widocznie cierpiącej.
- Ale jak to?! – Will prawie krzyknął na panią Branwell, a ona cofnęła się o krok wycierając wierzchem dłoni łzy.
- Williamie, spokojnie – odezwał się James, ale ten już wstał i patrzył wściekłym wzrokiem na szefową Instytutu.
- Przecież Cisi Bracia ją leczyli – sapnął rozwścieczony.
- Will, Cisi Bracia zrobili, co mogli. Przedłużyli jej życie o tyle godzi ile się dało, ale ostrze za bardzo ją zraniło, ona nie da rady dłużej – mówiła drżącym głosem.
- Ile czasu jej zostało? – spytał, starając się uspokoić tonaż głosu.
- Brat Enoch mówił, że około dwóch godzin. Za godzinę Runa Snu przestanie działać, prawdopodobnie, gdy się obudzi ból zacznie ją szybciej wykańczać niż sama rana – westchnęła i opuściła głowę.
Nie potrafiła spojrzeć tym chłopcom w oczy, kiedy wiedziała, jak te słowa w nich uderzyły.
Dwie godziny.
Ona sama stała jak wryta z otwartymi ustami, kiedy usłyszała to od Cichego Brata, a później wszystko zaczęło jakby przyśpieszać.
Tak mało czasu.
- Idę napisać list do Lightwood’ów – rzekła po chwili i zaczęła się odwracać w stronę wyjścia.
- Po co?! – Głos Williama znów stał się zdenerwowany.
- Gabriel i Tatiana znali Lucynę. Tatiana może nie przepadała za nią, ale z Gabrielem Lucyna miała dobre stosunki, chyba chciałby się z nią pożegnać – powiedziała po dłuższej chwili i szybkim krokiem wyszła z pokoju.
Will zachwiał się do tyłu i ciężko opadł na krzesło. Od razu skrył twarz w dłoniach i starał się jak najbardziej uspokoić. Zdawało mu się, że jego serce powoli przestaje bić.
Znowu moja wina, znowu moja klątwa.
Ta myśl była jak ostrze w jego własnym ciele. Gdyby nie on, gdyby nie klątwa, nic by się takiego nie stało. Chciał, żeby zamiast niej leżał tam on, żeby to on umierał, a nie ona.
Poczuł na swoim ramieniu znajome mu ciepło dłoni Jema.
- Will… – Usłyszał swoje imię, na które powoli podniósł wzrok zaraz napotykając srebrne tęczówki i znajomą bladą twarz.
- Będę siedział przy niej do końca. Nie opuszczę jej Jem, nie chce, aby umarła samotnie w otoczeniu Cichych Braci, którzy później zabiorą jej ciało do Cichego Miasta, aby prochy stały się kolejnym filarem, czy fasadą – odpowiedział pewnym głosem i spojrzał, jak dziewczyna lekko drga i zagryza dolną wargę.
- Wiem Will, wiem, że jej nie opuścisz, ja też tego nie zrobię – rzekł Jem i pozwolił, aby Will usiadł na podłodze koło jego nóg i oparł głowę o kolano.
- Ona jest taka młoda – szepnął po chwili milczenia – Za młoda, aby umierać. Przecież niczego nie była winna, była wspaniałą Nocną Łowczynią.
- Will, ona nadal żyje, nie mów tak jakby już jej tutaj nie było – skarcił go parabatai.
Chłopak nic nie odpowiedział na te słowa tylko przyglądał się, jak Lucyna szarpie delikatnie rękoma kołdrę, a na jej czoło wchodzą kolejne krople zimnego potu.
James z fotela widział, jak pościel okrywająca jej ciało na wysokości brzucha, powoli acz dobitnie zaczyna zabarwiać się na szkarłatno.
- Bandaże przesiąkają – szepnął sam do siebie i powoli wstał z fotela.
Will o nic nie zapytał, gdy Jem zbliżył się do Lucyny, delikatnie złapał za kołnierzyk jej koszuli i rozchylił ją tak, aby było widać obojczyk i szyję. Następnie narysował starannie stelą Znak powolniejszego krwawienia oraz Znak uśmierzający ból będąc świadom, że niedługo się obudzi, a cierpienie może ją bardzo szybko zabić.
Gdy skończył opuszkami palców przejechał po fragmencie blizny na wgłębieniu jej szyi. Teraz była tylko bladym paskiem odcinającym się od kremowej skóry. Ślad po batach od matki za to, że żyje. Jem pamiętał ten ślad. Pierwszy raz go ujrzał, kiedy spotkali ją walczącą przy Tamizie. Gdy upadła na ziemię w męskim stroju z mieczem w ręce jej ramiona były całe w ranach, a koszula, którą miała na sobie zsunęła się z obojczyka i ukazała krwawą pręgę. Will jako pierwszy to ujrzał i spytał się, czy to zrobił jakiś demon, a ona odpowiedziała:
- Tak, moja matka, końskim pejczem.
W tamtej chwili oboje wymienili spojrzenia. Znaleźli dziewczynę w wieku piętnastu lat, z polskim akcentem, która prawdopodobnie nie miała w przeszłości wesoło.
Tamtego właśnie dnia, zaczął się nowy rozdział w jej życiu, życiu Instytutu i ich – jego i Willa.
Herondale, który nadal siedział na ziemi zaśmiał się bez krzty wesołości.
- Dwa lata, a zdaje się, jak dwadzieścia.
Jem odwrócił się w jego stronę i usiadł obok niego przysuwając kolana pod brodę.
- Pamiętasz, jak siedzieliśmy w tym pokoju pierwszy raz? – spytał Will i odwrócił głowę w stronę swojego parabatai.
- Tak – odpowiedział lekko się uśmiechając. – Zdawało się wtedy jakby to była dla nas kara.
Will odwzajemnił uśmiech.
- Dopiero ją znaleźliśmy, ale rany po batach na jej plecach i te, które zadały demony trzeba było wyleczyć. Cisi Bracia pobyli przy niej, a później nam kazano nam czuwać jakby się obudziła. Pamiętam, że graliśmy wtedy w karty i ja wygrywałem.
- A ja pamiętam jaką zrobiłeś minę, kiedy się obudziła i siarczyście zabluźniła – zaśmiał się cicho. 
- Nie spodziewałem się takich słów i to jeszcze po angielsku od takiej młodej osoby i to dziewczyny, a pamiętasz potem jej słowa: tak mnie nie bolał głowa nawet po butelce dżinu.
Oboje parsknęli śmiechem i zwrócili wzrok na umierającą.
- Dwa lata treningów, wspólnego zwiedzania Londynu, polowania na demony i chodzenia do tawern.
- To ostatnie, to tylko z tobą Will – odpowiedział Jem. – A pamiętasz, jak ją uczyłem grać na skrzypcach?
Herondale lekko się skrzywił.
- Tak, przez to Instytut spać nie mógł. Rzępoliła strasznie.
- Tak jak każdy na początku – odparł Carstairs.
Zaraz po tym zaczęli dalej wspominać wspólne chwile z młodszą od nich o rok Lucyną. Ich bieganie po dachach, spanie przy kominku zaraz po tym, jak na zmianę sobie czytali, nauki angielskiego, aż wreszcie wspólne obchodzenie świąt i wspomnienie, że nigdy, nawet na balu nie pojawiła się w sukni nie chcąc ukazać blizn oznaczających jej nogi, ręce, plecy, szyję i dekolt. Tylko oni i Charlotte wiedzieli, że to są pamiątki z jej domu, po matce. Wspomnieli jak oni i pani Branwell wstawili się za nią podczas Bożego Narodzenia, gdy zjawiła się Enklawa, a ona w towarzystwie Willa i Jema weszła do sali balowej ubrana w czarne, męskie spodnie, wykrochmaloną koszulę, marynarkę i muchę pod szyją, aby zakryć najwyższe blizny, a wszyscy poczuli się oburzeni jej wyglądem.
- Przecież to jest dama, a nie chłopak! – oburzyła się ciotka Charlotte.
- Jak śmiała w święta się tak ubrać, to jest obraza! – Ktoś krzyknął, a oczy Lucyny się zaszkliły.
Will ścisnął mocniej jej rękę i szepnął na ucho:
- Nie płacz, bądź dzielna, nie daj im satysfakcji.
On oraz Jem zaczęli jej bronić próbując zmienić temat i mówić, że po prostu ona nie nosi sukni, lecz nikt ich nie słuchał. Wtedy na wysokości zadania stanęła Charlotte, która zaczęła się wypowiadać, że ona nie może nosić sukni z wielu różnych powodów.
- Niby, jakich? – zagrzmiały głosy, a Lucyna nie wytrzymała.
Szybko wyszła na środek i gwałtownym ruchem zerwała z siebie muchę. Kołnierzyk opadł i na wierzch ukazał się fragment z jej lżejszych blizn, jednak nadal zaczerwieniony i gruby na prawie trzy palce. Rozpięła pierwszy guzik i ukazała jej dalszą część, a dużo dam w pomieszczeniu ręką zakryło sobie usta, jakby w geście powstrzymania się przed mdłościami. Gwałtownie zapanowała cisza, którą przerwał załamujący się głos Lucyny:
- Dlatego nie mam na sobie sukni! I jeśli teraz macie zamiar powiedzieć, że urażają was moje blizny albo jak wam jest strasznie przykro, że coś takiego mam na swoim ciele, a będą to puste słowa, to nie mam zamiaru ich słuchać! Równie dobrze mogę spędzić te święta na ulicy, jak nie chcecie mieć ze mną styczności! – Z jej oczu popłynęły gorzkie łzy.
W tamtej chwili honorowo zachował się Gabriel, który jako pierwszy się do niej zbliżył jako gość i wycierając jej łzy chusteczką powiedział na głos:
- Dla mnie będzie zaszczytem, jeśli spędzę z panią te święta.
Zaraz do niej zbliżyli się Will, Jem oraz Charlotte, która ją przytuliła i uspokoiła do końca, mówiąc, że święta spędza się z rodziną, a oni teraz nią są i, żeby nawet nie myślała wybywać z Instytutu.
Ogólnie Boże Narodzenie wyszły bardzo przyjemne. Lucyna dużo tańczyła z różnymi gośćmi oraz zaskoczyła wszystkich pieśnią acz nie kolędą po polsku. Uczestniczyła w każdej zabawie i wszyscy z Londyńskiego Instytutu widzieli ją po raz pierwszy taką uradowaną.
