Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wilkołak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wilkołak. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

Sen Szatana

Witajcie! To opowiadanie nawiązuje do całej historii, lecz nie jest żadnym rozdziałem, ani częścią żadnego z rozdziałów. Jest to całkowicie osobna historia, która ma was zapoznać z jednym z zaczętych wątków. Który to jest wątek? To się sami przekonacie ;) Zapraszam do czytania :)
_________________________________________________________________________

Miałam sen… Był on dziwny. Nie, nie dziwny. Niezwykły…
Stałam na wzgórzu i patrzyłam na dolinę, dolinę pełną brzozowych i dębowych krzyży. Wszystkie były ustawione w równych rzędach, w odległości od siebie dwóch, sporych kroków. Nie potrafiłam ich zliczyć. Wyglądały jak nieruchome, drewniane morze, które przypomina jedynie o nieubłaganie pędzącym czasie, o demoralizującej cywilizacji i pani tego świata, o Śmierci, która z delikatnym uśmiechem na twarzy sunie między ludźmi i co jakiś czas lekko obejmuje kogoś, aby zabrać jego dusze i ulecieć niczym dym razem ze swą zdobyczą. Ciała pozostawione bez właściciela lądują tutaj i tylko, jako pamięć pozostaje tabliczka z literami, które składają się w dziwne słowa… Imiona, nazwiska, pseudonimy, ksywki.
Krążąc między nimi, w ogóle ich nie rozpoznaję. Margaret Poleys, Jerzy Poleys, Samuel Serrentes, Jakub Finerch, Weronika Poleys, Sferia Stellen i wiele, wiele innych. Miałam dziwne przeczucie, że te imiona i nazwiska już gdzieś, kiedyś słyszałam, lecz ta myśl była jakby rozdzielona od innych, odległa, ukryta za mgłą, która skutecznie ją kryła przede mną. Szłam dalej spokojnym, czujnym krokiem. Wokół mnie rozbrzmiewała tylko cicha melodia żałobna, grającą przez wiatr w liściach, które już zakryły alejki złotym dywanem. Muzyka piękna, acz przytłaczająca. Znana, acz dobijająca. Przywracająca tak wiele wspomnień, że aż znienawidzona. Ten sonet grający przez wiatr w tak piękny dzień był, jak śnieg w środku lata…  Był przeciwieństwem tego wszystkiego, co się wokół mnie działo.
Przecież to tylko krzyże!
Cały czas sobie mówiłam i dążyłam dalej, gdzie niosły mnie nogi. Boki zaczęły ciemnieć, krzyże zanikać, jak we mgle, obraz się rozmazywać, a źrenice zwężać, gdy przede mną rósł płomień, zmieniał się w pożar, przybierał ludzki kształt. Każdy by w takiej chwili uciekł, lecz ja stałam. Nie miałam dokąd uciec, byłam w pustce, czarnej, zimnej, lecz znanej. Nie bałam się, nie miałam czego się bać. Płomienie zmniejszyły się, przybrały ludzką postać, małego chłopca z rozmierzwioną, falująca czupryną, delikatną, kruchą posturą, pustymi oczami i smutnym wyrazem twarzy.
To był on!
Mój mały braciszek!
Poczułam, jak serce gwałtownie obiło mi się o żebra, a nogi same się ugięły zmuszając mnie, abym przed nim klękła. Oh… Jaki jest on malutki, jaki niewinny… W ogóle nie urósł. Był nadal sześcioletnim Antosiem, malutkim Antosiem, który zawsze, gdy widział, że jego siostra się smuci, próbował coś na to zaradzić. Był tym samym Antosiem, którego nosiłam na barana, którego chroniłam i wychowywałam, jak swoje dziecko. Tym samym Antosiem, którego tyle lat temu rozszarpała na strzępy, bez jakiejkolwiek litości, którego zjadałam, którego piłam krew, aby ugasić pragnienie.
Przełknęłam ślinę tak głośno, aby rozniósł się ten dźwięk echem po całej dolinie. Rozszarpałam go… Zabiłam… On nie żyje…
To wszystko dochodziło do mnie bardzo powoli, a rękę, którą zaczęłam wyciągać w jego stronę zatrzymałam w pół drogi i jeszcze wolniej zaczęłam cofać.
Stał przede mną z rączkami splecionymi za plecami. Podbródek przyciągnął do piersi, a jego oczka, w których płonęły dwa płomyczki świeciły pod kurtyną włosów spadających na czoło. Wyglądał uroczo, niewinnie, tak jak zawsze, kiedy przychodził do niej, aby ją pocieszyć, a nie potrafił odnaleźć żadnych trafnych słów, aby zacząć dialog.
- Antoś? – wykrztusiłam cicho do niego, a on raptownie podniósł głowę. – Ty nie żyjesz, prawda?
Nic nie odpowiedział, tylko gwałtownie do mnie dopadł i złapał mnie za ramiona. Dopiero teraz zrozumiałam, że stworzył go ogień. Zaczął palić mój materiał, a potem skórę. Krzyknęłam w chwili kiedy swym czołem dotknął mojego, a ja zapadłam się w pustce.
Przede mną zaczęły przewijać się setki obrazów z mojego życia. Dawnego życia.
Widziała siebie jako ośmiolatkę z dwoma długimi warkoczykami, które radośnie skakały wokół mojej twarzy, gdy podskakiwałam przy mamie trzymającej niebieskie, małe zawiniątko. Sferia, ukucnęła koło mnie, a ja pierwszy raz ujrzałam jego maleńką, pyzatą buzię z wielkimi, szarymi oczami, które przyglądały mi się badawczo. Wyciągnęłam rękę w jego stronę, lecz obraz gwałtownie się rozmył zostawiając nicość. Po chwili rozbłysło jakieś światło, a ja stałam przed domem. Byłam ze dwa lata starsza. Tak, na pewno dwa. Antoś miał wtedy swoje drugie urodziny. Składał pierwsze zdania i męczył nimi wszystkich, także błagając aby się z nimi pobawić. Patrzyłam jak się z nim ganiałam, ślizgałam na ślizgawce, huśtałam oraz podnosiłam go, a on udawał, że jest samolotem. Mimo że ubrudzony był całym swoim waniliowym tortem urodzinowym, którym brudził również mnie, nadal wyglądał tak słodko, że nie było wstanie powstrzymać się, aby dać mu buziaka. Trzymając go zaśmiałam się i podrzuciłam go do góry, a nagle świat ściemniał, a on zmienił się w odlatującego ptaka.
Był zachód słońca.
Antoś widocznie był o wiele starszy, miał pięć lat, prawdopodobnie zbliżały się już jego kolejne urodziny. Był po za terenem naszej posesji. Biegał po wzgórzach, na których rozpoczynał się las.
Zatrzymywał się co chwilę i krzyczał moje imię tak rozpaczającym głosem, że w oczach zakręciły mi się łzy. Spojrzałam na las i ujrzałam między drzewami siebie. Płakałam z całej siły ściskając pień drzewa. Włosy miałam brudne i potargane, ubranie również nie było w najlepszym razie.
Od strony domu biegła w jego stronę mama. Jak zawsze w fartuchu, a włosy miała spięte w niesforny kok. Mimo wieku była nadal zwinna i szybka, więc bez problemu złapała małego. Chłopczyk chwilę szarpał się w jej ramionach, aż całkowicie poddał się rozpaczy i rozpłakał w matczynych ramionach. Sferia osunęła się na kolana i przycisnęła malca do piersi, a ja ujrzałam, że po jej policzkach również zaczynają spływać pojedyncze łzy. Tuliła go i kołysała kojąco, gdy on chlipał:
- Mamusiu, gdzie Lucy, gdzie moja siostrzyczka?
- Skarbie. – Zdawało się to tylko cichym wydechem. – Lucynka musiała iść, ma ważną sprawę. Jutro wróci.
- Nie! Ja chcę ją teraz! – łkał dalej, a ona z całej siły powstrzymywała się, aby sama nie poddać rozpaczy.
Spojrzałam znów na siebie i zauważyłam, jak przyglądam się chowającemu słońcu i ukazującej tarczy księżyca, pełnej i jasnej w swej chwale. Zagryzając wargę z bólu odepchnęłam się od pnia drzewa i wbiegłam w głąb lasu, a cały świat znów stał się czernią, z której wyłoniło się wnętrze domu. Stałam w jednym z jego głównych pomieszczeń, z którego obserwowałam sunącego przy ziemi sporego, biało – szarego wilka. Przyglądałam się jak węszył swoją ofiarę i przyśpieszał, aby po chwili zniknąć za jednym z wejść. Szybko za nim pobiegłam i ujrzałam, jak wchodzi na kołdrę, wącha chłopca, skrytego pod nią, a następnie ujrzałam jedynie błysk kłów. Do góry poleciał kawałek ludzkiego mięsa, a na ścianę trysnęła fontanna krwi.
Krzyknęłam i podbiegłam do łóżka. Chciałam odsunąć od mojego braciszka tą bestię, uratować go, lecz przeleciałam przez wilka, jak duch. Zwierzę szarpało jego ciało, rozerwało pazurami brzuch i wyjadało jelita, jakby to było spagethi. Po chwili zaczął odgryzać wszystkie kończyny, kończąc na głowie. Wypatroszony tułów i głowę, z szeroko otwartymi oczami odrzucił na bok, a złapał za nogę i kładąc się wygodnie w wielkiej kałuży krwi, która była na pościeli, zaczął ją ogryzać. Uklękłam zrozpaczona nad częściami ciała i zaczęłam płakać, widząc kątem oka, jak bestia kończy swój posiłek, pije krew, która krzepnie wokół niego i kładzie się spać, jak gdyby nigdy nic się nie stało.
Zawyłam zrozpaczona, a ciemność znów mnie ogarnęła.
Wróciłam na cmentarz, a przede mną stał mój braciszek, który powoli zaczął się rozpadać, tak jak go rozszarpałam.
- Ty to zrobiłaś – powiedział smutno chłopczyk, a ja podniosłam się szybko na nogi i zaczęłam biec alejkami.
Znów przyglądałam się nazwiskom, które zaczęłam rozpoznać. Krzyczałam zrozpaczona widząc imię babci i swojego rodzeństwa, całego rodzeństwa. Czy oni też nie żyją?! Błagałam Boga i Szatana, aby to nie była prawda.
Biegłam dalej, aż zobaczyłam, że na jednej z tabliczek kawałek ode mnie widnieje imię Jace, a zaraz obok niego Aleksander. Przyśpieszyłam kroku, lecz uderzyłam w niewidzialną barierę. Chciałam Zobaczyć nazwiska, czy to nie jest zbieg okoliczności, że to nie jest moja najgorsza myśl, jednak nic nie mogłam. Uderzyłam pięściami w przezroczysty mur i zapłakana osunęłam się na ziemię wycieńczona.
- Nie twój czas poznać jeszcze tą przyszłość Lucyno, lecz pamiętaj, że My o tobie nie zapomnieliśmy i wiedz, że Nasza Dama po ciebie niedługo przybędzie, abyś wreszcie odpokutowała swoje grzechy i gniła na tym cmentarzu samotnie, zapomniana przez wszystkich.
Zerwałam się gwałtownie i ledwo mogąc oddychać zaczęłam ocierać łzy. Ujrzałam nad sobą znajomą sylwetkę i szepnęłam przerażona:
- Jace?
Chłopak podszedł szybko i siadając przytulił mnie, zaczynając głaskać oraz uspokajać.
- Cicho Lucynko, to ja Andrei.
Odetchnęłam głęboko i wtuliłam się w niego pozwalając sobie na jeszcze kilka łez…

czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział# 8 - Brat Zachariasz

Stanęła przed drzwiami prowadzącymi do biblioteki i zamarła. Nie czuła strachu, a jednak nie potrafiła znaleźć w sobie na tyle odwagi, aby dotknąć klamki i otworzyć drzwi. W głowie kłębiły jej się pytania powiązane z przybyciem Cichego Brata. Rzadko zdarzało się, aby przybywali oni do kogoś bez wezwania. Oznaczało to, że nie jest to żadna błaha sprawa, lecz coś większej wagi. Nie była pewna, czego powinna się spodziewać. Zastanawiała się, czy nie jest to związane z jej przybyciem do Europy mimo listu gończego, a może tego, że jej czas jest coraz krótszy.
Wzięła głęboki haust powietrza i zamiast otworzyć drzwi, zapukała do środka. W jej głowie rozbrzmiał spokojny, przyjemny głos, jak również bardzo znajomy:
Proszę.
Dotknęła zimnej, mosiężnej gałki i weszła lekko się trzęsąc do środka. Opuściła ją duma, pycha i władcza postawa. Poczuła się – jak zawsze przy Cichych Braciach – mała, nic nieznacząca, jakby była zwykłym Przyziemnym.
- Witaj… - zacięła się na moment i spojrzała na twarz, widoczną spod kaptura koloru pergaminu – Jemes.
Cichy Brat nawet nie drgnął i nie dał nic po sobie poznać, ale w jej umyśle rozbrzmiał głos, w którym wyczuła delikatną nutę napięcia.
Nikt już mnie tak od dawna, Lucyno nie nazywa.
- Wiem o tym, ale sam mi kiedyś o tym powiedziałeś, pozwoliłeś mi siebie zobaczyć takim, jakim kiedyś byłeś. Leczyłeś mnie i opowiedziałeś o sobie.
Patrzyła się na niego uważnie, z obawą, czy go nie uraziła.
To nie ja pokazałem siebie z poprzedniego życia, lecz twoja prababka Lucyno, również twa imienniczka. Właśnie w tej sprawie przyszedłem do ciebie, jak również z pewną propozycją, lecz wszystko po kolei. Usiądź w fotelu, a ja ci trochę opowiem i wyjaśnię.
Dziewczyna posłuchała jego prośby i dość sztywno usadowiła się w skórzanym fotelu, niedaleko kominka, w którym nadal delikatnie tlił się ogień. Przez cały czas nie spuszczała z Brata Zachariasza wzroku uświadamiając sobie, że mimo blizn, zaszytych warg, zamkniętych oczu i tej całej kościstej postury jest nader ludzki. Wydawał się nadal mieć w sobie wszystkie uczucia, lecz stłumione, a nie jak inni Cisi Bracia całkowicie ich pozbawieni. Dopiero po chwili zaczęła sobie przypominać na jaki temat będzie rozmawiała z Zachariaszem i gwałtownie zesztywniała.
Będzie opowiadał o jej przodkach, o jej prababce, po której otrzymała imię, celowo, a może przez przypadek?
Cichy Brat chyba ujrzał jej lekkie przerażenie, ponieważ odezwał się w jej głowie, spokojnym głosem:
Nie masz się, czego obawiać Lucyno. Długo zastanawiałem się, czy powinienem w ogóle o tym tobie opowiadać, lecz stwierdziłem, że tak będzie dla ciebie najlepiej. Musisz wiedzieć, że twoja rodzina zawsze była wybrańcami Boga i Szatana.
Jak już wspomniałem, twoja prababka Lucyna była pierwszą, która zaczęła całość tego wszystkiego. Niedawno trafiłem na rodowód Stell’ów. W dziewiętnastym wieku był to jeden z najbardziej majętnych i walecznych rodów Nocnych Łowców. Jego duża część miała wysokie stanowiska w Radzie, jednak utraciła to wszystkie w niedługim czasie. Matka Lucyny, nigdy nie była zbyt… rozsądną osobą, która pragnęłaby mieć dzieci. Jednak miała ich czwórkę: trójkę chłopców i dziewczynkę. Jej pierwszy syn był jako jedyny traktowany przez nią z uczuciem. Prawdopodobnie przez to, że był najstarszy i prawie dorosły, gdy jej mąż zginął podczas walki z demonami. Reszta dzieci dla niej mogła nie istnieć. Były jej niepotrzebne i częściej używała w stosunku do nich przemocy, niż czegokolwiek innego. Lucyna była najstarsza zaraz po bracie Edwardzie, a zaraz po niej urodzili się Antoni i Robert.
Ona była najgorzej traktowana, dodatkowo jako dziewczyna nie mogła się sprzeciwić matce, więc uciekła z Instytutu i wchodząc na pierwszy lepszy parowiec przypłynęła do Anglii. Spotkaliśmy ją podczas ataku paru niezbyt przyjemnych demonów u brzegu Tamizy. Miała wtedy piętnaście lat, walczyła tak jak potrafiła, a widać, że miała potencjał. Otrzymała od nas nowy dom, na zaledwie dwa lata. Przez ten czas niewiele się o niej dowiedzieliśmy, lecz dużo dało nam do myślenia, gdy pewnego dnia otrzymała list i nic nie mówiąc wybiegła wieczorem z Instytutu zabierając jedynie dwa serafickie miecze.
Oczywiście ja razem z moim parabatai zaraz pobiegliśmy za nią. Odnaleźliśmy ją w jednym z parków, gdy tuliła do siebie młodego mężczyznę elegancko ubranego, który brudził cały jej strój krwią wypływającą z rany w boku. Dowiedzieliśmy się wtedy, że to był Edward, który uciekł z domu, gdy ich matka do końca oszalała i zabiła młodszych synów. Miał zamiar zamieszkać w Idrisie, lecz chciał najpierw znaleźć swoją siostrę i wyjechać do rodzinnego kraju Nocnych łowców razem z nią. Jednak znalazł się w złym miejscu o złej godzinie i wdał się w nieprzyjemny konflikt z kilkoma Ifrytami. Zmarł na jej rękach, a Lucyna była wtedy świadoma, że jako jedyna została z rodu i gdy tylko jej rodzicielka umrze, ona przejmie cały majątek, a jak Enklawa będzie jej przychylna to nawet Instytut, gdzie się wychowywała, lecz zanim by to miało nastąpić musiała ukończyć osiemnaście lat, a został jej tylko niecały wtedy rok. Siłą odciągnęliśmy ją od ciała Edwarda i spróbowaliśmy zabrać do Instytutu, gdzie wszystko by dokładnie wyjaśniła, uspokoiła się, znalazłaby radę i pomoc. Jednak nie zdążyliśmy się obejrzeć, gdy ujrzała niedaleko Ifryty umazane krwią i cieszące się jak nigdy. Nie myślała o niczym tylko o zemście za brata. Zaatakował ich i wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie zjawiły się automaty. Zginąłbym razem ze swoim parabatai, gdyby nie to, że Lucyna ukazała swój dar, za który w domu przez matkę była potępiana.
Skrzydła.
Uklękła nad nami i rozłożyła je jak tarczę. Łapa automatu odbiła się od piór z metalicznym dźwiękiem. Były one inne niż twoje. Śnieżnobiałe z czarno-złotymi runami. Rzuciła się na maszynę, tym samym pozwalając nam, abyśmy się podnieśli i nabrali energii. Gdy to się stało, udało się zniszczyć już jeden automat i to zwykłym przypadkiem losu, lecz drugi, mimo że mocno powgniatany i w połowie zniszczony, trzymał na swym harpunie zamiast ręki przebitą na wylot Lucynę. Dobiliśmy go i uwolniliśmy ją od tego żelastwa, jednak nie było szans, aby ją uratować. Wtedy, plując krwią i zginając się w konfuzjach zdążyła powiedzieć, że zawsze dla matki była czarownicą ze skrzydłami, a nie Nocnym Łowcą. Mówiła, że dla niej życie nie jest niczym ważnym, jak mogła je oddać za tych, których kochała.
Umarła w moich ramionach. Jej ciało zostało zabrane przez Cichych Braci, którzy później nas powiadomili, że Lucyna spodziewała się dziecka, które przeżyło i zostało uratowane. Prócz tego, że wszyscy mieliśmy świadomość, że jej potomek żyje, nikt z nas nie miał z nim do czynienia, nawet nie wiedział jak wygląda i gdzie się znajduje.
Często w nocy śniłem o ciemnowłosej dziewczynce z szarymi oczami, która kurczowo trzymała się białej sukni Lucyny. Byłem wtedy pewny, że to jej córka, ale nie miałem pewności, kto był jej ojcem.
Twoja prababka trafiła do pięknego miejsca i stanęła po prawicy Razjela, tym samym stając się drugą opiekunką Nefilim, mimo że nikt o niej nie wiedziała, prócz jednego Instytutu, gdzie często było wyczuć jej obecność i opiekę. Nie raz ja czy mój parabatai słyszeliśmy jej głos mówiący nam rady, czy wyczuwaliśmy coś, co zmuszało nas do zmiany decyzji.
Minęły lata, ja stałem się Cichym Bratem, każdy prawie opuścił już Instytut, gdy pierwszy raz spotkałem twoją babkę. Adele. Były z nią tylko same kłopoty. Zdawała się być na wpół opętana. Łamała Prawo, spoufalała się z demonami, występowała przeciwko Nocnym Łowcą. Gdy trafiła do Cichego Miasta zacząłem się nią zajmować, badać, lecz okazało się to ciężkim zadaniem. Kiedy nie wiedziałem, co jest powodem jej zachowania, dlaczego wygląda jakby była Wyklęta pierwszy raz od wielu lat znów usłyszałem w swojej głowie głos Lucyny, która wszystko mi wytłumaczył: 
Adele dostała od swojej matki dar, taki jak ona miała. Jednak ten dar ma swoją wadę, że może być on użyty na dwa sposoby: aby czynić dobro albo zło.
Lucyna wybrała dobro, lecz jej córka wręcz przeciwnie. Było jednak już za późno, aby to odczynić i trzeba było jedynie ukrócić jej życie. Za nim jednak to nastąpiło zdążyła ona urodzić dziecko – twoją matkę Lucyno – Sferię. Nigdy to by się nie wydarzyło, gdyby nie prośba twej prababki o przedłużenie rodu, gdzie nadal płynie krew Stell’ów.
Widzę, że chcesz się sprzeciwić temu wszystkiemu, ponieważ dobrze wiesz, że twoja matka nigdy nie miała skrzydeł. Tak, to prawda, ona nie otrzymała nigdy tego daru. Lucyna wyczuwała, że Sferia, postąpiłaby z nim identycznie jak Adele, więc wolała odpuścić kolejnego wstydu swemu rodowi. Sferia była zwykłym Nocnym Łowcą, lecz gdy ty się urodziłaś, twoja prababka ujrzała światełko w tunelu i postanowiła tobie dać ten dar. Okazało się jednak, że gdy przerwany zostaje ciąg danego daru w rodzie, Razjel nie zgadza się, aby mógł go później otrzymać kolejny członek. Lucyna nie mogła nic na to zrobić, więc postanowiła się bardzo tobą zająć i wręcz przypadkowo dała ci kolejny dar, że byłaś zarazem Nefilim i Podziemnym. W tym darze nie było nic dobrego i nabawiło cię samych kłopotów, których twoja prababka nie mogła sobie odpuścić, ponieważ wiedziała, że to jej wina. Gdy postanowiłaś odebrać sobie życie próbowała cię jakoś uratować i wtedy znalazła lukę w tym wszystkim.
Gdy umarłaś zatrzymała cię w Pustce, a gdy tym zainteresował się Bóg i Szatan postanowiła ukazać im, żeby to, co chcieli sprawdzić na niej, sprawdzili na jej prawnuczce. To ona wstawiła się za tobą i to dzięki niej odzyskałaś życie, lecz jednego nie przewidziała, że dadzą ci ograniczony czas życia.
Lucyna przez całość, kiedy Jemes do niej przemawiał milczała, lecz każde kolejne zdanie było coraz trudniejsze do pojęcia, a gdy skończył czuła się wyczerpana psychicznie. Nie mogła uwierzyć, że taka jest prawda, że jej część krwi, która w niej płynie należy do wygasłego już rodu, który kiedyś był bardzo uważany. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na Zachariasza, niedowierzając w to, co usłyszała.
- Czyli moja prababka czuwa nad Nefilim?
Tak, czuwa i jest już bardzo zmęczona tym zadaniem, więc pragnie abyś ty, Lucyno wybrała prawidłową stronę, która powinna w tobie wygrać, ponieważ może ty zastąpisz ją i będziesz czuwała nad tymi, których kochasz.
Dziewczyna spojrzała na niego z otwartymi ustami gotowa zadać kolejne pytanie, lecz Cichy Brat ją uprzedził.
To, że znalazłaś się w Instytucie w Nowym Yorku nie był przypadkiem, lecz życzeniem twej prababki. Dzięki temu poznałaś wnuki osób, które były jej bardzo bliskie. Lucyna zawsze nad nimi wszystkimi czuwała i robiła, co mogła, aby podziękować tym rodom za to, że oni kiedyś zastąpili jej rodzinę i zmienili jej życie na lepsze, mimo iż na tak krótki czas.
Lightwood’owie nigdy nie byli tacy święci i zostaliby wyklęci, gdyby nie mała pomoc kogoś z góry i zniknięcie paru dzienników, notatników i innych zapisków tego rodu.
Fairchild’owie – Clary otrzymała od niej dar Run, które znają tylko Anioły, a Herondale – Jace zginąłby od miecza Anioła Razjela, ale otrzymał krew aniołów i nie myśl, że dostał ją od Razjela. To ona upuściła swej krwi i wypełniła nią jego żyły, aby również oddać przysługę temu rodowi.
Lucyna umilkła i składała wszystko do kupy. Miała mętlik w głowie, co przyprawiało ją o migrenę. Zsunęła się lekko z fotela i prawie na nim półleżała przyglądając się Zachariaszowi z pod przymkniętych powiek.
Prócz tego, że chciałem ci o tym wszystkim powiedzieć przyszedłem tutaj z pewna propozycją.
- Jaką? – Powiedziała zmęczonym głosem.
Ty jesteś wyjątkowa, lecz nie jedyna, która ma skrzydła. Na Węgrzech jest pewna szkoła, gdzie są szkoleni Nefilim, którzy dostali na tyle dużo krwi, aby otrzymać skrzydła. Chciałabym, abyś wyjechała do tej szkoły na szkolenie. Będziesz i tak się wyróżniać, ponieważ nosisz na sobie runy, znane tylko Aniołom oraz wszystkie one znajdują się na skrzydłach i pod skorą. Anioły Upadłe – tak siebie nazywają – nie wyróżniają się od innych Nocnych Łowców prócz tego, że nie są czarownikami, a mają skrzydła i używają run tak, jak każdy inny Nefilim.
- Ale, po co jest mi ten trening, przecież umiem walczyć i latać – powiedziała lekko oburzona.
Wiem, że sama się wiele nauczyłaś, jednak przyda ci się trening z walki w locie oraz lataniu, nazwijmy to wyczynowego. Obiecałem twej prababce, że się tobą zaopiekuję i to robię Lucyno.
Dziewczyna ponownie zamarła, lecz zaraz się otrząsnęła i spojrzała przenikliwym wzrokiem na Cichego Brata. W głowie zaczęła rozważać jego propozycję i wiedziała, że może być ona właściwa, jednak wolała na razie wstrzymać się z odpowiedzią.
- Nie wiem, czy się na to zgodzę Jemes, ale rozważę to i niedługo dam ci odpowiedź.
Brat cały czas milczał przyglądając się jej zamkniętymi oczami, co było jak dla niej dość przerażające.
- Chyba to wszystko z czym do mnie przyszedłeś, prawda? – spytała niepewnym głosem, pełna nadziei, że na dzisiaj będzie to już koniec wrażeń.
Tak.
Cicho wypuściła powietrze z płuc i spojrzała na Cichego Brata niepewnie. Od dawna zastanawiała się, czy powinna mu to powiedzieć. Od lat była pewna, że to on nad nią czuwa, gdyż, co by się nie działo, zawsze to on do niej przybywał, leczył ją i rozmawiał, a teraz wiedziała, dlaczego tak się działo. Mimo wszystko wiedziała, że tylko jemu może w pełni zaufać, więc postanowiła poprosić go o coś, o co zawsze chciała. Ostatnia rozmowa uświadomiła ją, że prawidłowo się nad tym zastanawiała.
- Zachariaszu, mam do ciebie prośbę.
Jaką?
- Kiedy będę miała dziecko i odejdę, zaopiekuj się nim i nie pozostaw go losowi, niech mój ród nigdy nie wygaśnie.
Cichy Brat nic nie odpowiedział, tylko posuwistym krokiem wyszedł z biblioteki, zostawiając ja samą z mętlikiem i niepewnością w głowie.