- Wtedy zrozumieliśmy, że ona w domu nigdy nie miała prawdziwych świąt – skwitował Will i oparł głowę o ramię Jema.
- Tak i widząc jej radość tamtego wieczora, kiedy otrzymała prezenty, widok był nieopisany. – Uśmiechnął się do przyjaciela.
Mijały kolejne minuty na kolejnych wspomnieniach, gdy od strony łóżka dobiegł cichy jęk, a drzwi jak na zawołanie się otworzyły i do środka weszła pani Branwell z mężem, a zaraz za nimi Jessamine.
- Obudziła się – szepnął Henry i zbliżył się do łóżka.
Obok niego stanęła Charlotte, a jej wzrok przykuła ogromna plama krwi na pościeli. Will i Jem szybko wstali z podłogi i również podeszli do jej łoża.
Lucyna powoli otworzyła oczy i zaczęła nimi podążać po zgromadzonych. Ponownie jęknęła, a jej ręka powędrowała na brzuch. Skrzywiła się z bólu, a gdy uniosła i zobaczyła na niej posokę odwróciła załamana głowę.
- Jessamine, chcesz coś powiedzieć? – spytała roztrzęsionym głosem Charlotte.
- A co mam powiedzieć? Nawet nie chciałam tutaj przyjść, tylko mnie do tego zmusiłaś, a wiesz dobrze, że mdli mnie na widok krwi. – Po tych słowach odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem wyszła z pomieszczenia.
- Jak ją później spotkam, to osobiście zabije – warknął Will odprowadzając ją wzrokiem.
Henry również miał nieprzyjemny wyraz twarzy, lecz wszystkie słowa, które chciał wypowiedzieć na temat panny Lovelance zostawił dla siebie.
Szefowa Instytutu cicho westchnęła, po czym dodała:
- Wybacz Lucynko, nie chciałam abyś to słyszała.
- Nic się nie stało, nie każdy potrafi w takich chwilach się wysłowić. – Uśmiechnęła się słabo. – A w szczególności przed obliczem śmierci.
Pani Branwell z sykiem wciągnęła powietrze.
- Ja i Henry przyszliśmy się z tobą pożegnać. Nie wiem nawet, co mam powiedzieć... Chyba to, że mimo tak krótkiego czasu pokochałam cię i dałabym wszystko, abyś z nami została.
- Nikt nie wybiera dnia ani godziny – szepnęła słabym głosem i spojrzała na Henrego i Charlotte – Dziękuję wam za wszystko: zrozumienie, cierpliwość, dom, schronienie, swobodę i za miłość, którą mi okazaliście. Staliście się dla mnie rodziną, prawdziwą rodziną, której nigdy nie miałam. Pokazaliście, że nawet z pecha – jej wzrok przeniósł się na Pana Branwell’a – można się cieszyć i śmiać. Za to wszystko dziękuję wam z czystego serca i mam nadzieję, że kiedy i wasze gwiazdy zgasną spotkamy się w otoczeniu aniołów, aby po raz kolejny porozmawiać i powspominać nawet te dwa krótkie lata.
Charlotte nie zdołała się powstrzymać przed łzami i wtulając się w ramię męża zaczęła głośno płakać. Henry głaskał żonę po plecach, po czym jeszcze raz żegnając Lucynę, wyszedł z pokoju.
Niedługo później weszła Sophie, która również po przemowie Lucyny o spotkaniu po drugiej stronie z płaczem wybiegła z pokoju, tak samo jak Aghata. Po dłuższym spokoju zjawił się Thomas i składając życzenia i żegnając się z nią sztywnym krokiem wyszedł.
Jako ostatni zjawił się Gabriel, który na widok Willa siedzącego w fotelu skrzywił się z niesmakiem.
- Czy moglibyście wyjść? – spytał zimnym głosem.
- A co? Boisz się, że znów złamię ci rękę? – syknął Will.
- Nie kłóćcie się! – krzyknęła Lucyna, po czym zaczęła głośno kasłać, a plama na kołdrze diametralnie się powiększyła.
Jem szybko podszedł i spojrzał na narysowany Znaki powolnego krwawienia i uśmierzenia bólu, które już prawie się wtopiły.
- Nie ma wiele czasu – powiedział w stronę Gabriela i cofnął się do fotela.
Lightwood westchnął zirytowany, po czym podszedł do krańca łóżka i zaczął mówić spokojnym, acz sztywnym głosem, jakby to, co wypływało z jego ust zadawało mu cierpienie.
- Bardzo miło mi było panią poznać i żałuje, że tak krótka była nasza znajomość. Muszę pani przyznać, że była pani inna od reszty Nocnych Łowczyń, wręcz musiałbym powiedzieć, że tolerancyjna, co jest rzadko spotykane. Jak każdy z nas miała pani wady, ale w moich oczach zdawały się być one zaletami. Cieszę się, że miałem zaszczyt być przy pani, chociaż przez te dwadzieścia cztery miesiące zdające się być tylko jednym krótkim miesiącem, który zniknął w tak szybko płynącym czasie. Mam nadzieję, że gdy i na mnie przyjdzie pora spotkam panią po drugiej stronie i znów ujrzę to piękne oblicze.
Lucyna delikatnie się uśmiechnęła, acz zaraz skrzywiła z bólu i powiedziała o wiele słabszym głosem, niż wcześniej:
- Drogi panie Gabrielu, mnie również było miło pana poznać i będę się czuć zaszczycona, kiedy pana ponownie ujrzę, jednak pragnę, aby pan żył jak najdłużej będzie mógł. Dziękuję za te miłe słowa, które wypłynęły z pańskich ust i dziękuję, że zjawił się pan mimo tego, że droga krótką nie była.
Lucyna do końca mogłaby przysiąc, że gdy Lightwood delikatnie skinął głową na znak pożegnania jego oczy były szkliste, a żeby nikt tego nie zdążył zobaczyć wyszedł pośpiesznie z pomieszczenia.
W pokoju zostali tylko ci, którzy pragnęli być do ostatnich jej chwil. Usiedli po obu jej stronach i złapali ją za ręce. Delikatnie się uśmiechnęła i kaszlnęła głośno, a następnie krzyknęła z bólu. Chwilę się uspokajała, a gdy cierpienie minęło powiedziała:
- Dziękuję wam, że ze mną jesteście w tej chwili, że nie jestem sama, że nie boję się tego, co się do mnie zbliża. – Wzięła głęboki wdech. – Dziękuję za cały czas, który z wami spędziłam i nie żałuję żadnego uczynku, nie żałuję niczego. Gry na skrzypcach, gonitwie po dachach, bitwie na śnieżki, tańcach, piciu na czas w tawernie, spaniu przy kominku, czytaniu poezji, treningach, śpiewaniu wam w bibliotece, aby nikt o ty nie wiedział, karmieniu kaczek mięsem i jeszcze jednej rzeczy. – Uśmiechnęła się do obu znacząco, po czym złapała urwany oddech. – Zimno mi.
Will spojrzał na Jema, a ten pogładził ją po policzku i szepnął:
- Wiem o tym Lucuś, wiem.
Czuł po dotyku, że jej ręka staje się coraz zimniejsza i zesztywniała.
- My również niczego nie żałujemy i cieszymy się z każdej chwili spędzonej z tobą. Cieszymy się, że byłaś inna od reszty Nocnych Łowczyń. Jesteśmy dumni z tego, że mogliśmy z tobą tyle przeżyć, że byłaś nam tak bliska, jakby można było mieć drugiego parabatai ty byś nim była. My nauczyliśmy cię wiele i ty nas również. Pokazałaś, że nieważne, co cię w życiu spotkało, to i tak można cieszyć się z najmniejszej rzeczy i znaleźć w każdej sytuacji pozytyw. Cieszę się, że spotkałem cię wtedy nad Tamizą, ale pamiętaj, że jakbym cofnął czas, zrobiłbym wszystko, abym to ja został przebity tym harpunem, a nie ty i żeby twój brat żył. – Will skończył swoją przemowę prawie szepcząc.
To on musiał mówić, ponieważ jego przyjaciel nie miał zdolności do znajdowania trafnych słów, a jemu, choć nie było łatwo, potrafił powiedzieć wszystko, co czuł.
Lucyna spojrzała na niego słabym wzrokiem, po czym przeniosła go na Jema i szepnęła:
- Proszę, ostatni raz…
Chłopak powoli wstał i sięgnął po skrzypce leżące na komodzie. Wiedział, co Lucyna chce, aby zagrał i po chwili spod smyczka wypłynęła spokojna acz smutna muzyka będąca jak śpiew wdowy, a jednak miała w sobie odrobinę radości, nutę nadziei, którą Lucyna kochała. Uśmiechnęła się delikatnie i przyglądała, jak smyczek powoli sunie po strunach, po czym zamknęła powieki.
Zimno dotarło do jej serca. Poczuła, że nie może już złapać oddechu, a mimo ciemności zalewa go jeszcze ciemniejsza fala, po czym przed nią ukazuje się biały, jasny tunel oświetlony anielskim ogniem.
- Dziękuję – zdołała szepnąć, gdy się odwróciła i ujrzała siebie na łóżku, zgarbionego Willa i nadal grającego Jema, a następnie ruszyła w stronę białego światła.
- James, skończ – szepnął załamującym się głosem Will. - Ona nie żyje.
Chłopak odłożył skrzypce i podszedł do łóżka. Oboje mieli napięte mięśnie, a ich oczy ukazywały pustkę, rozpacz i wielka chęć uronienia łzy.
Herondale, powoli wysunął rękę z jej uścisku i nakrył ją bardziej kołdrą.
Nawet nie wiedzieli, kiedy do pokoju weszli Cisi Bracia. Kazali im się odsunąć od ciała. Jem siłą odciągnął skamieniałego Will, który miał utkwiony wzrok w bladej twarzy Lucyny.
- Nie przywrócisz jej życia uporem – szepnął mu do ucha, a następnie posadził go w fotelu, skąd patrzyli, jak Cisi Bracia zakrywają i zabierają ciało.
Gdy Lucynę wyniesiono w pokoju pozostał Brat Enoch, który patrzył na obu Nocnych Łowców kamienną twarzą z bliznami.
Lucyna spodziewała się dziecka i ono przeżyło.
Po tych słowach wyszedł posuwistym krokiem zostawiając chłopców w osłupieniu, jak i przerażeniu.

* * *

130 lat później….

Ciche Miasto.
Dom Cichych Braci i miejsce, gdzie zdawało jej się, że nadal żyje, mimo tego, iż tak wcale nie było. Za pierwszym razem zgubiła się w korytarzach tego podziemnego labiryntu, gdzie kryło się wiele tajemnic. Pamiętała, że zaczęła panikować, aż trafiła do sali z Mieczem Anioła i natrafiła na Brata Jeremiasza, który na jej widok zaniemówił.
Nie dziwiła mu się, jednak nie spodziewała się takiej reakcji po Cichym Bracie, który miał wyraz zaskoczenia na zawsze takiej samej, spokojnej twarzy. A najgorzej było, gdy spytała się o drogę, a on prawie wybiegł z sali, aby powiadomić o niej innych Cichych Braci.
Później długo im się tłumaczyła, aż wreszcie udało ich się przekonać, że teoretycznie jest niegroźna.
Jednak po tylu razach przybywania do tego miejsca wiedziała, jak iść, aby dojść do celu.
Szybko szła korytarzami, przechodząc pod wielkimi łukami z prochów Nocnych Łowców. Skręciła w mniejszy korytarz, gdzie po obu stronach były cele Cichych Braci.
- Trzecia po prawej – szepnęła sama do siebie i nie pukając weszła do środka.
Jak zawsze siedział przy biurku nad kartką papieru i piórem w kościstej ręce.
- Witaj Jem – powiedziała cicho i zbliżyła się do niego.
Nie wiedziała, czy da się wystraszyć Cichego Brata, jednak patrząc na jego gwałtowny ruch i upadające pióro, mogła być prawie pewna, że właśnie udało się jej, go wystraszyć.
Lucyna.
Powiedział jej imię z dziwną ulgą.
Coś się stało?
Zapytał i wstał od biurka.
- Nic nad wyraz ważnego. Już od dawna chciałam ci złożyć wizytę Jem, ale mam do ciebie pytanie… - odpowiedziała spokojnie.
Jakie?
- Dlaczego okłamałeś mą prawnuczkę na temat mej śmierci?
Cichy Brat poruszył się niespokojnie.
Nie sądziłem, że będziesz wiedziała, że byłem u Lucyny i rozmawiałem na twój temat.
- Jem, ja z góry widzę wszystko i wiem bardzo dużo, ale odbiegasz od tematu – zwróciła uwagę i złożyła ręce na piersi.
Powiedziałem, że umarłaś w parku.
Rzekł spokojnym, acz lekko niepewnym głosem, co było aż dziwne na Cichego Brata.
- A umarłam w Instytucie – odparła i zrobiła zaciętą minę.
Chciałem oszczędzić jej bólu związanego z tym, jak ty cierpiałaś, kiedy umierałaś Lucyno, To tyle. Nie chciałem ranić kogoś, kogo mam chronić.
- Jem – westchnęła. – Śmierć to nie cierpienie, acz ulga i nowa przygoda. To jedna sprawa, a druga, mimo że odeszłam z tego świata stanęłam po prawicy Razjela i to była moja nagroda, za to jak umarłam i za kogo. Nawet zdołałam mieć potomka. – Uśmiechnęła się lekko i poprawiła na sobie białą, damską koszulę, kontrastującą z czarnymi, materiałowymi rurkami.
Wyglądała jak zwykła nastolatka: włosy do łopatek, grzywka spięta na bok, ubranie galowe. Nikt by nawet nie pomyślał, że liczy sobie ponad sto trzydzieści lat i przed chwilą zeszła z Nieba.
Wiem o tym, jednak to nic nie zmienia, że nie żyjesz, że ona umrze, że ja jestem Cichym Bratem, że wszystko to, co kiedyś mnie otaczało, przeminęło.
Powiedział spokojnym głosem, choć jako człowiek, prawdopodobnie wypowiedziałby to w nerwach.
- Nie do końca minęło, a w ogóle na Górze zaczynają się szepty Jem. Już niedługo.
Po tych słowach wyszła z celi i zaraz po zamknięciu drzwi zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Został jedynie delikatny zapach wanilii i cynamonu.
Twoje perfumy.
Powiedział sam do siebie, wyczuwając ich zapach i przypominając je sobie jeszcze z Londyńskiego Instytutu i ze spotkania nad Tamizą.

* * *


 Wracając do Instytutu, Lucyna jechała furgonetką, a na jej motor prowadził Michał. Całą drogę siedziała wtulona w swojego ojca, a jedną dłonią dyskretnie trzymała w uścisku pocieszenia rękę Jace.
Luke, cały czas głaskał ją po plecach i szeptał uspokajające słowa. Ona jednak w ogóle go nie słuchała. Przed oczami miała Samuela, który się nad nią pochylał, później całował i pieścił jej skórę rękoma, a następnie sceneria się zmieniała i znów widziała jego twarz: martwe oczy wpatrzone w sufit, sine usta i krew wyciekającą z rany.
- On nie zasłużył na śmierć – wychrypiała, gdy zbliżali się do Instytutu.
- Oczywiście, że nie zasłużył – przytaknęła Margaret z przedniego siedzenia drżącym głosem.
Ponownie zapadła krępująca cisza, a Lucyna przymknęła na moment oczy. Widziała twarz Camille: zmienioną, dziką z oczami, w których widoczna była rządza krwi.
Furgonetka zatrzymała się przy Instytucie. Wszyscy zaczęli z niej wychodzić. Luke pomógł córce, a następnie znów ją do siebie przytulił. Już dawno przestała płakać, jednak jego ramie nadal było mokre od jej łez.
Patrzyła, jak wszyscy zbierają się przed wejściem, po czym po kolei wchodzą rozmawiając i wspominając Cichych Braci, którzy zabrali ciało Samuela oraz zaczęli gestykulować na temat całego ataku ich dawnej znajomej, która przeszła na stronę Sebastiana.
Gdy Lucyna znalazłam się w ciepłym Instytucie odsunęła się od ojca i spojrzała po wszystkich, po czym ruszyła w stronę schodów zmęczonym, posuwistym krokiem. Gdy weszła na pierwszy stopień gwałtownie odwróciła się do reszty i powiedziała głośno:
- Pomszczę go. - Wszyscy spojrzeli na nią zszokowani, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - Nie zasłużył na śmierć, lecz ona zasłużyła i ja ją jej zadam. Będę jej Ariochem, będę jej zemstą, cieniem i zgubą. Nie będzie wiedziała, kiedy zadam cios, acz będzie on pierwszym i ostateczny.
Nie czekając na reakcję zebranych, odwróciła się i ruszyła do swojego pokoju. Po drodze spojrzała na Znak Iratze na swoim ramieniu, który wyleczył jej ranę na udzie.

* * *

Jace przyglądał się, jak Lucyna niknie w cieniu, a następnie skręca na koleje schody prowadzące na piętro, gdzie jest jej sypialnia. Ignorując słowa na temat jej wypowiedzi, szybko ruszył za nią. Gdy znalazł się na schodach usłyszał za sobą Aleca:
- Gdzie idziesz?
- Tam gdzie powinienem być – odparował zdenerwowanym głosem i zaczął wspinać się po dwa stopnie.
Gdy znalazł się na piętrze, było ciemno. Magiczne światło się nie paliło, wszędzie panował mrok, a cienie malowały na ścianach mozaiki. Mimo że był krótko w tym Instytucie, pamiętał, które drzwi należą do pokoju Lucyny. Szybkimi, dużymi krokami znalazł się przy nich i na chwilę się zatrzymał. Nie był pewien, czy powinien zapukać, czy wejść, lecz gdy usłyszał otwierane okno zrozumiał, że nie powinien zwlekać. 

_____________________________________________________________
Tak, możecie się w tym rozdziale pogubić, bo są dwie Lucyny, ale już tłumaczę: w pierwszym i drugim fragmencie rozchodzi się o prababkę głównej bohaterki, jak i również jej imienniczkę.
W ostatnim fragmencie mówię o głównej bohaterce. 
Również ważnym jest powiadomić, że ten rozdział jest powiązany z rozdziałem 8 - Brat Zachariasz

Dziękuję za uwagę :)

niedziela, 17 sierpnia 2014

Rozdział# 9 - Życie i jego brak



Następnego ranka, chłopacy zeszli do salonu, gdzie mieli czekać, aż wszyscy zostaną zawołani na śniadanie. Jak zawsze w pokoju przebywała już spora część mieszkańców Instytutu. Jakub opierał się o ścianę ze skrzypcami w dłoni, a Michał siedział przy fortepianie i razem z przyjacielem przygrywał spokojną, acz lekko smutną piosenkę.
- Alec, Jace u nas jest tak zawsze. Jedyna rozrywka, to muzyka – powiedziała Lisa, która złapała na ręce jedną z rozbawionych bliźniaczek, biegających po pokoju i ujrzał zaskoczone miny przybyszów.
- Ale tak od rana? – spytała zaskoczona Isabell ściskająca dwa puste kubki w ręce wracając z Sanktuarium.
- Zawsze, gdy mamy czas – powiedział Michał, po czym zaczął śpiewać.

Świat się wokół nas wciąż mniejszy staje,
Kontynenty na odległość dłoni są,
Samoloty jak z dziecinnych bajek,
Ponad głową coraz szybciej niebo tną.

Ludzie wciąż wędrują wielkim, głośnym stadem,
Z pomieszania mowy słychać jeden głos
Zbudowano drugą, większą Wieżę Babel,
Kto pamięta tamtej, pierwszej mierzy los.