* * *

Wszyscy po śniadaniu rozeszli się do swoich spraw, lecz każdy omijał bibliotekę szerokim łukiem. Od zjawienia się Cichego Brata mijała czwarta godzina. Nikt się nie spodziewał, że tak długo może trwać rozmowa.
Najbardziej intrygowało to Samuela, który kręcił się od czasu do czasu obok wejścia do niej i gdy ujrzał wychodzącego Brata Zachariasza nie czekając ani sekundy dłużej wszedł do środka.
Ujrzał siedzącą w fotelu Lucynę. Była zmarnowana i wyglądała na wyczerpaną. Jego serce zabiło mocniej na myśl, że Cichy Brat mógł bez niczyjej zgody badać umysł dziewczyny. Szybko podszedł do niej i dotknął delikatnie twardymi opuszkami jasnej, delikatnej dłoni.
Lekko się wzdrygnęła i spojrzała w jego ciemne oczy przepełnione troską skierowaną w jej stronę.
- Lucuś, czy coś się stało?
Spojrzała na niego zszokowana. Mało kto nazywał ją „Lucuś”. Głównie to było za czasów jej dzieciństwa i to mówiła Margaret, a nie ktoś taki jak Samuel. Postawny chłopak z karnacją Latynosa, ciemnymi jak kora drzewa oczami i jak ususzone zboże włosami.
- Yyy… Nie, nic się nie stało. Tylko rozmowa, trochę mnie wykończyła, była bardzo ciekawa i w ogóle, lecz jednak wiesz, jak działają na nas Cisi Bracia. – Uśmiechnęła się krzywo i odwróciła od niego wzrok.
Chłopak oparł się drugą dłonią o krawędź fotela i lekko się nad nią nachylił.
- Czy Brat ci nic nie zrobił? Nie grzebał w twoim umyśle bez twojej zgody? – spytał troskliwie.
Dziewczyna zaśmiała się cicho i spojrzała na niego z pod pół przymkniętych powiek.
- Coś ty! Brat Zachariasz nigdy by tak nie postąpił. Nie musisz się o mnie tak martwić.
- Ale Lucy, ja chcę się o ciebie martwić – odpowiedział pewnie i jeszcze bardziej się do niej zbliżył.
Dziewczyna zauważyła, że wystarczyło tylko lekko podnieść głowę, aby go pocałować i nie wiedząc czemu, zrobiła to. Nagle poczuła lekkie zawirowanie, po czym wszystkie myśli, które utworzyły się podczas rozmowy z Jem’em odeszły gdzieś dalej, zniknęły w ciemnościach niepamięci pozostawiając jej głowę pustą i spokojną. Jego usta były delikatne, miękkie i lekko słone niczym łzy. Czule muskały jej wargi, które nadal delikatnie drgały targane emocjami, które się w niej kłębiły. Jego ręka spoczywająca jeszcze niedawno na jej dłoni, teraz masowała kark, a druga szyję i policzek.
Co ja do ciebie czuję?
Zapytała sama siebie, gdy na chwilę przerwali pocałunek i oboje zaczerpnęli tchu, aby zaraz znów się złączyć - i nie spokojnie i delikatnie, lecz szalenie i z pożądaniem - w pocałunku.

* * *

Lisa, tak jak Samuel martwiła się o swoją przybraną siostrę i gdy ujrzała Cichego Brata przy drzwiach Instytutu, zaraz poszła do biblioteki.
Powoli uchyliła drzwi i gdy ujrzała stojącego nad Lucyną Samuela, postanowiła, że odwiedzi ją później, a w tej chwili nie będzie im przeszkadzać.

* * *

Alec i Jace wyszli razem ze śniadania i postanowili spędzić jakoś spokojnie czas. Clary, Isabell, Simon i reszta mieszkańców Instytutu wręcz się z niego ulotniła, co dało im swobodę. Postanowili, że obejrzą jakiś film zważywszy na to, że Instytut mocno odróżniał się od tych gdzie byli i w niektórych pomieszczeniach, takich jak pokój Aleka, znajdował się telewizor.
- Nie wiem ogólnie, po co im to ustrojstwo, ale jak już jest to, dlaczego nie skorzystać? – powiedział z lekkim uśmiechem Jace.
- Masz racje. Oglądamy sami, czy też kogoś zapraszamy? – spytał jego parabatai.
- Może Lucyna będzie chciała, chyba już skończyła rozmawiać z Cichym Bratem – zaoferował chłopak i zbliżył się do drzwi prowadzących do pokoju jego przyjaciela.
Kiedy Alec już otwierał go, koło nich przechodziła Lisa, ubrana w strój do wyjścia.
- A ty gdzie się wybierasz? – spytał ze swoim uśmieszkiem Jace i spojrzał na nią.
- Do miasta, spotkać się ze znajomą – odpowiedziała spokojnie, po czym spytała: – A wy?
- A my będziemy coś oglądać, a i wiesz, czy może Lucyna już skończyła rozmowę z Cichym Bratem?
- Tak, tak. Skończyła i nadal jest w bibliotece, przepraszam, ale się śpieszę. Pa! – krzyknęła i zbiegła po schodach patrząc na zegarek.
- To ty Alec idź po nią, a ja coś poszukam, co się nadaje na to popołudnie.
Chłopak tylko przytaknął i szybkim krokiem zszedł po schodach kierując się do biblioteki.
Wszedł do środka i zamarł na moment, aby po chwili ukryć się w cieniu.
Nie spodziewał się czegoś takiego zobaczyć.
Lucyna leżała na kanapie, a na niej był Samuel namiętnie całujący ją i trzymający ręce pod jej bluzką. Sam już był bez koszuli ukazując blizny, Znaki i dobrze umięśniony tors. Dziewczyna wplątała palce w jego kędzierzawe, brązowe włosy, a nogami objęła go w pasie. Oboje między pocałunkami szeptali do siebie i uśmiechali się na przemian.
Alec zacisnął usta w cienką linię nie wiedząc, co ma zrobić. Najbardziej chciał to przerwać, lecz wiedział, że nie może tak postąpić. Przełknął sporą gulę w gardle i sztywnym krokiem wymaszerował z pomieszczenia, lecz tak, aby go nie ujrzeli. Wrócił do siebie i wściekły zatrzasnął drzwi.
- Co się stało? Lucy nie ma ochoty pooglądać z nami filmu? – zdziwił się Jace siedzący w fotelu i bawiący się gumką recepturką.
- Nie wiem.
- Nie znalazłeś jej? Lisa mówiła, że jest w bibliotece – rzekł zamyślony.
- Nieważne! – Podniósł głos Alec i usiadł na swoim łóżku.
- To może zaproś Magnusa? – podsunął Jace zdezorientowany zachowaniem parabatai.
- Nie ma go w Instytucie. Wybył gdzieś razem z Lukiem, Jocelyn i państwem Poleys.
- Dobra, wiem, że się wściekniesz, ale mam to gdzieś, bo czuję, że coś się stało, więc mów, co ci leży na wątrobie – zainteresował się Jace i spojrzał na przyjaciela.
- Ehh… Szkoda gadać. Nic się nie stało.
- Jak nie, to nie, ale jak będziesz później z tego powodu stał na szczycie wieżowca gotowy do skoku to obiecuję, że cię popchnę. 
Alec popatrzył na niego z konsternacją, po czym ciężko westchnął. Wiedział, że z nim nie warto się kłócić, tak samo jak był pewnym, że nie da za wygraną póki nie dowie się, co się stało.
- Widziałem Lucynę…
- To dlaczego kłamałeś? – zdziwił się blondyn i spojrzał na niego spode łba.
- Bo całowała się z tym Samuelem?! – wypalił wściekle Alec, jakby to było oczywiste.
- To, dlatego jesteś zły?
- Tak
- Ale przecież ty masz Magnusa… - zaczął lekko zdezorientowany.
- Mam, ale nie wiem, co się dzieje. Ona jest inna, ja nie wiem, co do niej czuje, to jest, no cholera… Nie wiem nawet jak to nazwać, jest to coś dziwnego, a ja nie umiem nad tym zapanować.
- Czyli dlatego, jak cię poprosiłem, abyś po nią poszedł to popędziłeś, jak podpalony osioł? – spytał z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
- Tak i nie śmiej się, bo widzę jak na nią patrzysz, a ty masz Clary.
- Tak i będę jej wierny.
- To dlaczego kazałeś zaprosić Lucynę, a nie Clary? – zapytał podejrzliwie.
Jace chyba pierwszy raz nie miał odpowiedzi na zadane pytanie. Lekko zmieszany odwrócił głowę w stronę okna i milczał.
- Tak sądziłem. Masz to, co ja. Magnus mówił, że to przez jej pochodzenie i naszą część krwi, której ty masz o wiele więcej.
- Jak dotykam Clary, parzę ją, a Lucynę trzymając za rękę w „Ambasadzie” nawet nie podgrzałem, a przynajmniej ona w ogóle nie dała oznaki. Tak samo, dlaczego jak teraz jestem z Clary, mimo że ona daje mi wiele, nie potrafię być w pełni szczęśliwy? Zawsze się martwię, nigdy nie jestem pewien, wiem, że nade mną jest Luke i Jocelyn. Ehh… A przy niej zawsze jestem spokojny, jakiś lżejszy, wiem, że nie muszę się martwić o żadne zgody, zezwolenia, że ona żyje tak jak pragnie… Też nie wiem, co to jest, ale to przecież nie oznacza, że mam dla niej zostawić Clary.
- A może właśnie, dlatego? Pomyśl logicznie, myślałeś, że ona była ci pisana, ponieważ miała więcej krwi anioła w sobie tak, jak ty, ale Lucy to anioł w osiemdziesięciu procentach.
- A w dwudziestu?
- Dokładnie to w dziesięciu Nefilim i w dziesięciu wilkołakiem.
- I tak nie rozumiem, po co miałbym marnować to, o co walczyłem tyle czasu, dla kogoś innego?
- A ja sądzę, że powinniśmy spróbować, tylko wiesz… Bez rozgłośni.
Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Między nimi rosło napięcie, które nie oznaczało złości, lecz nutę porozumienia i plan, który rodził się w ich głowach.
- Tylko, jak już mówiłeś, ona się teraz obściskuje z tym Samuelem.
- Więc może warto się najpierw spytać jego o zgodę? – W oczach Alec’a ukazał się nieznany do tej pory błysk.