Wszyscy wokół dośpiewywali co jakiś czas, jakby ćwiczyli całość od zawsze. Lisa wiedziała, kiedy ma razem z bliźniaczkami cicho mruczeć, dokańczać słowa i pogwizdywać dając całej piosence większy rozdźwięk. Chłopcy swoimi niskimi głosami śpiewali po kolei zwrotki, tak jakby to był biały wiersz.
Nefilim ze Stanów przyglądali się im z zaciekawieniem. Wszyscy faktycznie byli jedną, wielka rodziną, jednym organizmem myślącym i czującym tak samo.
W połowie utworu drzwi się gwałtownie otworzyły i weszła nimi jako ostatnia z nieobecnych Lucyna, która z miejsca zaczęła się ruszać w rytm wygrywanej muzyki.
- Bardzo lubię tą piosenka. Nowa Wieża Babel… - Uśmiechnęła się do grających, po czym zaczęła się wsłuchiwać w wokal Petera.
Powolnym krokiem podeszła do kanapy i usiadła na niej biorąc kubek i popijając kawę. Zaraz obok niej znalazł się Samuel i delikatnie zaczął masować jej plecy.
- Nie dotykaj mnie! – syknęła cicho wstając i odwracając się w jego stronę.
- Dlaczego? – Zapytał zdziwiony.
- Bo tak! – Warknęła i czym prędzej przeniosła się na parapet.
Jace i Alec przyglądali się im chwilę, po czym wymienili znaczące spojrzenia. Zastanawiali się, czy dziewczyna tylko gra, czy może wczoraj coś się wydarzyło, że nagle jej stosunki z Samuelem się pogorszyły.
Oprócz nich, na nikim więcej zachowanie Lucy nie zrobiło żadnego wrażenia. Dziewczyna usiadła na parapecie i cicho przyśpiewywała z resztą rozglądając się po obecnych. Zdawała się jakby kogoś wyszukiwała w tłumie, lecz bezskutecznie. Oparła czoło o zimną szybę i przyglądała się tętniącej życiem ulicy za nią, jakby to był bardzo ciekawy film. Wydawała się być w tamtych chwilach myślami gdzieś daleko, a jednak ona była tylko w bibliotece.
Leżała na sofie, na jej ciele były składane delikatne, miękkie niczym puch pocałunki, których od zawsze pragnęła. Marzyła o nich, a jednak wiedziała, że są dla niej zakazane i ta myśl w niej zwyciężyła. Obecnie zastanawiała się, czy nie mogła raz stawić się i zrobić to, co zawsze pragnęła…
Gdy muzyka ucichła Lucyna zsunęła się powoli ze swego siedzenia i spytała spokojnie:
- Czy dzisiaj mamy jakieś plany, czy też siedzimy w domu?
- Na pewno do południa nic nie robimy, a później w Parku Źródliska jest festyn – powiedziała rozradowana Lisa i rozejrzała się po reszcie. – Idziemy na niego, prawda?
- Ja na bank idę – odpowiedziała Lucy i odstawiła kubek na stolik. – Chłopaki, wy chyba nas nie zostawicie?
Michał, Peter oraz Jakub wymienili znaczące spojrzenia, po czym Jakub się odezwał:
- Jak wam, dziewczyny tak bardzo zależy to możemy się przejść, a ty Samuel i Adam idziecie? – Skierował wzrok na przyjaciół.
- Ja sióstr nie zostawię – rzekł szybko Adama i stanął przy nich niczym strażnik.
- A ja mam inne plany – odrzekł ponuro Samuel i rzucił Lucynie złowrogie spojrzenie.
- No ok, a wy? – zapytał gości, którzy na raz przytaknęli głowami.
Zapadła na chwilę długa cisza, po czym gwałtownie odezwała się Isabell:
- Simon czuję się w Sanktuarium samotnie, czy nie możemy z nim spędzić trochę czasu?
- Po śniadaniu chodźmy do niego, chłopaki weźcie instrumenty, to może coś się zagra – odpowiedziała od razu Lucy i spojrzała na Nocną Łowczynię z sympatią, po czym rzekła po polsku – Jesteś wspaniałą osobą kochając wampira tak mocno, mimo że ta miłość jest zakazana.
Izzy patrzyła na nią zdezorientowana, nie rozumiejąc słów wypowiedzianych do niej.
- Ty to robisz specjalnie – odezwał się gwałtownie Peter po angielsku.
- Co robię? – Odwróciła się do niego zaskoczona.
- Mówisz w języku, który rozumiemy jedynie my, ale nie oni.
Lucy lekko się zarumieniały, acz z tej nieprzyjemnej sytuacji wyrwał ją krzyk Margaret oznajmiający śniadanie.
Wszyscy pośpieszyli w dół po schodach i usiedli na swoich miejscach. Jak zawsze dorośli byli już dawno na dole i jako pierwsi zaczęli jedzenie jak i rozmowę z młodzieżą. Wszyscy mówili o swoich planach na dzisiejszy dzień i pytali się czy coś nie jest zaplanowane. Szefowie Instytutu zapewniali, że tego dnia, każdy może się rozerwać, ponieważ wszystko jest pozałatwiane, co wychodziło na wszystkich korzyść.
Gdy skończyli jeść, każdy pomógł posprzątać po śniadaniu, po czym młodzież wybrała się do Sanktuarium.
W kącie zimnego pomieszczenia siedział nachmurzony Simon, który na widok tak wielu gości zamarł z otwartymi ustami.
- My w odwiedziny – powiedziała wesoło Isabell wychodząc na przody.
- Do mnie? – wykrztusił zaskoczony.
- Nie, do ścian – odparł sarkastycznie Jace, za co dostał od Clary kuksańca w ramię.
Wszyscy przywitali się z wampirem i rozsiadając się po krzesłach i podłogach zaczęli z nim rozmawiać i się śmiać. Atmosfera była lekka i przyjemna, a widok uradowanego Simona podnosił każdego na duchu.
- Ej, kompania mam pomysł! – krzyknęła nagle Lisa przerywając rozmowę – Zróbmy konkurs w śpiewaniu!
Wszyscy spojrzeli na nią zaskoczeni nie wiedząc, co na to odpowiedzieć.
- Siostra, ale nasi goście nie zrozumieją słów niektórych piosenek, bo jestem pewien, że będziesz chciała losować gatunki – odrzekł ponuro brat wiedząc, że jego mocną stroną nie jest śpiew.
- No tak, a nie ma runy, żeby można było kogoś zrozumieć? – żachnęła się dziewczyna.
- Jest – powiedziała spokojnie Lucyna i wyjęła zza dekoltu swoją stelę. – Ja mam taki Znak, mogę wam go narysować, bo go potrafię.
- Bardzo przypomina on Iratze – powiedziała nagle Clary i również złapała za swoja stelę.
Obie dziewczyny zaczęły do każdego podchodzić i rysować im Znak, dzięki któremu mogli spokojnie się porozumiewać nie zmieniając języka.
Gdy obie skończyły i patrzyły na swoją pracę z niemałą dumą, Jakub i Peter gwałtownie się odezwali:
- Lucyna, zaczynaj, niech będzie coś miłosnego.
- Co?! Dlaczego ja?! – krzyknęła zaskoczona.
- Bo mamy taki kaprys – zaśmiali się obaj i pociągnęli ją na środek.
- Ale ja nie mam pomysłu – powiedziała zdezorientowana, stojąc i odwracając się do wszystkich.
Jej wzrok na chwilę utkwił na oczach Jace, a później Aleca. Zdawała się szukać w nich wsparcia, lecz zaraz zaniechała tego i skupiła się na przyjaciołach, którzy trzymali w rękach instrumenty, gotowi do zagrania.
- Hmm… A jaką tą piosenkę śpiewałaś dla swojego kochanka? – syknął niemiło Samuel – „Na Odległość”? Dobrze pamiętam? A w ogóle jak się nazywał ten twój ostatni niewolnik, bo już zapomniałem?
- On nie był żadnym niewolnikiem! – warknęła ostrzegająco dziewczyna. – Miał na imię Reneus i wiesz dobrze, że nie żyje.
- I z tej przyczyny, że go straciłaś przez swoją głupotę nie zaśpiewasz tej piosenki Lucynko? - zapytał z udawanym żalem i troską w głosie.
Dziewczyna prawie zabiła go swoim wzrokiem ignorując zaskoczone miny Aleca i Jace oraz ich przyjaciół, nieznających historii tego chłopaka. Szybko wzięła się jednak w garść i biorąc głęboki oddech skinęła na Petera.
Chłopak od razu zaczął grać, a Lucy stanęła wyprostowana, przymknęła oczy, wzięła kolejny oddech i ściskając ręce w pięści zaczęła śpiewać smutną piosenkę o wymogach, które stawia miłość.
Gdy skończyła, widocznie odetchnęła z ulgą i wszystkim się delikatnie pokłoniła. Otrzymała krótką salwę oklasków i gwizdów chłopaków.
- Ładnie śpiewasz – powiedział na głos Alec, ku jej wielkiemu zdziwieniu.
Uśmiechnęła się krzywo i stanęła bliżej reszty uciekając od chłopaka wzrokiem.
- Za nim stała się kimś z nas, uczyła się śpiewu i grania na paru instrumentach, za to ja z siostrą trenowaliśmy taniec – rzekł Adam lekko się rumieniąc.
Nefilim, spojrzeli na nich zszokowani.
- Tak to prawda. Jako, że ja zaczęłam całą rozrywkę, wybieram kolejną osobę i jest nią Peter i Jakub. Zagrajmy tą moją ulubioną – puściła do niego oko, po czym spojrzała na Lisę i Adama – A wy zatańczcie.
- W planach był tylko śpiew! – oburzyła się dziewczyna, ale wstała i pociągnęła brata za rękę. W duchu bardzo chcą pokazać, że naprawdę dobrze tańczy.
Kuba podniósł się z ziemi i wziął dwie pary skrzypiec, od razu jedną z nich podając przyjacielowi.
- Twoje wyższe – rzekł.
- Wiesz, jak ja dawno nie grałem, ale zawsze chciałam. – Uśmiechnął się lekko i razem z parabatai wyszli do rodzeństwa i stanęli po przeciwległych bokach.
Oboje ułożyli sobie podbródki i poprawili strony, po czym Kuba trzy razy machnął w powietrzu smyczkiem i zaczęli grać.
Najpierw spokojnie, ale muzyka zaraz zaczęła lekko przyśpieszać. Adam z Lisą na początku okrążyli siebie jak zwierzęta, które mają zacząć walkę, po czym brat złapał siostrę za ramie i mocno ją przechylił. Muzyka przyśpieszyła i była lekko urwana, a młoda para zaczęła się poruszać w jej rytm z niewyobrażalną zręcznością, jak i gracją jakby istnieli tylko oni. Lisa bardzo dobrze owijała się wokół Adama i bez problemu dawała się mu podrzucać. Brat widział tylko jej ciemne oczy skupione wyłącznie na nim. Podtrzymywali obaj kontakt wzrokowy nie musząc patrzeć na swe ciało, aby wiedzieć, jak zaraz postąpią.
Smyczki śmigały po obu skrzypcach bardzo szybko, zdając się jakby chciały przeciąć struny. Oboje muzykanci mieli zamknięte oczy i byli wyłącznie skupieni na grze, tak jak rodzeństwo na sobie i na swoich krokach. Najważniejsze było żeby trafić w rytm, wiedzieć jaką strunę przycisnąć i jak nachylić smyczek.
Muzyka dwóch skrzypiec o różnych tonacjach, jak szybko się zaczęła tak i gwałtownie skończyła, a Lisa trzymana pod ręce przez brata wykonała spektakularny szpagat.
Kolejna salwa oklasków i wiwatów.
- No widzę, że z formy nie wypadłeś – zaśmiał się Kuba i wziął od Petra skrzypce.
- Sam jestem zaskoczony – uśmiechnął się i podeszła do reszty.
Zabawa była dalej kontynuowana i każdy z miłą chęcią w niej uczestniczył. Nawet Jace i Alec zaśpiewali dwie piosenki, co było ogromnym zaskoczeniem dla Isabell oraz Clary, które i tak na koniec stwierdziły, że ich głosy nie nadają się nawet do poezji śpiewanej.
Kiedy wszyscy byli już po minimum jednej rundzie nadeszło południe.
Każdy rozszedł się do swoich pokoi, aby się przebrać na festyn. Spotkali się przed Instytutem.
Lisa miała na szyi aparat cyfrowy, a chłopaki ogarnęli koc na wieczór oraz pieniądze, po czym wszyscy ruszyli sporą grupą do sporego, ogrodzonego parku ze stawem i Palmiarnią.
Lucyna jako pierwsza weszła do niego i stanęła w plamie słońca, a jej włosy rozwiał wiatr. Lisa szybko uchwyciła ją na zdjęciu, gdzie wyglądała niczym anioł zesłany prosto z nieba, ale bez skrzydeł. 
- Nic się nie zmienił – powiedziała rozglądając się Lucyna.
- A jak mógł się zmienić, przecież nie dawno go odczyścili, a to było za twoich czasów – powiedział Peter i ruszył przodem w stronę altanki, gdzie była ustawiona scena, a wokół niej stoiska oraz budki z jedzeniem i bibelotami.
- Ej, a może chodźmy nad staw, tam jest przyjemniej – zaproponował Adam.
Wszyscy przytaknęli i ruszyli do wody koło której organizowali tańce i inne zabawy. Ludzie rozkładali się z kocami na trawie i obserwowali zabawę oraz słuchali muzyki. Clary w tłumie wypatrzyła Magnusa, Luke oraz Jocelyn. Podbiegła do nich i zaprosiła do przyłączenia się.
W tym czasie Adam oraz Lisa postanowili wziąć udział w konkursie na akrobacje na linie.
Zgłosili się razem i szli jako pierwsi. Wszyscy zebrali się wokół i przyglądali jak rodzeństwo się zabezpiecza, po czym wchodzą na linę na wysokości dwóch metrów nad ziemią. Była to raczej taśma, na której można było robić przewroty, od których zaczęli, a następnie skokami i obrotami w locie. Wybijali się z własnych rąk oraz pomagali się złapać.
Zostali za cały pokaz nagrodzeni wiwatami i śmiertelnie przerażonym wzrokiem Jocelyn, kiedy zeszli.
Nic się do niej nie odezwali tylko uśmiechnęli, po czym zaczęli się dalej bawić, jak reszta.
Popołudnie mijało na zabawie, tańcach, konkursach oraz na dużej ilości zdjęć. Wszyscy mieli dobry humor, aż do chwili, gdy do Michała zadzwoniła Margaret.
- Musimy wracać do Instytutu – powiedział. – Sebastian jest w Łodzi.
Wszyscy bez słowa zaczęli się zbierać i wrócili pośpiesznie do domu. W progu czekała na nich zdenerwowana szefowa Instytutu, która od razu zaczęła im tłumaczyć gdzie i dokąd mają się wybrać oraz w jakiej sprawie. Każdy szybko poszedł do swojego pokoju, aby się przebrać w strój bojowy.
Jace i Alec znaleźli się jako pierwsi na zewnątrz ubrani. Zaraz do nich dołączyli Isabell, Clary i Magnus, a później reszta.
Jerzy naszykował sporą furgonetkę, którą mieli jechać do klubu, gdzie widziano Sebastiana. Wszystko było już gotowe, gdy wyszła przed Instytut, a Alec i Jace znieruchomieli przy swoich ukochanych. Szeroko otwartymi oczami patrzyli jak powoli schodzi po schodach i zbliża się do wszystkich.
Tym razem ubrana była w skórzane, czarne i obcisłe spodnie, z grubym pasem tego samego koloru. Nałożyła na to granatowy obcisły t – shirt i skórzaną, czarną kurtkę oraz kozaki na koturnie. Jej oczy były umalowane na granatowo, a włosy wytapirowane i przełożone na jeden bok. Na rękach nosiła skórzane rękawiczki bez palców, obite ćwiekami.
Robiła wrażenie.
- Chyba się nie spóźniłam? - spytała podchodząc.
- Na twoje szczęście nie – odburknął Samuel i ruszył w stronę furgonetki.
- Ja pojadę sama – odpowiedziała i ruszyła do garażu.
- Nie! – odpowiedział Peter i Jakub na raz. – Nie puścimy cię samej.
- Ale nikt nie jedzie razem ze mną, macie swoje - powiedziała wyniośle, ku zaskoczeniu wszystkich, którzy nie wiedzieli, o czym jest mowa.
- Mimo to, będziemy jechali koło ciebie –odparł poważnie Peter.
Dziewczyna cicho westchnęła i przewróciła oczami, po czym cała trójka zniknęła w garażu, aby zaraz z głośnym warkotem wyjechać na trzech ścigaczach.
Lucyna wyjechała na przody, na czarno – granatowo – srebrnym motorze.
- Tylko uważaj na siebie – powiedziała dla zasady Margaret i popędziła resztę do furgonetki.
- Jasne! – odkrzyknęła Lucy i zasunęła kask.
Samochód ruszył jako pierwszy, lecz zaraz wyminęły go ścigacze, stając dwa po bokach i jeden na przedzie. Oczywiście prowadziła Lucyna, co chwilę lawirując, lub stając na kole ku przerażaniu reszty.
Nastolatki w furgonetce przyglądali jej się, gdy Peter i Jakub również wyjechali do niej i co chwilę między sobą lawirowali, niczym w jakiejś układance, aby za moment przyśpieszyć i ścigać się po opustoszałej ulicy i zajeżdżać sobie drogę.
- Zabiją się! – pisnęła Margaret zakrywając sobie oczy ręką, gdy po raz kolejny Lucyna lub Peter okręcali się na jednym kole i ruszali dalej.
Alec i Jace nie mogli oderwać wzroku od jej sztuczek na motocyklu, od jazdy na jednym kole po stawanie na siodełku oraz jej wymigiwaniu chłopaków i zyskiwaniu na odległości.
- Dobra jest – powiedział Magnus, również przyglądając się, jak srebrno – granatowo – czarna smuga, śmiga przed furgonetką.
- Tak, jest. Dużo traci, więc gdy ma szansę wrócić do dawnych czasów to, to robi. Zawsze kochała motory i jazda dla nich to chleb powszedni – rzekł staruszek za kierownicą.
- No dobra, teraz będziemy mieli sporo skrętów, więc patrzcie na nich uważnie, bo to się nazywa niezły widok – powiedział Michał siedzący koło Jerzego.
Faktycznie, miał rację.
Gdy skręcili w węższą uliczkę, wszyscy jechali rzędem wymieniając się na skrętach, gdzie jak się przekrzywili na siodełkach i specjalnie dotykali rękoma ziemi albo i połową ciała. Najbardziej i tak odważną była Lucyna, która postanowiła zakręcić na jednym kole i udało jej się to tylko dzięki temu, że okręciła się, a nie przechylała.
Wyglądali, jakby takie sztuczki, ćwiczyli całą trójką razem.
- Zbliżamy się do celu, więc powinni powoli zwalniać, jeśli się nie zapomnieli – powiedział Jerzy, który kierował furgonetką i zaczął zjeżdżać na pobocze.
Zaraz zatrzymał się i zgasił silnik, a Nefilim wyspali się z pojazdu. Motory zatrzymały się przed furgonetką i wszyscy z nich zsiedli.
- Nieźle młoda – powiedział Michał. – Nie wypadłaś z formy.
- Ale to chyba ostatni raz, kiedy na nim jadę – powiedziała i pogładziła stal.
- Dlaczego? – spytał zaskoczony.
- Za dużo wspomnień – odparła, a przed oczami Michała ukazały się obrazy jej zakrwawionej twarzy, a później zmasakrowanego pojazdu i widoku krwi płynącej po asfalcie.
Szybko się otrząsnął i podszedł do wejścia klubu.
- PLAGA – przeczytała na głos nazwę Clary.
- Dosłownie plaga – rzekł Samuel i spojrzał do wnętrza wypełnionego dymem, światłami i tańczącą młodzieżą.
- Tak jak zawsze? – spytała Lisa.
- Tak - rzekła Margaret.
- Lucy, idź pierwsza, wiesz dobrze, co masz robić – powiedział Peter stając przed wejściem.
- No jasne – błysnęła zębami i ruszyła do środka kręcąc lekko, acz kusząco biodrami, mocno zarysowującym się pod skórzanymi spodniami.
Pomieszczenie, do którego weszła było zaciemnione i gęste od zapachu olejków, potu i dużej ilości likieru Faerie.
Rozejrzała się wokół siebie, poszukując najlepszego miejsca, gdzie mogłaby przykuć uwagę wszystkich. Jej wzrok utkwił na podwyższeniu sceny z metalową rurą na środku. Przecisnęła się jak najszybciej przez tłum i bez żadnych oporów dostała się na scenę. Zmieniono akurat muzykę i zaczęło lecieć „Mrs Saxobeat”
Raz kozie śmierć
Zaczęła okręcać się wokół rury w rytm muzyki i wyginać całe ciało. Już po chwili prawie wszyscy patrzyli się na nią w skupieniu, jak uwodzicielsko ściąga z siebie kurtkę i podnosi się na rurze, opuszcza, zjeżdża w tym samym momencie oblizując wargi i mrugając do prawie każdego okiem. Wygięła się ostentacyjnie w chwili, gdy wśród tłumu wypatrzyła osobę, której poszukiwała.
Sebastian.
Stał i patrzył się na nią nie rozpoznając jej. Powoli zsunęła się ze sceny i zaczęła kocimi ruchami, czasami nawet na kolanach zbliżać do niego, aż stanęła naprzeciw i tańczyć, ku jego zadowoleniu. Mruczała mu do ucha i cicho śpiewała piosenkę tym samym muskając odrobinę jego ucho. Muzyka powoli się kończyła, a ona zaczęła go zaciągać w ustronne miejsce. Wszyscy patrzyli na nią, jak sprawnymi ruchami kręci przed nim się i przybliża, co jakiś czas muskając jego bladą skórę wargami.
- Nie opieraj się – szepnęła słodko i zaciągnęła go do pokoju dla personelu.
Zaraz zamknął za sobą drzwi i przyparł ją do ściany, a ona udając zadowolenie lekko wygięła się w łuk.
Nie zdążył nawet położyć na niej swych bladych ust, gdy poczuł na plecach ostrze. Powoli się odwrócił i ujrzał wszystkich, którzy z nią przyjechali z Jacem na czele.
- O witaj braciszku – powiedział Sebastian.
- Widzę, że nie jesteś zaskoczony – wysyczał przez zęby.
- Wiesz, rzadko się zdarza, aby taka ładna suka się do mnie przymilała.
Poczuł pukanie w swoje ramię i odwrócił się w stronę Lucyny. Ta nie czekając przywaliła mu z całej siły pięścią w policzek, dzięki czemu rozorała mu ćwiekami spory kawałek twarzy.
- Za co?! – krzyknął upadając na podłogę.
- Za tą sukę, palancie – syknęła i poprawiła kopnięciem w brzuch.
Chłopak wysyczał jakąś inkarnację, po czym przekręcił pierścień za nim Jace, zdołał zadać jakikolwiek cios.
- I skur… - nie dokończyła, ponieważ z sufitu zaczęły spadać demony, podobne do wyrośniętych, zmutowanych nietoperzy.
Wszyscy od razu złapali za broń i zaczęli się bronić przed atakującymi ich bestiami mającymi ostre jak brzytwa zęby i ciało całe w guzach, które na sam widok przyprawiało o mdłości.
Lucyna szybko przetoczyła się do reszty i wyjęła swój sztylet. Rozejrzała się poszukując Adama i Lisę. Mimo że nie byli parabatai, wypełniali się podczas walki, co było bardzo ważne w takich sytuacjach.
Stanęli do siebie plecami i zaczęli odpierać demony.
W powietrzu błyskały ostrza mieczy i noży, co chwilę śmigały strzały Aleca. Wszystko szło dobrze, potworów było coraz mniej, aż do chwili, gdy Lucyna została gwałtownie wyrzucona w powietrze i obiła się plecami o ścianę.
- Lucyna! – Ktoś krzyknął.
Dziewczyna szybko się otrząsnęła i ujrzała przed sobą jakże znajomą twarz.
- Camille? – spytała słabym głosem.
- O! Pamiętasz mnie? – zaśmiała się z udawanym zaskoczeniem i błysnęła swoimi kłami.
- Co ty tu robisz?
- Zabijam was – syknęła i szybkim ruchem wyjęła sztylet z rękawa.
Lucyna w ostatniej chwili się przetoczyła, a ostrze wbiło się w jej biodro. Dziewczyna krzyknęła cicho i potoczyła się dalej, próbując odpędzić się od jednego z demonów, który ją zaatakował.
Wszystko przyśpieszyło.
Widziała przed sobą tylko oślizgłą paszczę demona bez oczu, który próbowała ugryźć ją w gardło, a ona wyszarpując sztylet ze swego ciała wbiła mu go w pierś.
Rozejrzała się przerażona wokół siebie. Camille stała tyłem do niej, a przed Samuelem. Oboje walczyli, aż dziewczyna z zastraszającą szybkością przybliżyła się do niego, a jego twarz wykrzywił grymas bólu. Zaraz po tym wampirzyca znalazła się przy drzwiach i machając wszystkim na pożegnanie wyszła z pomieszczenia znikając w tłumie.
Samuel upadł przed Lucyną jak długi.
- Nie! – krzyknęła dziewczyna i trzymając się za ranę podczołgała się do niego.
- Nic mi nie jest, to tylko śmierć… - powiedział spokojnie lekko głaszcząc jej policzek.
- Tylko śmierć? Samuel nie odchodź, wytrzymaj. Za chwilę narysuję ci Iratze i wyleczysz się.
- To jest demoniczne ostrze moja miła, nie dasz rady. Dziękuję, że odchodzę chociaż w twoich ramionach. – Delikatnie się uśmiechnął, po czym wydał ostatnie chrapowate tchnienie.
- Samuel, Samuel… - szeptała, a jej łzy spadały na bladą twarz chłopaka, skamieniałą i z otwartymi oczami.
W jego piersi trwał sztylet z demonicznego metalu.
- Nie! – krzyknęła przez łzy i całych sił przytuliła się do jego ciała.
Na swoim ramieniu poczuła znajomy dotyk, który gwałtownym ruchem ręki próbowała odtrącić.
- Lucy, odsuń się od niego. Nie uratujesz mu życia – powiedział łagodnie Luke i uklęknął przy córce.
Spojrzała na niego zaszklonymi oczami i powoli odsunęła się od ciała przyjaciela, po czym znalazła się w ramionach swojego ojca.
Ścisnęła z całej siły powieki i palce na plecach Luciana, pozwalając sobie na jeszcze parę łez, po czym na krótki, chrapliwe oddechy, aby się uspokoić.
Wszyscy stali wokół nich i ciała Samuela, patrzącego się w sufit martwymi oczami. _____________________________________________________________________________
Piosenki wykorzystane w rozdziale:
https://www.youtube.com/watch?v=-J1W_-EhDck
https://www.youtube.com/watch?v=-J1W_-EhDck