* * *

Wszystko szło tak dobrze.
Ich ciała ze sobą splecione, oczy zamknięte, usta zwarte, a wszystko dążyło do ostatniego, najważniejszego zbliżenia, gdy Lucyna coś sobie uświadomiła.
Nie mogła tak postąpić z Samuelem. Pozwoli mu się w sobie rozkochać, da mu wszystko, co będą oboje chcieli i nagle go opuści. Przecież ona wszystkich opuści, lecz nie chce tym nikogo skrzywdzić, nie chce nikogo zranić, a na pewno nie jego. Poczuje się wykorzystany, jak zabawka. Będzie sądził, że on jest dla niej niczym i że gdy się jej znudził, zostawiła go.
Nie chciała, aby tak myślał, nie chciała później mu tłumaczyć tego, dlaczego tak postąpiła, mając nikłą nadzieję w sercu, że zrozumie ją i zmieni zdanie na temat tej „zdrady”.
Chciała tego wszystkiego uniknąć, nie miała zamiaru później widzieć w jego oczach rozpaczy, udręki, żalu, a nawet pogardy.
Nie!
Wolała temu wcześniej zapobiec.
Gwałtownie i mocno go od siebie odepchnęła tym samym zrzucając z kanapy z wyrazem zaskoczenia na twarzy i cichym jękiem wyrywającym się z gardła.
- Lucyna – stęknął i pomasował obite plecy, lecz gdy tylko podniósł wzrok ujrzał wybiegającą z biblioteki dziewczynę.

* * *

Weszła do ciemnego pomieszczenia. Tylko takie były dla niej bezpieczne. Wzięła spory haust powietrza, uświadamiając sobie, że jest to nawyk, którego powinna się wyzbyć, ponieważ odczuwała przez niego jedynie nieprzyjemny ból w klatce. Szybko wypuściła to, co wciągnęła i rozejrzała się po ciemności.
Jej oczy wychwytywały każdy najmniejszy ruch w pomieszczeniu. Widziała umykające w kąty szczury, dość wyrośnięte i jeszcze mniej przyjazne oku. Po chwili przed sobą zauważyła zbliżającą się do niej sylwetkę, która zaraz zmieniła się w dokładny zarys wysokiego, chudego chłopaka z bardzo jasnymi włosami i kontrastującymi do nich całkowicie czarnymi oczami, które przyglądały jej się uważnie. Miał na sobie skórzaną kurtkę i spodnie, a pod tym zwykły ciemny t-shirt. Na jego twarzy ukazał się szyderczy, nieprzyjemny uśmiech.
- Witaj Camille – powiedział spokojnie.
- Witaj – odpowiedziała zimno, zirytowana nie znając jego imienia, chodź on znał jej.
- Wiesz, kim jestem? – spytał.
- Nie – odparła spokojnie i zaczęła przyglądać się jego demonicznym oczom. – Choć chciałabym wiedzieć, jak ty wiesz gdzie mieszkam i jak mi jest na imię oraz, że mnie tu zaprosiłeś?
- Nazywam się Sebastian i zaprosiłem cię do tego uroczego miejsca, aby zadać ci pewne pytanie – mówił nie przestając się uśmiechać.
- Jakie?
- Czy czujesz się zdradzona, przez Nocnych Łowców? Jeszcze niedawno byłaś jednym z nich, lecz twoja miłość, aby zbliżyć cię do siebie, postanowiła cię ugryźć. Pomogła ci się Zamienić w wampira, dała ci dom i zaczęła cię uczyć jak polować. Mimo wszystko, poszłaś do Instytutu i poprosiłaś ich o pomoc, a oni cię wygnali, mówiąc, że nie wolno ci wejść do środka, ponieważ spłoniesz na święconej ziemi.
Spojrzała na niego zaskoczona, nie wiedząc, co powiedzieć. Powinna zapytać się skąd wie, co się wydarzyło w jej życiu, jednak nie potrafiła złożyć żadnego prawidłowego zdania.
Sebastian nadal jej się przyglądał z tym uśmieszkiem na twarzy.
- Rozumiem, ja też jestem Nocnym Łowców i moi niektórzy sprzymierzeńcy też nimi są, ale my będziemy cię traktowali na równi. Będziesz dla nas nadal Nefilim, tylko z większą ilością zdolności. Wystarczy, że się przyłączysz i staniesz Po Słusznej Stronie Sprawy, a w ogóle bardzo ładna suknia Camille.
- Dziękuję – zdołał z siebie wydusić i spojrzała na swoją długą, wieczorową suknię z czarnego jedwabiu.
Sama nie wiedziała, po co ją założyła, jak wiedziała, że wybiera się do starego magazynu.
- Wiesz, że twoja imienniczka była kiedyś głową Klanu wampirów na Manhattanie w Nowym Yorku?
- Naprawdę? – spytała zaciekawiona.
- Tak. Również była jednym z najstarszych wampirów.
- A dlaczego była?
- Została zabita, niedawno, ale twój los będzie lepszy – powiedział uśmiechając się i biorąc dziewczynę pod rękę. – Ja dam ci wieczne życie przy mnie i Przy Słusznej Sprawie.



_____________________________________________________________________
Wiem, że niektórzy z Was, moi Czytelnicy chcecie mnie prawie zabić, krzycząc do monitora - Jak możesz doprowadzić, aby Jace zdradził Clary?!
Spokojnie. Już tłumaczę - Lucyna jest Aniołem, a Anioł ma dar, dzięki, któremu wydaje się bardziej atrakcyjny, a jak ktoś jeszcze ma w sobie jakąś część jej krwi, to ciągnie Swój do Swego. To nie jest prawdziwa miłość, jest to raczej zauroczenie, a raczej odurzenie jak pod wpływem narkotyków. Oni nie są świadomi tego, że oni jej nie kochają, że to tylko ich przyciąga jak magnes, ale to wręcz nic nie znaczy. Rzadko kiedy zdarza się, aby ktoś nie podległ urokowi Anioła. 


piątek, 25 lipca 2014

Rozdział# 7 - Nie jestem ani aniołem, ani demonem, ale człowiekiem siebie nazwać nie mogę


Zanim zaczniecie czytać puśćcie to, ponieważ to jest piosenka, którą opisywałam podczas akcji w Ambasadzie https://www.youtube.com/watch?v=ybirL3EtMb8
_______________________________________________________________________

Wchodząc do środka w oczy zakuły ich neonowe reflektory, które poruszając się oświetlały, co chwilę inne zakątki dyskoteki. W chwili, gdy znaleźli się w środku nastała cisza, a zaraz po niej z ogromnych głośników zaczął się wydobywać dźwięk ogromnego bębna. Sala od niego delikatnie drgała, a ludzie zaczęli do tego rytmicznie podskakiwać. Zaraz po tym rozbrzmiał męski wokal.
Wszyscy zaczęli się przeciskać przez tłum omijając dziewczyny, które rozdawały ekstazę i… likier Faerie?
Dopiero, gdy znaleźli się w środku tłumu ujrzeli twarze niepodobne do ludzkich. Clary w duchu cieszyła się, że Luke został na zewnątrz i pilnował wozu. To byłoby dla niego za wiele. Dziesiątki wilkołaków, wampirów, czarowników i Faerie tańczyło koło siebie, brało środki odurzające, popijało je kolorowymi koktajlami i likierem.
Gdy zaczął się refren wszyscy zaczęli go śpiewać, a raczej wykrzykiwać, co dla uwrażliwionych uszu przez Znaki było wręcz nie do wytrzymania.
Przeciśnięcie się przez tłum było bardzo ciężkie, mimo że Alec, Jace, Michał oraz Samuel torowali sobie drogę. Muzyka dawała coraz bardziej po uszach, gdy wreszcie znaleźli się bliżej sceny, aktualnie przyciemnionej i pustej, lecz dało się wyczuć, że coś miało się wydarzyć, gdyż każdy się do niej powoli zbliżał. Cała ósemka zatrzymała się przed nią i wyczekiwała. Widzieli, że w ciemności coś się porusza, lecz niczego więcej nie uchwycili.
Czekali.
Wokal się skończył i zamienił go duet: bębny i skrzypce. Muzyka przyśpieszała i narastała. Zdawała się wypełniać w pomieszczeniu wszystko i wszystkich, aż gwałtownie ucichła, a światła pogasły, lecz tylko na parę sekund.
Wokal ponownie się zaczął, a scena została rozświetlona. Najwyżej ustawieni europejscy Podziemni stali na niej, a wokół nich pojawiły się dwie dziewczyny, tańczące zgoła niedyskotekowo. Przyciągały uwagę każdego, swą gracją i stylem. Widać również były po ekstazie lub likierze, obie miały rozszerzone źrenice i lekkie wypieki na twarzy. Widocznym było, że znały szychy ze Świata Cieni i były z nimi dość blisko.
Muzyka ucichła, a one stanęły koło wilkołaka i wampira. Obaj mężczyźni objęli swoje partnerki i przemówili do tłumu. Dla Nocnych Łowców były to niezrozumiałe słowa w języku polskim, ale tłum wiwatował, klaskał, polewał zdrowie. Michał i Samuel gwałtownie stężeli, a ich twarze stały się ponure i złowrogie. Adam, który znał ich od dziecka, przyglądał się im jakby byli mu zupełnie obcy, ale sam rozumiał ich zachowanie. Wiedział, co mówili wilkołak oraz wampir i wiedział, że to, o czym jest mowa, nic dobrego nie świadczy.
Gdy skończyli rozbrzmiała znów muzyka, a scena ponownie stała się ciemna, gdy tłum zaczął tańczyć.
Wszyscy przybyli od razu skierowali się w stronę zejścia, aby tam złapać owych przedstawicieli i ich partnerki, jednak tamci byli szybsi i zeszli udając się w nieznanym kierunku.

* * *

Lucyna ruszyła do osobnego pokoju z Riencem. Był to główny przedstawiciel wilkołaków. Łatwo było go znaleźć i uwieźć. Wystarczyło tylko kilka tabletek, trochę likieru i rozpięty strój. Z każdym kolejnym drinkiem stawał się coraz bardziej rozmowny, jak i mniej przytomny, lecz ją to najmniej obchodziło, najważniejsze były informacje. Gdy ponownie znaleźli się w wyciszonym pokoju zrobiła dla niego drinka, a dla siebie zwykłe, bezalkoholowe koktajle. Po trzecim leżał już nieprzytomny na stole i głośno chrapał, a Lucy postanowiła sprawdzić, co u siostry.
Bezszelestnie wyszła z pomieszczenia i weszła do przeciwnego. Otworzyła drzwi i krzyknęła wściekła.
Jej przybrana siostra, na wpół rozebrana, opierała się o ścianę i zawzięcie całowała Diega.
Odwrócili się w jej stronę, a Lisa z cichym piskiem zaczęła pośpiesznie się ubierać.
Wampir jednak wściekł się i wysuwając swoje kły skierował się w jej stronę. Dziewczyna nie czekała ani sekundy dłużej. Z kieszeni wyjęła rozkładany mały nóż i jednym ruchem go rozłożyła. Spojrzała na niego z sentymentem pamiętając, od kogo go otrzymała i po co, a następnie wyszeptała imię jednego z aniołów. Broń się rozjaśniła anielskim blaskiem, po czym z rozmachem została wyrzucona w stronę przeciwnika. Po kilku obrotach wbiła się w jego pierś. Podziemny stanął na moment w ogniu, a następnie rozpadł się w pył, jakby wyszedł na słońce. Lucy spojrzała na kupkę popiołu przy jej nogach, po czym złapała swoją spitą siostrę i wybiegła pośpiesznie z pokoju.
Od razu skierowała się w stronę wyjścia, lecz gdy tylko skręciła na salę uderzyła w kogoś i z hukiem upadła na podłogę ciągnąc ze sobą Lisę.
- Co się k… - nie skończyła wulgaryzmu, gdy spojrzała w górę i ujrzała znajome twarze.
Gwałtownie ogarnęła ją wściekłość w ich kierunku, lecz nie zdążyła jej ukazać, ponieważ pomagając wstać pociągnięto ją od razu do wyjścia.