oraz muzyka, która zagrali Lucyna i Kuba na skrzypcach

https://www.youtube.com/watch?v=ntQ4dlCLjQ0

Wiem, Lucyna jest wszech utalentowana, ale jednak ma wiele wad, które pokaże w  



czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział# 8 - Brat Zachariasz

Stanęła przed drzwiami prowadzącymi do biblioteki i zamarła. Nie czuła strachu, a jednak nie potrafiła znaleźć w sobie na tyle odwagi, aby dotknąć klamki i otworzyć drzwi. W głowie kłębiły jej się pytania powiązane z przybyciem Cichego Brata. Rzadko zdarzało się, aby przybywali oni do kogoś bez wezwania. Oznaczało to, że nie jest to żadna błaha sprawa, lecz coś większej wagi. Nie była pewna, czego powinna się spodziewać. Zastanawiała się, czy nie jest to związane z jej przybyciem do Europy mimo listu gończego, a może tego, że jej czas jest coraz krótszy.
Wzięła głęboki haust powietrza i zamiast otworzyć drzwi, zapukała do środka. W jej głowie rozbrzmiał spokojny, przyjemny głos, jak również bardzo znajomy:
Proszę.
Dotknęła zimnej, mosiężnej gałki i weszła lekko się trzęsąc do środka. Opuściła ją duma, pycha i władcza postawa. Poczuła się – jak zawsze przy Cichych Braciach – mała, nic nieznacząca, jakby była zwykłym Przyziemnym.
- Witaj… - zacięła się na moment i spojrzała na twarz, widoczną spod kaptura koloru pergaminu – Jemes.
Cichy Brat nawet nie drgnął i nie dał nic po sobie poznać, ale w jej umyśle rozbrzmiał głos, w którym wyczuła delikatną nutę napięcia.
Nikt już mnie tak od dawna, Lucyno nie nazywa.
- Wiem o tym, ale sam mi kiedyś o tym powiedziałeś, pozwoliłeś mi siebie zobaczyć takim, jakim kiedyś byłeś. Leczyłeś mnie i opowiedziałeś o sobie.
Patrzyła się na niego uważnie, z obawą, czy go nie uraziła.
To nie ja pokazałem siebie z poprzedniego życia, lecz twoja prababka Lucyno, również twa imienniczka. Właśnie w tej sprawie przyszedłem do ciebie, jak również z pewną propozycją, lecz wszystko po kolei. Usiądź w fotelu, a ja ci trochę opowiem i wyjaśnię.
Dziewczyna posłuchała jego prośby i dość sztywno usadowiła się w skórzanym fotelu, niedaleko kominka, w którym nadal delikatnie tlił się ogień. Przez cały czas nie spuszczała z Brata Zachariasza wzroku uświadamiając sobie, że mimo blizn, zaszytych warg, zamkniętych oczu i tej całej kościstej postury jest nader ludzki. Wydawał się nadal mieć w sobie wszystkie uczucia, lecz stłumione, a nie jak inni Cisi Bracia całkowicie ich pozbawieni. Dopiero po chwili zaczęła sobie przypominać na jaki temat będzie rozmawiała z Zachariaszem i gwałtownie zesztywniała.
Będzie opowiadał o jej przodkach, o jej prababce, po której otrzymała imię, celowo, a może przez przypadek?
Cichy Brat chyba ujrzał jej lekkie przerażenie, ponieważ odezwał się w jej głowie, spokojnym głosem:
Nie masz się, czego obawiać Lucyno. Długo zastanawiałem się, czy powinienem w ogóle o tym tobie opowiadać, lecz stwierdziłem, że tak będzie dla ciebie najlepiej. Musisz wiedzieć, że twoja rodzina zawsze była wybrańcami Boga i Szatana.
Jak już wspomniałem, twoja prababka Lucyna była pierwszą, która zaczęła całość tego wszystkiego. Niedawno trafiłem na rodowód Stell’ów. W dziewiętnastym wieku był to jeden z najbardziej majętnych i walecznych rodów Nocnych Łowców. Jego duża część miała wysokie stanowiska w Radzie, jednak utraciła to wszystkie w niedługim czasie. Matka Lucyny, nigdy nie była zbyt… rozsądną osobą, która pragnęłaby mieć dzieci. Jednak miała ich czwórkę: trójkę chłopców i dziewczynkę. Jej pierwszy syn był jako jedyny traktowany przez nią z uczuciem. Prawdopodobnie przez to, że był najstarszy i prawie dorosły, gdy jej mąż zginął podczas walki z demonami. Reszta dzieci dla niej mogła nie istnieć. Były jej niepotrzebne i częściej używała w stosunku do nich przemocy, niż czegokolwiek innego. Lucyna była najstarsza zaraz po bracie Edwardzie, a zaraz po niej urodzili się Antoni i Robert.
Ona była najgorzej traktowana, dodatkowo jako dziewczyna nie mogła się sprzeciwić matce, więc uciekła z Instytutu i wchodząc na pierwszy lepszy parowiec przypłynęła do Anglii. Spotkaliśmy ją podczas ataku paru niezbyt przyjemnych demonów u brzegu Tamizy. Miała wtedy piętnaście lat, walczyła tak jak potrafiła, a widać, że miała potencjał. Otrzymała od nas nowy dom, na zaledwie dwa lata. Przez ten czas niewiele się o niej dowiedzieliśmy, lecz dużo dało nam do myślenia, gdy pewnego dnia otrzymała list i nic nie mówiąc wybiegła wieczorem z Instytutu zabierając jedynie dwa serafickie miecze.
Oczywiście ja razem z moim parabatai zaraz pobiegliśmy za nią. Odnaleźliśmy ją w jednym z parków, gdy tuliła do siebie młodego mężczyznę elegancko ubranego, który brudził cały jej strój krwią wypływającą z rany w boku. Dowiedzieliśmy się wtedy, że to był Edward, który uciekł z domu, gdy ich matka do końca oszalała i zabiła młodszych synów. Miał zamiar zamieszkać w Idrisie, lecz chciał najpierw znaleźć swoją siostrę i wyjechać do rodzinnego kraju Nocnych łowców razem z nią. Jednak znalazł się w złym miejscu o złej godzinie i wdał się w nieprzyjemny konflikt z kilkoma Ifrytami. Zmarł na jej rękach, a Lucyna była wtedy świadoma, że jako jedyna została z rodu i gdy tylko jej rodzicielka umrze, ona przejmie cały majątek, a jak Enklawa będzie jej przychylna to nawet Instytut, gdzie się wychowywała, lecz zanim by to miało nastąpić musiała ukończyć osiemnaście lat, a został jej tylko niecały wtedy rok. Siłą odciągnęliśmy ją od ciała Edwarda i spróbowaliśmy zabrać do Instytutu, gdzie wszystko by dokładnie wyjaśniła, uspokoiła się, znalazłaby radę i pomoc. Jednak nie zdążyliśmy się obejrzeć, gdy ujrzała niedaleko Ifryty umazane krwią i cieszące się jak nigdy. Nie myślała o niczym tylko o zemście za brata. Zaatakował ich i wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie zjawiły się automaty. Zginąłbym razem ze swoim parabatai, gdyby nie to, że Lucyna ukazała swój dar, za który w domu przez matkę była potępiana.
Skrzydła.
Uklękła nad nami i rozłożyła je jak tarczę. Łapa automatu odbiła się od piór z metalicznym dźwiękiem. Były one inne niż twoje. Śnieżnobiałe z czarno-złotymi runami. Rzuciła się na maszynę, tym samym pozwalając nam, abyśmy się podnieśli i nabrali energii. Gdy to się stało, udało się zniszczyć już jeden automat i to zwykłym przypadkiem losu, lecz drugi, mimo że mocno powgniatany i w połowie zniszczony, trzymał na swym harpunie zamiast ręki przebitą na wylot Lucynę. Dobiliśmy go i uwolniliśmy ją od tego żelastwa, jednak nie było szans, aby ją uratować. Wtedy, plując krwią i zginając się w konfuzjach zdążyła powiedzieć, że zawsze dla matki była czarownicą ze skrzydłami, a nie Nocnym Łowcą. Mówiła, że dla niej życie nie jest niczym ważnym, jak mogła je oddać za tych, których kochała.
Umarła w moich ramionach. Jej ciało zostało zabrane przez Cichych Braci, którzy później nas powiadomili, że Lucyna spodziewała się dziecka, które przeżyło i zostało uratowane. Prócz tego, że wszyscy mieliśmy świadomość, że jej potomek żyje, nikt z nas nie miał z nim do czynienia, nawet nie wiedział jak wygląda i gdzie się znajduje.
Często w nocy śniłem o ciemnowłosej dziewczynce z szarymi oczami, która kurczowo trzymała się białej sukni Lucyny. Byłem wtedy pewny, że to jej córka, ale nie miałem pewności, kto był jej ojcem.
Twoja prababka trafiła do pięknego miejsca i stanęła po prawicy Razjela, tym samym stając się drugą opiekunką Nefilim, mimo że nikt o niej nie wiedziała, prócz jednego Instytutu, gdzie często było wyczuć jej obecność i opiekę. Nie raz ja czy mój parabatai słyszeliśmy jej głos mówiący nam rady, czy wyczuwaliśmy coś, co zmuszało nas do zmiany decyzji.
Minęły lata, ja stałem się Cichym Bratem, każdy prawie opuścił już Instytut, gdy pierwszy raz spotkałem twoją babkę. Adele. Były z nią tylko same kłopoty. Zdawała się być na wpół opętana. Łamała Prawo, spoufalała się z demonami, występowała przeciwko Nocnym Łowcą. Gdy trafiła do Cichego Miasta zacząłem się nią zajmować, badać, lecz okazało się to ciężkim zadaniem. Kiedy nie wiedziałem, co jest powodem jej zachowania, dlaczego wygląda jakby była Wyklęta pierwszy raz od wielu lat znów usłyszałem w swojej głowie głos Lucyny, która wszystko mi wytłumaczył: 
Adele dostała od swojej matki dar, taki jak ona miała. Jednak ten dar ma swoją wadę, że może być on użyty na dwa sposoby: aby czynić dobro albo zło.
Lucyna wybrała dobro, lecz jej córka wręcz przeciwnie. Było jednak już za późno, aby to odczynić i trzeba było jedynie ukrócić jej życie. Za nim jednak to nastąpiło zdążyła ona urodzić dziecko – twoją matkę Lucyno – Sferię. Nigdy to by się nie wydarzyło, gdyby nie prośba twej prababki o przedłużenie rodu, gdzie nadal płynie krew Stell’ów.
Widzę, że chcesz się sprzeciwić temu wszystkiemu, ponieważ dobrze wiesz, że twoja matka nigdy nie miała skrzydeł. Tak, to prawda, ona nie otrzymała nigdy tego daru. Lucyna wyczuwała, że Sferia, postąpiłaby z nim identycznie jak Adele, więc wolała odpuścić kolejnego wstydu swemu rodowi. Sferia była zwykłym Nocnym Łowcą, lecz gdy ty się urodziłaś, twoja prababka ujrzała światełko w tunelu i postanowiła tobie dać ten dar. Okazało się jednak, że gdy przerwany zostaje ciąg danego daru w rodzie, Razjel nie zgadza się, aby mógł go później otrzymać kolejny członek. Lucyna nie mogła nic na to zrobić, więc postanowiła się bardzo tobą zająć i wręcz przypadkowo dała ci kolejny dar, że byłaś zarazem Nefilim i Podziemnym. W tym darze nie było nic dobrego i nabawiło cię samych kłopotów, których twoja prababka nie mogła sobie odpuścić, ponieważ wiedziała, że to jej wina. Gdy postanowiłaś odebrać sobie życie próbowała cię jakoś uratować i wtedy znalazła lukę w tym wszystkim.
Gdy umarłaś zatrzymała cię w Pustce, a gdy tym zainteresował się Bóg i Szatan postanowiła ukazać im, żeby to, co chcieli sprawdzić na niej, sprawdzili na jej prawnuczce. To ona wstawiła się za tobą i to dzięki niej odzyskałaś życie, lecz jednego nie przewidziała, że dadzą ci ograniczony czas życia.
Lucyna przez całość, kiedy Jemes do niej przemawiał milczała, lecz każde kolejne zdanie było coraz trudniejsze do pojęcia, a gdy skończył czuła się wyczerpana psychicznie. Nie mogła uwierzyć, że taka jest prawda, że jej część krwi, która w niej płynie należy do wygasłego już rodu, który kiedyś był bardzo uważany. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na Zachariasza, niedowierzając w to, co usłyszała.
- Czyli moja prababka czuwa nad Nefilim?
Tak, czuwa i jest już bardzo zmęczona tym zadaniem, więc pragnie abyś ty, Lucyno wybrała prawidłową stronę, która powinna w tobie wygrać, ponieważ może ty zastąpisz ją i będziesz czuwała nad tymi, których kochasz.
Dziewczyna spojrzała na niego z otwartymi ustami gotowa zadać kolejne pytanie, lecz Cichy Brat ją uprzedził.
To, że znalazłaś się w Instytucie w Nowym Yorku nie był przypadkiem, lecz życzeniem twej prababki. Dzięki temu poznałaś wnuki osób, które były jej bardzo bliskie. Lucyna zawsze nad nimi wszystkimi czuwała i robiła, co mogła, aby podziękować tym rodom za to, że oni kiedyś zastąpili jej rodzinę i zmienili jej życie na lepsze, mimo iż na tak krótki czas.
Lightwood’owie nigdy nie byli tacy święci i zostaliby wyklęci, gdyby nie mała pomoc kogoś z góry i zniknięcie paru dzienników, notatników i innych zapisków tego rodu.
Fairchild’owie – Clary otrzymała od niej dar Run, które znają tylko Anioły, a Herondale – Jace zginąłby od miecza Anioła Razjela, ale otrzymał krew aniołów i nie myśl, że dostał ją od Razjela. To ona upuściła swej krwi i wypełniła nią jego żyły, aby również oddać przysługę temu rodowi.
Lucyna umilkła i składała wszystko do kupy. Miała mętlik w głowie, co przyprawiało ją o migrenę. Zsunęła się lekko z fotela i prawie na nim półleżała przyglądając się Zachariaszowi z pod przymkniętych powiek.
Prócz tego, że chciałem ci o tym wszystkim powiedzieć przyszedłem tutaj z pewna propozycją.
- Jaką? – Powiedziała zmęczonym głosem.
Ty jesteś wyjątkowa, lecz nie jedyna, która ma skrzydła. Na Węgrzech jest pewna szkoła, gdzie są szkoleni Nefilim, którzy dostali na tyle dużo krwi, aby otrzymać skrzydła. Chciałabym, abyś wyjechała do tej szkoły na szkolenie. Będziesz i tak się wyróżniać, ponieważ nosisz na sobie runy, znane tylko Aniołom oraz wszystkie one znajdują się na skrzydłach i pod skorą. Anioły Upadłe – tak siebie nazywają – nie wyróżniają się od innych Nocnych Łowców prócz tego, że nie są czarownikami, a mają skrzydła i używają run tak, jak każdy inny Nefilim.
- Ale, po co jest mi ten trening, przecież umiem walczyć i latać – powiedziała lekko oburzona.
Wiem, że sama się wiele nauczyłaś, jednak przyda ci się trening z walki w locie oraz lataniu, nazwijmy to wyczynowego. Obiecałem twej prababce, że się tobą zaopiekuję i to robię Lucyno.
Dziewczyna ponownie zamarła, lecz zaraz się otrząsnęła i spojrzała przenikliwym wzrokiem na Cichego Brata. W głowie zaczęła rozważać jego propozycję i wiedziała, że może być ona właściwa, jednak wolała na razie wstrzymać się z odpowiedzią.
- Nie wiem, czy się na to zgodzę Jemes, ale rozważę to i niedługo dam ci odpowiedź.
Brat cały czas milczał przyglądając się jej zamkniętymi oczami, co było jak dla niej dość przerażające.
- Chyba to wszystko z czym do mnie przyszedłeś, prawda? – spytała niepewnym głosem, pełna nadziei, że na dzisiaj będzie to już koniec wrażeń.
Tak.
Cicho wypuściła powietrze z płuc i spojrzała na Cichego Brata niepewnie. Od dawna zastanawiała się, czy powinna mu to powiedzieć. Od lat była pewna, że to on nad nią czuwa, gdyż, co by się nie działo, zawsze to on do niej przybywał, leczył ją i rozmawiał, a teraz wiedziała, dlaczego tak się działo. Mimo wszystko wiedziała, że tylko jemu może w pełni zaufać, więc postanowiła poprosić go o coś, o co zawsze chciała. Ostatnia rozmowa uświadomiła ją, że prawidłowo się nad tym zastanawiała.
- Zachariaszu, mam do ciebie prośbę.
Jaką?
- Kiedy będę miała dziecko i odejdę, zaopiekuj się nim i nie pozostaw go losowi, niech mój ród nigdy nie wygaśnie.
Cichy Brat nic nie odpowiedział, tylko posuwistym krokiem wyszedł z biblioteki, zostawiając ja samą z mętlikiem i niepewnością w głowie.