* * *

W samochodzie czuła się jak na komisariacie. Luke, który czekał na nich przy wozie zachowywał się niczym detektyw. Zadawał pytania i wyczekiwał konkretnych odpowiedzi. Co najgorsze, Lisa nie mogła jej już pomóc, gdyż była w swoim świecie i tylko cały czas bredziła od rzeczy. Lucyna całą rozmową i zdarzeniem była wykończona. Wytykała im wtrącanie się w cudze sprawy, mimo to jednak była im po części wdzięczna, że się tam zjawili, bo nie wiedziała, jakby mogło się to wszystko skończyć zakładając przy tym, że jak znalazła się po za Ambasadą nigdzie nie widziała furgonetki chłopaków, co mogło znaczyć jedyne, że zwiali.
W połowie drogi, gdy opowiedziała już cały przebieg wydarzeń i wszystko, co się wydarzyło (nawet akcja z Lisą), wściekłość zagórowała w niej i przestała odpowiadać na kolejne pytania. Zakończyła pytanie stwierdzeniem, że chciała się dowiedzieć, jak posuwa się Sebastian ze swoim planem, a najwyżej ustawieni mieli zawsze najświeższe informacje oraz współpracowali z ciemną stroną mocy. Usiadła sztywno na przednim siedzeniu i tępo gapiła się przed siebie, modląc się w duchu, aby nerwy nie puściły jeszcze komuś prócz niej.

* * *

Wszyscy wrócili zmęczeni do Instytutu, a siostra Adama odzyskała odrobinę świadomości.
- Ale było fajnie! – krzyknęła, po czym spotkała się ze złowrogim spojrzeniem Lucyny.
- Obiecuję, że jak sama za chwilę nie pójdziesz spać, to zaciągnę cię do twojego pokoju za kłaki!
- Nie umiesz się bawić – prychnęła zirytowana.
- Mówiłam ci, nie pij tyle! Ale ty oczywiście musiałaś postawić na swoim i wiesz dobrze jakby się to skończyło!
- Myślałam, że miałyśmy właśnie to zrobić, zbliżyć się do nich – odpowiedziała półprzytomnie.
- Ale nie do takiego stopnia, jazda na górę! – wrzasnęła rozwścieczona, po czym bezsilnie oparła się o kamienną ścianę i przymknęła na moment powieki.
Poczuła się słabiej, a świat wokół niej zawirował, jakby była na karuzeli. Od twarzy odpłynęła jej krewa, a na czole ukazał się zimny pot.
Czas.
Słowa zakuły ją boleśnie w skroniach, po czym znów wszystko zobaczyła: wampira, Lisę, nóż. Próbowała się uspokoić i odtrącić nieprzyjemne wspomnienia z przed godziny. W tym czasie jej siostra chwiejnym krokiem wdrapała się na schody i ruszyła do swojego pokoju.
- Coś się dzieje? – spytał spokojnie Alec, który się do niej zbliżył.
- Co? Nie, nic – odpowiedziała wyrwana z przemyśleń i przeczesując palcami włosy, odsunęła się od ściany po czym weszła do salonu, gdzie czekali już na nią wściekli jak osy dziadkowie oraz Jakub, który prawdopodobnie wrócił z nieudanego wypadu na miasto.
Był ze wszystkich mieszkających nastolatków w Instytucie najstarszy. Miał dziewiętnaście lat, krucze włosy, gładką, delikatną twarz, szmaragdowe oczy i szelmowski charakter, który zawsze w nim ceniła. Był dla niej najważniejszy. Zachowywał się dla niej jak starszy brat i jako pierwszy poznał jej wszystkie sekrety, obawy oraz marzenia. Był jej bliższy niż Adam czy Lisa, ale o tym tylko ona wiedziała
- Lucyna, coś ty sobie myślała? – spytał Jerzy i wstał do niej.
-O to samo już ją w czasie drogi pytałem – wtrącił się Luke, który wyszedł z holu razem z resztą.
- Wy tego nie rozumiecie, nadchodzi coś, czego nikt z nas nie pojmuje! To jest o wiele gorsze od tego, co było niedawno i przewodzi tym wszystkim tylko jedna osoba! Między nami są wtyki, a także kapusie, jak się ich dobrze przyciśnie wyśpiewają wszystko i zdołamy się przygotować, jak również dowiemy się, kto za tym stoi! Tylko, dlaczego zawsze, gdy próbuję właśnie to zrobić, ktoś mi się wpiernicza w interes?! – krzyknęła w stronę wszystkich, którzy pojechali do Ambasady. – Tyle lat nikt się mną nie interesował, a teraz każdy chce mnie wychować na aniołka prosto z nieba. Nie! Ja nie pochodzę z nieba i wiecie o tym dobrze! – wrzasnęła na swoich dziadków.
- Lucyno… - zaczęła spokojnie staruszka.
- Co?! Co chcesz?! Prawdy?! Proszę bardzo: jestem dzieckiem Boga i Szatana, jestem hydrą, chodzącą w ludzkiej skórze, jestem potworem, dla którego śmierć jest rozrywką, a cierpienie najprzyjemniejszą rzeczą, którą mogę zadać. Właśnie tym jestem!
W jej oczach zalśniły łzy, po czym wybiegła z salonu i popędziła do swojego pokoju zatrzaskując z całej siły drzwi. Gwałtownie otworzyła okno i łapiąc ogromną poduszkę ze swego łóżka wyrzuciła ją na dach, sama wychodząc za nią. Zamknęła za sobą okiennice i wdrapała się na miękki materiał. Rozpięła swoją koszulę i spojrzała w miejsce gdzie pod skórą biło serce. Na skórze powoli zaczął się żłobić złoty symbol, jako jedyny niebędący Znakiem, lecz pieczęcią jej cyrografu, ukazujący się tylko, gdy padał na niego blask Gwiazdy Północy. Podkuliła nogi pod brodę i zaczęła przez łzy oglądać rozgwieżdżone niebo, przeklinając w duchu, że dostała drugą szansę.

* * *

- O czym ona mówiła? – spytał Luke w chwili, gdy do salonu weszli Jocelyn z Magnusem.
- Powinna wam sama o tym powiedzieć – odparła staruszka, a czarownik jej zawtórował.
Oboje znali prawdę najlepiej i wiedzieli, że tą wiedzą nie powinni się zbytnio chwalić, póki ona sama im tego nie wyzna.
- To może my do niej pójdziemy? – zaproponował ku zdziwieniu wszystkich Jace.
- Zgoda, a później odwiedźmy Simona w Sanktuarium, jego nowym domu pokoju i w ogóle – westchnęła rozgoryczona Isabell.
- Dobrze, ale już chodź – powiedział Nocny Łowca i skierował się do schodów.
Do jej pokoju dalej poprowadził Adam, który jako pierwszy wszedł do środka uważając, aby nie dostać jakimś przedmiot.
Zdziwiło go, że niczym nie otrzymał po głowie, jak to miał w zwyczaju dostać od Lucyny lub Lisy, kiedy wchodził do ich pokoi.
Wszyscy weszli zaraz za nim i stanęli na środku ogromnego, wypełnionego książkami, ubraniami, bronią jak i sporą ilością płyt i rysunków pomieszczeniu. Mimo że było w nim sporo rzeczy, był to pokój porządny i poukładany, co zdziwiło prawie każdego.
- Przecież nigdzie jej nie ma! – powiedziała lekko przerażona Isabell rozglądając się po pomieszczeniu.
- Spokojnie, nie rób mała paniki – odpowiedział szelmowskim głosem Jakub wymijając ją i podchodząc do okna.
Sprawnym ruchem je otworzył i odwrócił się do reszty.
- Chodźcie – powiedział i odsunął się od okiennicy.
Wszyscy zbliżyli się do parapetu i jeden przez drugiego wyjrzał na zewnątrz.
Siedziała na ogromnej poduszce wpatrzona w gwiazdy. Jej kolorowe włosy targał wieczorny wiatr, tak samo jak rozpiętą koszulę. Delikatnie się trzęsła, bardziej z rozpaczy niż zimna, a paznokciami żłobiła wzory we własnej skórze do tego stopnia, że płynęła po jej przedramionach krew, aby za chwilę znikać już po zagojonych ranach.
Na tle ciemnego nieba z milionem błyszczących gwiazd, wyglądała jak istota nie z tego świata, jakby uciekła z innego wymiaru. Ten widok wypalił się pod powiekami Jace oraz Alec’a, którzy nie posługując się żadnymi słowami, lecz wzrokiem, zgodzili się, aby wyjść na dach i podejść do dziewczyny. Oboje bez problemu przedostali się na dachówki, które okazały się nad wyraz śliskie, jakby były wysmarowane smarem. W ostatniej chwili złapali się framugi, a Clary wydała zduszony krzyk przerażania.
Lucyna gwałtownie odwróciła się zapinając szybko koszulę.
- Co wy do jasnej pogody robicie?! – spytała zdenerwowana widząc, jak próbują utrzymać równowagę.
- Idziemy do ciebie – powiedział bez precedensu Jace.
- Cholera, ale tu ślisko – przeklął Alec, łapiąc równowagę.
Dziewczyna wstała i spojrzała na nich wściekle, po czym rozwinęła swoje skrzydła, na których znaki w świetle księżyca zaczęły się mienić niczym tęcza.
- Nie ruszajcie się, bo odlecę.
- Blefuje – powiedział Jakub, stojący w oknie. – Nie jest w stanie polecieć, gdyż miała jeszcze niedawno połamane skrzydła i nie trenowała. Nie zdoła się utrzymać.
Lucy, zacisnęła z całej siły pięści i cofnęła się na kraniec dachu. Znała go na tyle dobrze by wiedzieć, która dachówka nie jest śliska i nie odpadnie, gdy na niej stanie. Patrzyła się lodowatym wzrokiem na wszystkich stojących w jej pokoju i na dachu.
- To dobrze się składa, zakończę wreszcie to, co już dawno powinno być zakończone – syknęła przez zęby.
- Czyli co? – spytała, Isabell.
- Życie – powiedziała i wygięła się w tył lecąc w stronę ziemi głową.
Wszyscy gwałtownie zamarli, a Alec z Jacem, z poślizgiem zjechali na kraniec dachu, przerażeni. Oboje jak na znak się wychylili, a Lucyna musnęła ich piórami po twarzy frunąc, jak strzała w górę i z obrotem rozprostowując do końca skrzydła. Zaczęła z gracją obracać się wokół własnej osi, pikować i unosić się, szybować i okrążać Instytut pozostawiając po sobie złoty pył.
Robiąc czwarte kółko wylądowała za chłopakami i łapiąc ich za ręce, pociągnęła do okna. Wszyscy jak na znak się przesunęli, a Lucy chwytając się framugi wskoczyła do środka zaraz po ukryciu skrzydeł.
- Zawsze stawiasz na swoim? – spytał z irytacją Kuba.
- Tobie? Zawsze. – Uśmiechnęła się do niego i delikatnie pogładziła jego policzek.
Chłopaka przeszedł przyjemny dreszcz, a do głowy wróciło wiele wspomnień, związanych jedynie z nią. W ostatniej chwili zdusił w sobie chęć prośby o powtórzenie kilku wydarzeń i nie chcąc bardziej się zmieszać wyszedł z pokoju.
Chwilę patrzyła za nim z lekkim rozżaleniem w sercu, lecz po chwili odwróciła się do reszty i widząc ich wyrazy twarzy wiedziała, co chcą wiedzieć i postanowiła, choć trochę im to wyjaśnić.
- Chodźcie na dół – powiedziała po dłuższej chwili i wyszła z pokoju.

* * *

- Każdy z was nazywa mnie upadłym aniołem, lecz wiecie dobrze, że są to dzieci Boże, które wpadły w sidła Szatana, a ja jestem aniołem upadłym nieba, gdyż Bóg oddał mi największą część duszy. Tak... Umarłam i narodziłam się na nowo, lecz już bez tego, co ludzkie. W chwili, kiedy się odradzałam większość duszy oddał mi Bóg, lecz resztę otrzymałam od Szatana. Tak samo Diabeł podarował mi skrzydła, aby Gabriel mógł nakreślić na nich anielskie Znaki chroniące mnie. Na skórze wypalono mi Runy piekielnym ogniem, a rany obmyto świętą wodą, która zamaskowała wszystko, zostawiając moc. Diabeł oddał mi część swego charakteru i zdolności tak, aby równoważyły się z darem od Boga. To wszystko brzmi niesamowicie, lecz za to zapłaciłam najwyższą cenę...
Nastała grobowa cisza, jaka mogłaby jedynie panować w Cichym Mieście. Podążała wzrokiem po twarzach wszystkich zgromadzonych i szukała kogoś, kto będzie niewzruszony, lecz patrzyli na nią jakby miała raka, którego nie można już wyleczyć. Jakby to, co otrzymała, jako dar było najgorszą chorobą, śmiertelną…
Taka prawda…
- Oto i moja tajemnica skrzydeł i tego wszystkiego… wierzę i w Boga i w Szatana, choć nie jestem ani aniołem, ani demonem, a człowiekiem siebie nazwać nie mogę – zakończyła z żalem i spuściła wzrok.
- Jesteś Lucyną, moją siostrą – odparł Adam i wyszedł do przodu.
- Jesteś aniołem i kimś ważnym w moim czy każdego zgromadzonego tutaj życiu – dopowiedział Peter i również się wysunął.
Spojrzała na nich z wdzięcznością, a następnie na resztę, która zaczęła przytakiwać na te słowa i zgadzać się z nimi.
- Znamy prawdę, lecz nie będziemy przez to inaczej cię traktować – odparł Alec i również postąpił krok do przodu.
Zaraz po tym każdy tak powiedział i również się do niej zbliżył.
- Pamiętaj, że masz nas wszystkich i jesteś członkiem rodziny, Lucy – zakończył Jerzy i uśmiechnął się do niej.