* * *

Wszyscy po śniadaniu rozeszli się do swoich spraw, lecz każdy omijał bibliotekę szerokim łukiem. Od zjawienia się Cichego Brata mijała czwarta godzina. Nikt się nie spodziewał, że tak długo może trwać rozmowa.
Najbardziej intrygowało to Samuela, który kręcił się od czasu do czasu obok wejścia do niej i gdy ujrzał wychodzącego Brata Zachariasza nie czekając ani sekundy dłużej wszedł do środka.
Ujrzał siedzącą w fotelu Lucynę. Była zmarnowana i wyglądała na wyczerpaną. Jego serce zabiło mocniej na myśl, że Cichy Brat mógł bez niczyjej zgody badać umysł dziewczyny. Szybko podszedł do niej i dotknął delikatnie twardymi opuszkami jasnej, delikatnej dłoni.
Lekko się wzdrygnęła i spojrzała w jego ciemne oczy przepełnione troską skierowaną w jej stronę.
- Lucuś, czy coś się stało?
Spojrzała na niego zszokowana. Mało kto nazywał ją „Lucuś”. Głównie to było za czasów jej dzieciństwa i to mówiła Margaret, a nie ktoś taki jak Samuel. Postawny chłopak z karnacją Latynosa, ciemnymi jak kora drzewa oczami i jak ususzone zboże włosami.
- Yyy… Nie, nic się nie stało. Tylko rozmowa, trochę mnie wykończyła, była bardzo ciekawa i w ogóle, lecz jednak wiesz, jak działają na nas Cisi Bracia. – Uśmiechnęła się krzywo i odwróciła od niego wzrok.
Chłopak oparł się drugą dłonią o krawędź fotela i lekko się nad nią nachylił.
- Czy Brat ci nic nie zrobił? Nie grzebał w twoim umyśle bez twojej zgody? – spytał troskliwie.
Dziewczyna zaśmiała się cicho i spojrzała na niego z pod pół przymkniętych powiek.
- Coś ty! Brat Zachariasz nigdy by tak nie postąpił. Nie musisz się o mnie tak martwić.
- Ale Lucy, ja chcę się o ciebie martwić – odpowiedział pewnie i jeszcze bardziej się do niej zbliżył.
Dziewczyna zauważyła, że wystarczyło tylko lekko podnieść głowę, aby go pocałować i nie wiedząc czemu, zrobiła to. Nagle poczuła lekkie zawirowanie, po czym wszystkie myśli, które utworzyły się podczas rozmowy z Jem’em odeszły gdzieś dalej, zniknęły w ciemnościach niepamięci pozostawiając jej głowę pustą i spokojną. Jego usta były delikatne, miękkie i lekko słone niczym łzy. Czule muskały jej wargi, które nadal delikatnie drgały targane emocjami, które się w niej kłębiły. Jego ręka spoczywająca jeszcze niedawno na jej dłoni, teraz masowała kark, a druga szyję i policzek.
Co ja do ciebie czuję?
Zapytała sama siebie, gdy na chwilę przerwali pocałunek i oboje zaczerpnęli tchu, aby zaraz znów się złączyć - i nie spokojnie i delikatnie, lecz szalenie i z pożądaniem - w pocałunku.

* * *

Lisa, tak jak Samuel martwiła się o swoją przybraną siostrę i gdy ujrzała Cichego Brata przy drzwiach Instytutu, zaraz poszła do biblioteki.
Powoli uchyliła drzwi i gdy ujrzała stojącego nad Lucyną Samuela, postanowiła, że odwiedzi ją później, a w tej chwili nie będzie im przeszkadzać.