* * *

Wróciła do swojego pokoju i ponownie wyszła na dach. W tym miejscu czuła się najlepiej i po każdym ważnym dla niej wydarzeniu lubiła się tutaj zrelaksować. Zamknęła oczy i zaczęła się wsłuchiwać w szum wiatru oraz odległe dźwięki ruchliwej ulicy.
- Można? – Usłyszała za sobą spokojny głos.
Szybko się odwróciła i ujrzała za sobą Luka, który stał przed oknem i patrzył na nią niepewnie.
- Tak, jasne – odpowiedziała lekko zmieszana i przesunęła się na poduszce.
- Dzięki – odparł i usiadł koło niej. – Chciałem z tobą porozmawiać.
- Tego się spodziewałam – rzekła i lekko uśmiechnęła.
- Rozchodzi mi się o twoją likantropie. - Na te słowa dziewczyna gwałtownie stężała, a jej postura była już mniej przyjazna, jak i wyraz twarzy. - To, że jesteś zdziczała nic nie znaczy, możemy potrenować i cię oswoić jako wilka. Zajmie to trochę czasu, ale zawsze można popróbować.
- Ale gdzie? – spytała widząc małe światełko w tunelu.
- Nocami w parku. Będziesz się zamieniała nie tylko pełnią i trenowała własną, ludzką wolę, a nie zwierzęcą.
- Nie wiem – odpowiedziała niepewnie i odwróciła głowę.
- Jak się zdecydujesz powiedz mi o tym córeczko – powiedział i całując ją w czubek głowy wrócił do pokoju.
Znieruchomiała na dłuższy czas, uświadamiając sobie, że pierwszy raz ją tak nazwał – córką.
Gdy księżyc był już nisko, dopiero wróciła do siebie i poszła spać, chodź nadal jej głowę trapiła propozycja ojca.

* * *

Gdy Jace z Alekiem, Clary i Isabell zeszli rano do salonu przeżyli niemałe zdziwienie. W Instytucie nie było cicho i spokojnie, lecz gwarno i wręcz tłoczno. Między pokojami, salonem a kuchnią cały czas ktoś się przewijał.
Domownicy, jeszcze nieubrani ani nieuczesani rozmawiali między sobą, pomagali, pożyczali, czasami nawet kłócili. Wszystkie zajęte pokoje miały pouchylane drzwi. Z jednego dobywał się uroczy śmiech bliźniczek, z kolejnego narzekania Adama, a z następnego sunęła gorąca para wodna. W przeciwnych pokojach również było słychać głosy rozmowy, co jakiś czas któryś z nastolatków wychodził i na bosaka zbiegał do kuchni by zaraz z niej wybiec i wrócić do pokoju, lecz nie zawsze swojego.
Kubuś sunął przez hol ciągnąc za sobą misia i trąc zaspane oczy. Po chwili został wzięty na ręce przez Michała, który szybko zabrał go do salonu i mówiąc roztargniony „dzień dobry” posadził małego na kanapie nakazując mu czekać na śniadanie, a sam pobiegł po tacę z kubkami i porcelanowymi czajniczkami z herbatą i kawą.
Nocni Łowcy ze Stanów patrzyli się na to zszokowani. Był to dla nich chaos, który o dziwo miał swój porządek. Każdy wiedział gdzie ma iść, co zrobić, w między czasie porozmawiać z innymi. Z góry dochodziły już krzyki i śmiechy nastolatek, co oznaczało, że się już pogodziły. Po chwili do salonu w samych majtkach i podkoszulku jednego z chłopaków wpadła Lucyna i przed ogromnym lustrem zaczęła rozczesywać włosy.
Zaraz za nią zeszła Lisa i sama czesząc swoje mówiła:
- To nie ja zbiłam ci lustro!
- A to niby kto?! Najlepsze jest to w tym, że jeszcze nikt nie zawiesił mi nowego.
- Sama je zbiłaś, a i nawet wiem, kiedy – rzekła dumnie dziewczyna stając przy schodach.
- No niby, kiedy? Bo aż jestem ciekawa – odpowiedziała Lucy ignorując innych i nadal się czesząc.
- A wtedy, kiedy ty postanowiłaś ochrzcić swoją łazienkę z Peterem i uderzyłaś w nie własnymi plecami namiętnie się całując i Bóg wie, co jeszcze – odparła szyderczo się uśmiechając do siostry.
Wszyscy w salonie umilkli, a ci, co pili to aż się zakrztusili. Lucyna gwałtownie się odwróciła do Lisy i spojrzała na nią wściekła.
- Zabije cię! – syknęła z udawaną złością i ruszyła w jej stronę ze szczotką w gotowości.
Dziewczyna nie zwlekając pomknęła w stronę bawialni i pokoju muzycznego, a Lucy zaraz za nią. Po chwili w całym Instytucie rozbrzmiał ich pisk i głośny śmiech.
- Nie przejmujcie się nimi – powiedział Jakub wchodząc do salonu. – Najbardziej, co może ucierpieć to szczotki, a teraz chodźcie na dół do głównej jadalni.
Odsunął się, aby wszystkich przepuścić, po czym stanął przy schodach i krzyknął głośno:
- Śniadanie!
Jak na zawołanie, wszyscy czy ubrani czy też nie zaczęli schodzić na dół. Dziewczyny jako pierwsze przybiegły i witając całusem i uściskiem dziadków oraz młodsze rodzeństwo zaczęły pomagać w noszeniu. W kuchni okazało się, że również pomaga Jocelyn, a Luke pilnuje patelni, na których smażyły się jajka.
- Dzień dobry! – krzyknęły obie, a wyglądały jakby wróciły z potężnej wichury.
Każdy na nie spojrzał lekko zszokowany, zapominając o odpowiedzi. One jednak w ogóle się tym nie przejęły i z gracją zaczęły przynosić na stół jedzenie.
Gdy wszystko, co było naszykowane znalazło się na stole, każdy do niego zasiadł i rozmawiając zaczął jeść.
Na początku goście byli lekko zmieszani, lecz po chwili również przyłączyli się do konwersacji i zaczęli się czuć jak część tej wielkiej rodziny. Zdawało się, jakby ten Instytut był prawdziwą Utopią. Miejscem gdzie nie ma waśń, gdzie każdy żyje w zgodzie i zachowanym porządku. Tutaj każdy siebie rozumiał, szanował i traktował jak rodzeństwo.
W połowie śniadania Lucyna gwałtownie spoważniała i zaklęła pod nosem.
- Czy to ładnie tak zapominać o jeszcze jednym lokatorze? – spytała ironicznie i szybko skierowała się do kuchni.
Po chwili z niej wyszła trzymając w rękach małą, srebrną miskę z karmą.
- Pikuś! – krzyknęła i jak na zawołanie z pod stołu wyłonił się małej wielkości pekińczyk o biszkoptowej sierści. Wyciągnął się niczym kot i ziewnął zamaszyście, po czym dystyngowanym krokiem skierował się do Lucyny. Najpierw oparł się o jej kolana i polizał ją w policzek, gdy klęczała, a następnie zainteresował się zawartością miski.
Pies ten zachowywał się jak arystokrata. Miał dumny krok, zawsze trzymał łepek wysoko w górze, a jego bujna sierść pod nią imitowała grzywę lwa. Prócz tego miał długi, przełożony na prawy bok puszysty ogon, którym zamiatał podłogę.
Lucyna poklepała go lekko po łepku i wróciła do stołu.
- Co to za rasa? – spytała, Isabell patrząc na zwierzaka.
- Pekińczyk – odpowiedziała za nią Margaret.
- A dlaczego on ma taki płaski pysk? – zapytał bezprecedensyjnie Jace.
- Bo miał spotkanie z patelnią – odparła sarkastycznie Lucyna.
Nocny Łowca popatrzył na nią zszokowany.
- Nie słuchaj jej Jace – odpowiedziała śmiejąc się Lisa. – Ta rasa już taka jest. Mają krótkie pyszczki i ogromne oczy oraz są…
- Wredne – powiedziała na koniec Lucy. – Jest to rasa pochodząca z Chin. Kiedyś te psy mógł mieć tylko chiński cesarz, który dzięki ich niewielkim rozmiarom trzymał je w swoich rękawach szaty. Były one ostateczną ochroną władcy, bo mimo ich rozmiarów są bardzo niebezpieczne, gdyż mają tylko jednego właściciela, tak jak koty i będą go do końca chroniły.
- To wiadomo skąd ma taką postawę – skwitował Alec i zaczął dalej jeść.
Rozmowa zaraz zmieniła swoje tory, aż do chwili, kiedy Jerzy otrzymał ognistą wiadomość. Wszyscy gwałtownie umilkli, a mężczyzna biorąc pod rękę swoją żonę wyszedł z pomieszczenia przepraszając gości.
- Ej, co to może być? – spytał Peter resztę przy stole.
- Mam głupie przeczucie, że rozchodzi się o mnie… - powiedziała spokojnie Lucyna. – Jakby nie patrzeć jestem w Europie bezprawnie, więc Cleve na pewno już mnie wyczuło.
- Nie gadaj głupstw! Przecież ty nic nie zrobiłaś – syknął zirytowany Samuel.
- Nie wiem czy „zabicie” ojczyma jak również jeszcze kilku osób, a także sprzeciwienie się Enklawie jest takim „nic” – odparła.
- Jak to zabiłaś? – Spytała zaskoczona Clary i lekko się wzdrygnęła.
- Jako wilkołak zabijam ludzi. Jestem zdziczała, nic nie pamiętam z pełni, a po drugie przybyli do mnie kiedyś wysłannicy z Cleve i chcieli mi odebrać Znaki, ponieważ okazałam się Podziemnym, któremu trwałe Znaki pozostały. Ja nie pozwoliłam ich sobie odebrać i lekko się rozwścieczyli moim postępowaniem. Niedługo później chcieli mi je odebrać siłą, a ja się nie dałam no i trochę ich poszkodowałam, więc wystawili na mnie list gończy na cały kontynent, a ja uciekłam chroniąc tym swoją głowę.
- Widać miałaś wtedy gorsze dni – westchnął Jakub, kiedy zapadła długa cisza.
- A może okres ci się zbliżał? – spytała zamyślona Lisa.

* * *

- Jeszcze dzisiaj przyjdzie do ciebie Lucyno brat Zachariasz, ma podobno do ciebie sprawę.
- Do mnie?! – wykrztusiła zaskoczona patrząc na Margaret.
- Tak, czy wiesz może w jakiej to być sprawie, znów kogoś zabiłaś? – spytała surowo.
- Nie! Nie zarzucaj mi takich rzeczy! – krzyknęła wściekła.
- Uspokój się i nie podnoś na mnie głosu! – skarciła ją staruszka.
Dziewczyna nic więcej nie mówiąc wstała od stołu i wyszła z jadalni mrucząc pod nosem:
- Co Jem ode mnie chce?

wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział #6 - Kolejny element układanki

Wszyscy wstrzymali oddech, połowa nawet zamknęła oczy. Zdawało jej się, że spada całą wieczność, że ten lot jest nieskończenie długi. Nic nie widziała, nie chciała widzieć. Wolała wyobrazić sobie przybliżającą się ziemię. Po chwili poczuła ból, nastała ciemność i błoga cisza.
Ludzie podbiegli, do roztrzaskanego ciała, policjanci zaczęli ogradzać teren, straż spłukiwała krew, która była wokół. To wszystko działo się tak szybko, a trwało godzinami. Podjechał konwojent i zabrał ciało do kostnicy.
W ciemności zaczęła słyszeć głosy. Jeden niczym śpiew amazonek, drugi niczym skrzek. Oba do niej przemawiały, jeden przez drugiego. Słowa się składały, jak w inkarnacji:

- Wybrana z pośród duszy setek…
- Aby złączyć to, co jest wrogami.
- Zrodzona na nowo, w tej samej skórze
- Lecz inna, zmieniona, oddana naturze.
- Jej duszę podzielną w większości oddałem
- Ja również swą część jej powierzyłem.
- Ty żyjesz na szali, a szalą jest Ziemia.
- Im niżej się kłania, tym bliższa mi jesteś
- Im wyżej się wznosisz do mnie się zbliżasz.
- Ja daję ci skrzydła, na znak mego stworzenia,
- A moje dziecko na nich runy złoży.

Nastała dłuższa chwila milczenia po czym dwa głosy zaczęły mówić jednocześnie:

- Ty jesteś zrodzona z Nieba i Piekła. Ty jesteś żyjącym przymierzem wrogów. Ty jesteś kimś innym, na którego kładziem losy świata tego. Twój wybór jest, jak wszystko się potoczy, lecz czas cię nagli i szybko umyka. My wybierzemy twoją chwilę śmierci, my zabierzmy ci oddech i ciało. Będziesz to czuła, będziesz tego świadom, sama wyczujesz kiedy czas nadejdzie. Stajesz na szali teraz równej świata, każdy twój krok będzie kowadłem lub piórkiem. Stąpaj z myślą i rozsądkiem, zużyj życie godnie. Swą krwią wylaną z rozpaczy i cierpienia podpisałaś cyrograf, bądź tego świadom. Nie wycofasz się przed tym jesteś sobie winna, jak również jesteś darem zesłanym na Ziemię.

Po tych słowach nastąpiła eksplozja jasności i płomienie, które lizały jej ciało, acz były zimne. Wszystko się do niej zbliżało, ciało wewnątrz paliło, jakby było żywym ogniem, lecz ona przestała z tym walczyć, czekała, aż wszystko ucichnie, osłabnie, jak się skończy...
Otworzyła oczy i ujrzała nad sobą niebieskie, zimne światło, lekko mrugające i, co chwile przygasające, jakby gdzieś w pobliżu panoszyły się demony. Uniosła się powoli na łokciach i spojrzała na swoje ciało, nadal ubrane w sukienkę, całą zalaną krwią, mimo że nie czuła już bólu.
- Czy ja umarłam? – szepnęła sama do siebie – Ale to dlaczego oddycham?
Powoli zsunęła się z metalowego, chromowanego stołu i chwiejnym krokiem zbliżyła do umywalki z lustrem. Przyjrzała się sobie i zamarła. Jej twarz opuchnięta, porozcinana zakrwawiona, wręcz całkowicie zmasakrowana, zaczęła się goić na jej oczach. Tak samo stało się po chwili z rękoma, torsem i całym ciałem. Szybko obmyła twarz wodą i zaczęła się sobie przyglądać. Całkowicie zapomniała o tym, że w środku nocy znalazła się w kostnicy, gdzie leżało jeszcze wiele ciał. Gdy to sobie uświadomiła przełknęła głośno ślinę i powolnym krokiem zaczęła się cofać do drzwi. Będąc już blisko, nagle poczuła ból łopatek, zmuszający ją do osunięcia się na kolana. Zaczęła się miotać w konfuzjach, po czym poczuła, że coś się z niej wydostaje.
Skrzydła.
Pokaźnych rozmiarów, czarne, opierzone kończyny, na których widniały starannie narysowane złote Znaki. Dużo z nich widziała po raz pierwszy w życiu, niektóre jednak były jej znajome.

- Jesteś paktem dwóch wrogów, a na twych barkach spoczywają losy tego świata. – Usłyszała w swojej głowie głos, który uświadomił jej, że to co się wydarzyło nie było snem.
- Ja naprawdę powstałam z martwych – szepnęła przytykają sobie rękę do ust.

* * *

Obudziła się i zaczęła masować obolałe skronie. Znowu śniło jej się to wszystko, o czym chciała zapomnieć, jednak to wolało ją prześladować.
Mijał piąty dzień od kiedy, znalazła się u siebie w Instytucie i już powoli stawała na nogi, lecz do tej pory nie rozwijała skrzydeł, wiedząc, że i tak nie będzie wstanie na nich latać, a po drugie był środek nocy.
Ponownie zsunęła się na poduszki i postanowiła jeszcze odrobinę przespać.

* * *

Podleciała do swojego domu i ujrzała zrozpaczoną matkę kłócącą się z Erekiem. Mężczyzna na nią krzyczał i podnosił rękę, lecz dopiero za którymś razem opuścił ją na twarz Sferii. W Lucynie zagotowała się chęć mordu. Miała wielką ochotę potraktować jej oprawcę tak samo, jak on jej matkę, lecz powstrzymała się i czekała na dalszy przebieg wydarzeń.
Sferia, nie została mu wdzięczna i również przyłożyła mu w twarz, po czym wybiegła z domu i ukryła się w szopie. Lucy w ostatniej chwili skryła się za filarami, aby jej nie zauważyła.
Długą chwilę było słychać odgłosy z pomieszczenia, gdzie schowała się Sferia, lecz nagle zapadła grobowa cisza. Dziewczyna zaciekawiona tym, zajrzała do pomieszczenia i zmarła. Jej matka wisiała się na sznurze, a do bluzki przyczepiła sobie kartkę z napisem:

Kochani!
Opuszczam was, gdyż nie mogę znieść tego, że moje dziecko nie żyje. Zostałam sama, z winą ciążącą mi na sumieniu. Nie jestem w stanie z nią żyć, więc odchodzę, z nadzieją, że tam zostanie mi wybaczone, jak i zarazem kiedyś wszyscy się spotkamy.
Kocham Was.
Sferia

Lucyna w ostatniej chwili przełknęła łzy, które chciały wypłynąć z oczu. Jej matka nie widząc oparcia w swoim mężu, załamała się i powiesiła, zostawiając, jeszcze piątkę dzieci. Nie mogła tego przetrwać, patrząc na blednące ciało, osoby którą jako jedyną kochała i nienawidziła tak mocno, jak tylko mogła. Nie myśląc zbyt długo, odwróciła się i wyszła z szopy sztywnym, prostym krokiem, po czym zaraz skierowała się do domu, gdzie zaplanowała urządzić mały psychiatryk dla kogoś, komu należał się jedynie obłęd i bolesna śmierć.
Tak właśnie Lucyna zaczęła wykańczać psychicznie swego ojczyma. Ukazywała mu się nagle i znikała. Szeptała do niego i krzykiem wybudzała ze snu. Cieszyła się, że jej rodzeństwo zostało w Instytucie z dziadkami, a ona mogła do woli się bawić niczym najgorszy oprawca. Dwa tygodnie, dzień w dzień dręczyła go, aż zapadł się w swoim własnym umyśle i będąc już niezdolnym do racjonalnego myślenia zmusiła go, aby sam się zabił. Zrobił to z wielką chęcią. Bez problemu przebił się nożem, dzięki czemu ona nie musiała sobie plamić rąk jego krwią.
Szala obniżyła się.
Parę dni później odwiedziła wspólny grób, gdzie była pierwszy i ostatni raz. Położyła dwie róże; na grobie matki i na grobie Antosia, do którego śmierci przyczyniła się ona sama. Trzeci grób – Ereka – postanowiła nie zbeszczeszczać, choć miała na to wielką ochotę.

* * *

- Magnusie, czy ty wiesz, gdzie się ona dokładnie znajduje? – spytał Luke podjeżdżając na lotnisko.
- Tak – odparł czarownik ze stoickim spokojem
- Czyli gdzie? - dopytywał
- W Instytucie.
- Za bardzo to nie pomogłeś – odburknął Jace, a następnie dodał: – Dlaczego nie możemy przenieść się Bramą?
- Wiesz ile kosztuje to mojej magii, a zarazem fryzury?  Po drugie, przecież i tak nie płacimy za lot, bo już się o to postarałem, a będziemy mieli ciekawe widoki – odrzekł Magnus z uśmiechem.
Prawie wszyscy westchnęli żałośnie i popatrzyli na siebie z brakiem jakiegokolwiek przekonania, co do słów czarownika.
Do Polski ogólnie jechało ich ośmioro: Luke, Jocelyn, Alec. Magnus, Jace, Izzy, Clary i Simon, który nie chciał zostawić Isabell samej. Państwo Lightwood’owie pozostali, aby zająć się Instytutem, a Maia na czas nieobecności Luciana postanowiła zaopiekować się stadem.
- A w ogóle wiesz gdzie jest ten Instytut? – spytał Alec patrząc na Magnusa.
- Wiem gdzie powinniśmy go szukać, ale najpierw dolećmy na miejsce – odpowiedział i skierował się do wejścia samolotu z biletami, które nagle znalazły się w jego ręce. – Chyba lubicie latać pierwszą klasą?

* * *

Drzwi otworzyły się ostrożnie, a w ich wnęce ukazała się głowa Lisy.
- Lucy, śpisz?
- Nie. Jestem przy toaletce – odpowiedziała dziewczyna i lekko się wychyliła na stołeczku obszytym jedwabiem.
Lisa od razu weszła do środka i usiadła na łóżku przyglądając się swojej przybranej siostrze.
Tak bardzo się za nią stęskniła, że gdy znów wróciła do rodziny, nie opuszczała jej na krok, tym samym cały czas wypytując się o ostatnie półtora roku.
- Lucy wiem, że dziadkowie się już ciebie o to tyle razy pytali, ale ja nadal nie rozumiem, gdzie ty się tyle czasu podziewałaś?
- Już ci mówiła Lis, że byłam w różnych miejscach, nigdzie nie gościłam zbyt długo, więc nie potrafię ci określić dokładnego mojego adresu zamieszkania przez ten czas.
Lisa cicho westchnęła i spojrzała na odbicie Lucyny, po czym zaciekawiona zapytała:
- Co robisz?
- Obcinam włosy. Jak chcesz, możesz mi trochę pomóc.
- Ale jak?
- Normalnie, przynieś mi ostrzejsze nożyczki, a i może jeszcze kilka farb do włosów.
Uśmiechnęła się do młodszej siostry, która już biegła do drzwi.

* * *

- No i jesteśmy na miejscu! – powiedział uradowany Magnus.
- Czyli? – spytała Izzy rozglądając się po zatłoczonym lotnisku i ludziach, którzy rozmawiali ze sobą, w nieznanym jej języku.
- Czyli – sapnął czarownik – na lotnisku im. Władysława Reymonta w Łodzi.
- Łatwiejszej nazwy do wymówienia dać nie mogli – żachnął się Jace, a Clary lekko się do niego przytuliła.
- Teraz dobrze by było znaleźć jakiś bus lub ogromną taksówkę, abyśmy wszyscy się mogli w niej pomieścić – rzekł Bane.
- Aby sobie to ułatwić, moglibyśmy nasz wspaniały Seksapil Pingwina ponownie zmienić w szczura – zaproponował Jace z ogromnym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
- Nie zgadzam się! – warknęła Isabell i wzięła pod rękę Simona, który zawzięcie jej przytakiwał.
- Nie kłóćcie się teraz, tylko może wyjdźmy na zewnątrz i już skierujmy się do tego Instytutu – przerwał waśń Luke i ruszył w stronę wyjściowych drzwi.
Gdy znaleźli się przed głównym wejściem, rozglądali się za dość sporymi środkami transportu, lecz prócz autobusów miejskich, a następnie tramwajów, które okazały się dla nich lekkim zaskoczeniem, nie ujrzeli niczego co mogłoby ich przewieźć do celu.
Magnus, któremu najmniej to przeszkadzało, skierował się w stronę ulicy Pienistej, a następnie Obywatelskiej. W czasie drogi sporo mówił o miejscach, które mijali, a najwięcej opowiadał, gdy znaleźli się na ulicy Fabrycznej i Przędzalnianej, która prawie w całości została zabudowana dziewiętnastowiecznymi famułami, w których dawniej mieszkali robotnicy pracujący w Białej Fabryce i nie tylko.  
Idąc tą ulicą, przechodząc przez Aleję Piłsudskiego, a następnie mijając Nawrot, dotarli do parafii stojącej na rogu. Pierwsza część budynku, był to odnowiony kościół, z którego właśnie wychodzili wierzący z wieczornej mszy, lecz zaraz za nim zaczął się zmywać czar i ukazał ogromną gotycką dobudówkę, a bardziej prawdziwy kościół ustawiony, na poświęconej ziemi.
Instytut.
Prowadziła do niego stara furtka, która pod wpływem Znaku Otwierającego, zgrzytnęła przeraźliwie i wpuściła ich do środka.

* * *

Lucyna wzięła komórkę do ręki i sprawdziła sms’a od starego znajomego, do którego odezwała się za potrzebą. Uśmiechnęła się sama do siebie i pobiegła przez korytarz.
Szybko zastukała w drzwi i nie otwierając ich krzyknęła przez nie:
- Lisa, zbieraj się! Dostałam wstęp do Ambasady, nie mamy czasu, a Oni nie lubią czekać!
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko szybko zaczęła grzebać w swojej szafie.