* * *

Alec i Jace wyszli razem ze śniadania i postanowili spędzić jakoś spokojnie czas. Clary, Isabell, Simon i reszta mieszkańców Instytutu wręcz się z niego ulotniła, co dało im swobodę. Postanowili, że obejrzą jakiś film zważywszy na to, że Instytut mocno odróżniał się od tych gdzie byli i w niektórych pomieszczeniach, takich jak pokój Aleka, znajdował się telewizor.
- Nie wiem ogólnie, po co im to ustrojstwo, ale jak już jest to, dlaczego nie skorzystać? – powiedział z lekkim uśmiechem Jace.
- Masz racje. Oglądamy sami, czy też kogoś zapraszamy? – spytał jego parabatai.
- Może Lucyna będzie chciała, chyba już skończyła rozmawiać z Cichym Bratem – zaoferował chłopak i zbliżył się do drzwi prowadzących do pokoju jego przyjaciela.
Kiedy Alec już otwierał go, koło nich przechodziła Lisa, ubrana w strój do wyjścia.
- A ty gdzie się wybierasz? – spytał ze swoim uśmieszkiem Jace i spojrzał na nią.
- Do miasta, spotkać się ze znajomą – odpowiedziała spokojnie, po czym spytała: – A wy?
- A my będziemy coś oglądać, a i wiesz, czy może Lucyna już skończyła rozmowę z Cichym Bratem?
- Tak, tak. Skończyła i nadal jest w bibliotece, przepraszam, ale się śpieszę. Pa! – krzyknęła i zbiegła po schodach patrząc na zegarek.
- To ty Alec idź po nią, a ja coś poszukam, co się nadaje na to popołudnie.
Chłopak tylko przytaknął i szybkim krokiem zszedł po schodach kierując się do biblioteki.
Wszedł do środka i zamarł na moment, aby po chwili ukryć się w cieniu.
Nie spodziewał się czegoś takiego zobaczyć.
Lucyna leżała na kanapie, a na niej był Samuel namiętnie całujący ją i trzymający ręce pod jej bluzką. Sam już był bez koszuli ukazując blizny, Znaki i dobrze umięśniony tors. Dziewczyna wplątała palce w jego kędzierzawe, brązowe włosy, a nogami objęła go w pasie. Oboje między pocałunkami szeptali do siebie i uśmiechali się na przemian.
Alec zacisnął usta w cienką linię nie wiedząc, co ma zrobić. Najbardziej chciał to przerwać, lecz wiedział, że nie może tak postąpić. Przełknął sporą gulę w gardle i sztywnym krokiem wymaszerował z pomieszczenia, lecz tak, aby go nie ujrzeli. Wrócił do siebie i wściekły zatrzasnął drzwi.
- Co się stało? Lucy nie ma ochoty pooglądać z nami filmu? – zdziwił się Jace siedzący w fotelu i bawiący się gumką recepturką.
- Nie wiem.
- Nie znalazłeś jej? Lisa mówiła, że jest w bibliotece – rzekł zamyślony.
- Nieważne! – Podniósł głos Alec i usiadł na swoim łóżku.
- To może zaproś Magnusa? – podsunął Jace zdezorientowany zachowaniem parabatai.
- Nie ma go w Instytucie. Wybył gdzieś razem z Lukiem, Jocelyn i państwem Poleys.
- Dobra, wiem, że się wściekniesz, ale mam to gdzieś, bo czuję, że coś się stało, więc mów, co ci leży na wątrobie – zainteresował się Jace i spojrzał na przyjaciela.
- Ehh… Szkoda gadać. Nic się nie stało.
- Jak nie, to nie, ale jak będziesz później z tego powodu stał na szczycie wieżowca gotowy do skoku to obiecuję, że cię popchnę. 
Alec popatrzył na niego z konsternacją, po czym ciężko westchnął. Wiedział, że z nim nie warto się kłócić, tak samo jak był pewnym, że nie da za wygraną póki nie dowie się, co się stało.
- Widziałem Lucynę…
- To dlaczego kłamałeś? – zdziwił się blondyn i spojrzał na niego spode łba.
- Bo całowała się z tym Samuelem?! – wypalił wściekle Alec, jakby to było oczywiste.
- To, dlatego jesteś zły?
- Tak
- Ale przecież ty masz Magnusa… - zaczął lekko zdezorientowany.
- Mam, ale nie wiem, co się dzieje. Ona jest inna, ja nie wiem, co do niej czuje, to jest, no cholera… Nie wiem nawet jak to nazwać, jest to coś dziwnego, a ja nie umiem nad tym zapanować.
- Czyli dlatego, jak cię poprosiłem, abyś po nią poszedł to popędziłeś, jak podpalony osioł? – spytał z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
- Tak i nie śmiej się, bo widzę jak na nią patrzysz, a ty masz Clary.
- Tak i będę jej wierny.
- To dlaczego kazałeś zaprosić Lucynę, a nie Clary? – zapytał podejrzliwie.
Jace chyba pierwszy raz nie miał odpowiedzi na zadane pytanie. Lekko zmieszany odwrócił głowę w stronę okna i milczał.
- Tak sądziłem. Masz to, co ja. Magnus mówił, że to przez jej pochodzenie i naszą część krwi, której ty masz o wiele więcej.
- Jak dotykam Clary, parzę ją, a Lucynę trzymając za rękę w „Ambasadzie” nawet nie podgrzałem, a przynajmniej ona w ogóle nie dała oznaki. Tak samo, dlaczego jak teraz jestem z Clary, mimo że ona daje mi wiele, nie potrafię być w pełni szczęśliwy? Zawsze się martwię, nigdy nie jestem pewien, wiem, że nade mną jest Luke i Jocelyn. Ehh… A przy niej zawsze jestem spokojny, jakiś lżejszy, wiem, że nie muszę się martwić o żadne zgody, zezwolenia, że ona żyje tak jak pragnie… Też nie wiem, co to jest, ale to przecież nie oznacza, że mam dla niej zostawić Clary.
- A może właśnie, dlatego? Pomyśl logicznie, myślałeś, że ona była ci pisana, ponieważ miała więcej krwi anioła w sobie tak, jak ty, ale Lucy to anioł w osiemdziesięciu procentach.
- A w dwudziestu?
- Dokładnie to w dziesięciu Nefilim i w dziesięciu wilkołakiem.
- I tak nie rozumiem, po co miałbym marnować to, o co walczyłem tyle czasu, dla kogoś innego?
- A ja sądzę, że powinniśmy spróbować, tylko wiesz… Bez rozgłośni.
Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Między nimi rosło napięcie, które nie oznaczało złości, lecz nutę porozumienia i plan, który rodził się w ich głowach.
- Tylko, jak już mówiłeś, ona się teraz obściskuje z tym Samuelem.
- Więc może warto się najpierw spytać jego o zgodę? – W oczach Alec’a ukazał się nieznany do tej pory błysk.

* * *

Wszystko szło tak dobrze.
Ich ciała ze sobą splecione, oczy zamknięte, usta zwarte, a wszystko dążyło do ostatniego, najważniejszego zbliżenia, gdy Lucyna coś sobie uświadomiła.
Nie mogła tak postąpić z Samuelem. Pozwoli mu się w sobie rozkochać, da mu wszystko, co będą oboje chcieli i nagle go opuści. Przecież ona wszystkich opuści, lecz nie chce tym nikogo skrzywdzić, nie chce nikogo zranić, a na pewno nie jego. Poczuje się wykorzystany, jak zabawka. Będzie sądził, że on jest dla niej niczym i że gdy się jej znudził, zostawiła go.
Nie chciała, aby tak myślał, nie chciała później mu tłumaczyć tego, dlaczego tak postąpiła, mając nikłą nadzieję w sercu, że zrozumie ją i zmieni zdanie na temat tej „zdrady”.
Chciała tego wszystkiego uniknąć, nie miała zamiaru później widzieć w jego oczach rozpaczy, udręki, żalu, a nawet pogardy.
Nie!
Wolała temu wcześniej zapobiec.
Gwałtownie i mocno go od siebie odepchnęła tym samym zrzucając z kanapy z wyrazem zaskoczenia na twarzy i cichym jękiem wyrywającym się z gardła.
- Lucyna – stęknął i pomasował obite plecy, lecz gdy tylko podniósł wzrok ujrzał wybiegającą z biblioteki dziewczynę.

* * *

Weszła do ciemnego pomieszczenia. Tylko takie były dla niej bezpieczne. Wzięła spory haust powietrza, uświadamiając sobie, że jest to nawyk, którego powinna się wyzbyć, ponieważ odczuwała przez niego jedynie nieprzyjemny ból w klatce. Szybko wypuściła to, co wciągnęła i rozejrzała się po ciemności.
Jej oczy wychwytywały każdy najmniejszy ruch w pomieszczeniu. Widziała umykające w kąty szczury, dość wyrośnięte i jeszcze mniej przyjazne oku. Po chwili przed sobą zauważyła zbliżającą się do niej sylwetkę, która zaraz zmieniła się w dokładny zarys wysokiego, chudego chłopaka z bardzo jasnymi włosami i kontrastującymi do nich całkowicie czarnymi oczami, które przyglądały jej się uważnie. Miał na sobie skórzaną kurtkę i spodnie, a pod tym zwykły ciemny t-shirt. Na jego twarzy ukazał się szyderczy, nieprzyjemny uśmiech.
- Witaj Camille – powiedział spokojnie.
- Witaj – odpowiedziała zimno, zirytowana nie znając jego imienia, chodź on znał jej.
- Wiesz, kim jestem? – spytał.
- Nie – odparła spokojnie i zaczęła przyglądać się jego demonicznym oczom. – Choć chciałabym wiedzieć, jak ty wiesz gdzie mieszkam i jak mi jest na imię oraz, że mnie tu zaprosiłeś?
- Nazywam się Sebastian i zaprosiłem cię do tego uroczego miejsca, aby zadać ci pewne pytanie – mówił nie przestając się uśmiechać.
- Jakie?
- Czy czujesz się zdradzona, przez Nocnych Łowców? Jeszcze niedawno byłaś jednym z nich, lecz twoja miłość, aby zbliżyć cię do siebie, postanowiła cię ugryźć. Pomogła ci się Zamienić w wampira, dała ci dom i zaczęła cię uczyć jak polować. Mimo wszystko, poszłaś do Instytutu i poprosiłaś ich o pomoc, a oni cię wygnali, mówiąc, że nie wolno ci wejść do środka, ponieważ spłoniesz na święconej ziemi.
Spojrzała na niego zaskoczona, nie wiedząc, co powiedzieć. Powinna zapytać się skąd wie, co się wydarzyło w jej życiu, jednak nie potrafiła złożyć żadnego prawidłowego zdania.
Sebastian nadal jej się przyglądał z tym uśmieszkiem na twarzy.
- Rozumiem, ja też jestem Nocnym Łowców i moi niektórzy sprzymierzeńcy też nimi są, ale my będziemy cię traktowali na równi. Będziesz dla nas nadal Nefilim, tylko z większą ilością zdolności. Wystarczy, że się przyłączysz i staniesz Po Słusznej Stronie Sprawy, a w ogóle bardzo ładna suknia Camille.
- Dziękuję – zdołał z siebie wydusić i spojrzała na swoją długą, wieczorową suknię z czarnego jedwabiu.
Sama nie wiedziała, po co ją założyła, jak wiedziała, że wybiera się do starego magazynu.
- Wiesz, że twoja imienniczka była kiedyś głową Klanu wampirów na Manhattanie w Nowym Yorku?
- Naprawdę? – spytała zaciekawiona.
- Tak. Również była jednym z najstarszych wampirów.
- A dlaczego była?
- Została zabita, niedawno, ale twój los będzie lepszy – powiedział uśmiechając się i biorąc dziewczynę pod rękę. – Ja dam ci wieczne życie przy mnie i Przy Słusznej Sprawie.



_____________________________________________________________________
Wiem, że niektórzy z Was, moi Czytelnicy chcecie mnie prawie zabić, krzycząc do monitora - Jak możesz doprowadzić, aby Jace zdradził Clary?!
Spokojnie. Już tłumaczę - Lucyna jest Aniołem, a Anioł ma dar, dzięki, któremu wydaje się bardziej atrakcyjny, a jak ktoś jeszcze ma w sobie jakąś część jej krwi, to ciągnie Swój do Swego. To nie jest prawdziwa miłość, jest to raczej zauroczenie, a raczej odurzenie jak pod wpływem narkotyków. Oni nie są świadomi tego, że oni jej nie kochają, że to tylko ich przyciąga jak magnes, ale to wręcz nic nie znaczy. Rzadko kiedy zdarza się, aby ktoś nie podległ urokowi Anioła.