* * *

Dzwonek do drzwi ponownie zabrzęczał i rozniósł się echem po kamiennym wnętrzu Instytutu.
- Obiecuje, że to jak znowu ty Jakubie, wracasz pijany, to nie wpuszczę cię! – krzyknęła idąc do drzwi Margaret, po czym przykładając stelę do zamka, otworzyła je.
Przed nimi stała spora grupa młodych Nocnych Łowców, czarownik i wilkołak, którego od razu rozpoznała po bliznach i zapachu.
- Słucham? – spytała po polsku, a gdy ujrzała, że jej nie rozumieją zaraz poprawiła się w języku angielskim.
- My do Lucyny Graymark – odpowiedział Magnus.
- Simon, proszę zostań na zewnątrz, niedługo do ciebie przyjdę – zwróciła się do wampira Isabell, a on lekko przytaknął głową.
- Boże Święty, w co ta dziewczyna się wpakowała? – szepnęła staruszka sama do siebie, po czym niechętnie ich wpuściła do środka i zaryglowała wejście. – Zapraszam do salonu, przyniosę coś do picia, kawę, herbatę, a Lucy zaraz powinna zejść na kolację, więc wybaczą państwo, ale już nie będę jej szukała. – Uśmiechnęła się poczciwie i ruszyła w stronę schodów prowadzących do kuchni.
Wszyscy powoli weszli do ogromnego pokoju przepełnionego fotelami, kanapami oraz kilkoma regałami z książkami. W niedużej mierze odróżniał się od Instytutów zachodnich, w których nie raz przebywali, lub odwiedzali. Ten wydawał się ogromnym domem, zadbanym i przerobionym na dziewiętnastowieczną modę, czyli wszystko drewniane i cieszące oko swymi pięknymi wzorami i freskami.
Również każdego zastanawiało ilu na stałe Nocnych Łowców tutaj mieszka wiedząc, że minimum dwójka na pewno.
Zapadła dość długa cisza, gdy dało się słyszeć ciche kroki od strony schodów prowadzących na wyższe piętra.
Gdy ujrzeli ją ponownie, nie wiedzieli, czy to jest ta sama osoba, z którą mieli do czynienia wcześniej.
Była… inna.
Jej wygląd przykuwał uwagę; włosy, które jeszcze do niedawna miała ścięte równo i z grzywką na bok, teraz zostały obcięte do połowy łopatek i bardzo wycieniowane, przez co zdawało się ich o wiele więcej. Nie miały już koloru ciemnego blond, lecz były ciemnobrązowe z kilkoma błękitnymi pasemek. Oczy miały idealnie zrobione granatowe powieki i czarne kreski, a usta były czarno – czerwone przypominające dojrzałą wiśnię. Paznokcie okazały się intensywnie ciemno niebieskie. Ubrana była w przetarte dżinsy i męską czarną koszulę, przeciągniętą pasem, a do tego samego koloru, co góra trampki na koturnie. 
Jej strój i cały wygląd bardzo przykuwał uwagę, lecz ona nic sobie z tego nie robiła, nawet ich nie zauważyła, tylko szybkim krokiem podeszła do drzwi.
- Lisa, do jasnej cholery pośpiesz się! – krzyknęła w stronę schodów, po których powoli schodziła dziewczyna ubrana w podobny strój, lecz z mniejszym makijażem, bez farbowanych włosów i z większymi trudnościami w chodzeniu na koturnie.
- Już, już idę – wysapała.
- Mówiłam ci, załóż zwykłe buty, jak nie umiesz w nich chodzić – westchnęła i chowając komórkę do kieszeni złapała za klamkę do drzwi w chwili, gdy dziewczyna gwałtownie się zatrzymała i otworzyła szeroko oczy i usta.
- Lucy, chyba mamy gości – szepnęła, lekko przerażona.
- No i co z tego? Na pewno nie do nas, lecz do któregoś z chłopaków. Pośpiesz się, bo za chwilę nie wyjdziemy w ogóle, jak nas dziadkowie złapią, a wiesz dobrze, że Oni nie lubią czekać – warknęła dziewczyna i podeszła do niej, łapiąc za rękę.
Spróbowała ją pociągnąć, gdy spojrzała na gości i w ostatniej chwili przełknęła przekleństwo.
- Lisa, ruszaj się! – syknęła i szybko pociągnęła siostrę do drzwi.
- A wy, dokąd? – Usłyszały znajomy głos Margaret dochodzących ze schodów kuchennych.
- Yyy… - jęknęły obie w chwili, gdy główne drzwi się otworzyły i stanęli w nich Samuel i Peter.
Wszyscy patrzyli na siebie nie wiedząc, co powiedzieć.
- Dziewczyny, a wy, jak widzę wybieracie się na imprezę – przerwał ciszę Samuel.
- Tak, wybieramy się, ale jak nas nie przepuścisz, to może w ogóle nie pójdziemy – szepnęła złowieszczo Lucy, nadal trzymając Lisę za rękę.
- Margaret, czy wiesz gdzie one się wybierają? – spytał Peter.
- No właśnie nie wiem. Po pierwsze i tak im nigdzie nie pozwolę TAK wyjść, a po drugie, Lucyna ma gości. – Wskazała głową na salon, w którym nadal wszyscy siedzieli i z zaciekawieniem przyglądali się całemu zdarzeniu.
Samuel zainteresowany ruszył do przodu, aby spojrzeć na nowo przybyłych w chwili, gdy z zewnątrz dobiegł sygnał klaksonu.
Lucy nie czekając ani chwili dłużej, pociągnęła siostrę i wybiegła na zewnątrz krzycząc:
- Wrócimy, nie martwcie się i nie czekajcie!
- Lucyna! – krzyknęła wystraszona Margaret i pobiegła za dziewczynami.
Obie zdążyły wybiec przed kościół i nie otwierając drzwi wskoczyły przez okna do mini – vana.
- Ruszaj! – wysapała Lucy na kierowcę i z piskiem opon wyjechali na pustą ulice.
- Boże Święty – westchnęła załamana staruszka i wróciła do Instytutu. – Gdzie one mogły pojechać?
- Jak, gdzie? Przecież Faerie dzisiaj w Ambasadzie organizują największą dyskotekę dla Podziemnych. Lucyna nigdy nie odpuści takiej okazji, a po drugie jej się nie dziwię. Rzadko się zdarza, aby najwyżej ustawieni Podziemni byli w jednym miejscu. Niesamowite wydarzenie. Sam bym chciał pójść, ale mam inne plany – westchnął Samuel.
- Zauważyłem, że Lucy wróciła do swej natury. Ten strój i zachowanie… Cała ona – powiedział zamyślony Peter, po czym skierował się do salonu, gdzie siedziała reszta.
- Witam – powiedział. – Wy do Lucy, tak?
- Tak, my do niej, ale powiedzcie nam co ona u was robi? – warknął lekko zirytowany Luke.
- Peter, idź do siebie, ja z nimi porozmawiam, a ty Samuel idź po Jerzego, przyda się tutaj. – Obaj chłopcy kiwnęli lekko głowami i skierowali się w przeciwne strony.
- Dostaniemy odpowiedź na pytanie? – spytał Lucian, kiedy staruszka usiadła w fotelu naprzeciw nich.
- A co mam powiedzieć? Lucyna jest prawie dla mnie jak wnuczka, przecież jest przybraną siostrą mych prawdziwych wnucząt.
- To pani jest panią Poleys? – zapytała do tej pory milcząca Jocelyn powoli łącząc wszystkie fakty.
- Tak, matka Ereka Poleys’a i opiekunka łódzkiego Instytutu.
W chwili, gdy skończyła to zdanie do pokoju wszedł postawny mężczyzna z siwą brodą i tak samo białymi włosami, który mógł mieć około sześćdziesięciu lat.
- Dzień dobry – powiedział i stanął koło swej żony. – Państwo w jakiej sprawie?
- Kochanie, oni przyszli do Lucyny i pytają się o to kim jesteśmy – rzekła Margaret i złapała go za rękę.
- A może państwo mi powiedzą, w jakiej sprawie państwo przyjechało do naszej wnuczki?
- Ja jestem jej ojcem i została można wręcz powiedzieć porwana i przewieziona tutaj – odparł Luke z zaciętą miną.
- Nie została porwana, tylko uratowana! – krzyknął chłopak, który wbiegł do pokoju z wyrazem wściekłości na twarzy.
Mógł mieć około szesnastu lat, z tego co wywnioskował Jace przyglądając się mu. Jak na tak młody wiek, był już dobrze zbudowany, a prawie całe jego ciało, było naznaczone znakami i wieloma bliznami, co nie tylko go postarzało, ale z miejsca nadawało mu odrobinę szacunku.
- Nikt jej nie porwał! Umarłaby z wycieńczenia i bólu w waszej zatoce, zanim byście ją znaleźli. Ja z siostrą jej pomogliśmy i powinniście być za to wdzięczni! – wrzasnął, a jego twarzy przybrała odcień dojrzałej czereśni.
- Adam, uspokój się i przestań krzyczeć! – skarcił go Jerzy, a chłopak opuścił głowę. – Przepraszam za wnuka – zwrócił się do wszystkich.
- To pański wnuk? – zdziwił się Alec rozpoznając chłopaka.
- Tak – odpowiedziała za niego Margaret. – Jest to przybrany brat Lucy, tak samo jak Kubuś.
- To ile na stałe was mieszka w Instytucie? – zaciekawiła się Clary.
- Hmm… - zamyślił się Jerzy – Ja, Margaret, Lisa, Adam, Kubuś, Wiktoria, Weronika, Samuel, Peter, Jakub, Michał i Lucyna, czyli łącznie dwanaście osób.
Wszyscy wytrzeszczyli na niego oczy.
- Ilu? – wykrztusiła Isabell.
- Dwunastu, coś źle powiedziałem?
- Nie, tylko ja sądziłam, że jak u nas jeszcze do niedawna było sześcioro, czy nawet siedmioro Nocnych Łowców na stałe to już jest dużo.
- Kochanie, jeszcze niedawno nas było trzynaścioro, zapomnieliśmy o Camille – zwróciła się do męża Margaret.
- Kto? – spytał się nagle Magnus.
- Nasza jedna z emigrantek. Młoda Nocna Łowczyni, ale już nią nie jest – odparła kobieta, zbywając dalsze pytania ruchem ręki.
- A co z Lucyną? – spytał nagle Luke zirytowany zmianą tematu.
- Wybieram się po nią do Ambasady, więc kto idzie ze mną? – zapytał Michał wchodząc do salonu i trzymając na rękach dwie, identyczne dziewczynki ubrane w białe sukienki w czerwone grochy.
- Babcia, babcia – pisnęły obie i postawione na ziemi wgramoliły się na kolana staruszki, która mocno je przytuliła i spojrzała na chłopaka z nuta niepewności w oczach.
- A kogo zabierasz od nas? – spytała po dłuższej chwili.
- Samuel ma ze mną iść. Peter z wami zostanie, bo ktoś musi upilnować maluchy, a Jakuba jak spotkam na mieście to go przyprowadzę – powiedział i lekko uśmiechnął się do bliźniaczek pochłoniętych ciągnięciem frędzli fartucha.
- A co do dzieciaków, gdzie Kuba? – zapytał Jerzy.
- Śpi u siebie w pokoju.
- Michał, ja z tobą idę – rzekł nagle Adam i spojrzał na przyjaciela.
- A czy nie jesteś trochę za młody? – Zastanowił się Nocny Łowca.
- Nie jestem za młody! To że ja się urodziłem w grudniu, a Lisa w styczniu to nic nie znaczy, bo to był ten sam rok! – wybuchł chłopak i zaczął ciężko oddychać.
- Już, już spokojnie, bez bulwersu – zaśmiał się Samuel wchodząc ubrany w strój bojowy, po czym spojrzał po gościach – I kto idzie?
Prawie wszyscy podnieśli rękę, prócz Magnusa i Jocelyn.
- Ja tutaj zostanę i pomogę tobie Margaret, tym samym chciałabym z tobą porozmawiać – powiedziała spokojnie narzeczona Luke.
- A ja nie mam wstępu do Ambasady od czasu, gdy ta Faerie, a nieważne… - rzekł Magnus i podszedł do okna.
Alec odprowadził go wzrokiem, który mógłby zamienić w kamień, tym samym się zastanawiając, o kim znów napomknął czarownik.
- Dobra, to reszta niech idzie ze mną do zbrojowni, dam wam stroje i broń – powiedział Michał i ruszył w stronę schodów.
____________________________________________________________________________
Kochani! Pisząc ten rozdział weszłam w temat, który nie wszyscy dokładnie znają czyli miasto Łódź. Zaczęłam tu opisywać trochę ulice, trasę przejścia itp. Cała trasa przejścia jest prawdziwa, tak można dojść z Lublinka do Parafii im. Świętego Piotra i Pawła, gdzie właśnie umiejscowiłam Instytut, lecz uprzedzam, że nie ma on żadnej dobudówki, gdzie dokładnie znajdowałoby się do niego wejście. Druga sprawa, często pojawia się u mnie nazwa: Ambasada.
Jest to klub na dzielnicy - Polesie - który: po pierwsze bardzo lubię, po drugie przypomina mi Pandemonium, gdyż często też tam pojawiają się ludzie, którzy mają inny ubiór, fryzurę, no ogólnie odróżniają się, tak jak Podziemni.