Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skrzydła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skrzydła. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2015

Rozdział #13 - Żelazne Skrzydła


Ahh tak... Po baaaaaaardzo długiej przerwie wreszcie udało mi się napisać rozdział. Nawet przed terminem! (miałam go wstawić 6). Postaram się już tak bardzo nie zaniechać tej opowieści i mam nadzieję, że pojawią się nowi czytelnicy, jak i nowe komentarze! Tak jak obiecałam mamy tutaj troszkę więcej Sebastiana :3 
__________________________________________________________________

Zastanawiał się, przed czym ucieka. Przed śmiercią? Przed kodeksem?
Przed sobą?
Każdy dzień w podróży doprowadzał jego ciało do większych skurczów i zawrotów głowy. Czuł się słabo i wiedział, że to przez jego ból psychiczny, przez strach. Nie zastanawiał się, dokąd idzie, choć cieszył się, że w ogóle gdzieś podąża, że ta wędrówka go uspokaja, oddala od epicentrum wszystkiego, co go zmieniło.
Parabatai
Zawsze sądził, że ta więź nigdy nie podzieli ludzi, że mimo wszystko ci, którzy zostali nią związani wspomogę siebie, zrozumieją, poradzą… uratują. Mijały powoli kolejne tygodnie od tego, jak ostatni raz widział jego oczy. Nieprzeniknione głębiny, dwie czarne źrenice, przyglądające się jemu, a w ręce nóż. Pocałunek złożony na ostrzu i dłonie, które mu je podają oraz słowa docierające do jego uszu będące niezrozumiałą masą dźwięków, które ranią go, choć ich nie pojmuje.
Dlaczego?
Co się dzieje?
Kim jesteś, co się stało? Jak możesz mi to robić, jak możesz mnie zostawiać?
Parabatai – wieź została przerwana.
Pamiętał, jak on mówił, że to wszystko się skończyło już wcześniej, kiedy się przemienił, ale on sądził inaczej. On był pewien innego i nie mylił się. On złamał przysięgę, przerwał ją, kiedy odsunął się od niego. Brzydził się go.
Tak…
Widział to w jego oczach. Ta nieukrywana pogarda, do tego, kim się stał… Czym się stał.
Kiedyś oboje drwili i gardzili Podziemnymi, strony medalu jednak się odwróciły. To go przerażało, zmuszało do ucieczki, do przełknięcia łez. Z dnia na dzień coraz bardziej zastanawiał się, czym jest Krąg, jak on działa, kogo on łączy i jaki ma swój cel?
Kiedyś to wszystko wydawało się takie proste, banalne.
Postawić się.
Zmienić świat.
Ukazać, że Nocni Łowcy są najważniejsi.
Trzy proste punkty, które wydawały się dla nich najważniejszym zadaniem na świecie, że to ich główny cel istnienia i, gdy tego nie wykonają zmarnują swą szansę daną od samego Boga.
Idąc dalej przed siebie zastanawiał się czy śmiać się z tej ideologii, czy płakać nad własną głupotą. Nie mógł zrozumieć, że stając się ofiarą dopiero pojął, jakie to wszystko jest błędne, niezgodne z morałami, z tym, czego naucza Mądrość Wyższa.
Nie sądził, aby ktoś go pojął, zrozumiał, bo nikt nie wiedział, jak być po drugiej stronie, jak stać się kimś, na kogo się polowało, którego krew uważało za truciznę, a przebywanie w samym otoczeniu z taką bestią za największy możliwy dyshonor, który można było z siebie tylko zmyć posoką Podziemnego. Łzy same mu spłynęły po policzkach, gdy przypomniał sobie, jak oboje stali w kręgu, jak trzymali się za ręce i nakładali na siebie Znaki, a ich dusze powoli łączyły się ze sobą, aby stać się jednością.
- Byłem niewolnikiem – szepnął sam do siebie i mimowolnie przejechał po białej bliźnie na piersi.
Stając się parabatai oddał całą swą wolę, zrobił się podatny na każdy jego najmniejszy gest, a słowa były niczym treść Biblii pisanej dłonią Boga. To go przerażało, wręcz onieśmielało, jednak poprzysiągł, że to zmieni, że naprawi, co zostało zniszczone, a Krąg nigdy więcej nie zniszczy żadnego młodego umysłu, którego anarchistyczna wola będzie pchała do coraz to śmielszych czynów popędzanych szaleństwem kogoś, kto sam siebie wypaczył lata temu wierząc, że na świecie istnieje jeszcze znaczenie „czystości krwi”, mimo iż to już dawno zostało zniszczone, zdegradowane przez rasę ludzką i zapomniane, skryte pod mgłą wspomnień Przyziemnych.
Lasy, pola, wioski, niewielkie miasteczka. Gdzie zaszedł nikt nie widział w nim potwora. Był dla nich zwykłym człowiekiem, trochę zaniedbanym, często głodnym i zmęczonym, ale człowiekiem. Nikt nie mówił na niego „zwierzę”, czy „bestia”. Nikt nie wytykał go palcem, nie odsuwał się, gdy zasiadał przy barze, a do żadnego napoju mu niczego nie dolewano lub nie podnoszono cen.
To go w czymś uświadomiło, pojął całą sytuację rzeczy.
On nie był potworem, którego rozpoznaje się, gdy tylko człowiek na niego spojrzy. Był taki jak inni i jak reszta miał prawo żyć, prawo rozwijać się, naprawiać i popełniać kolejne błędy. Miał prawo, tak jak inni wyrażać swoje opinie, okazywać uczucia, robić… wszystko.
Przemiana nie oznaczała końca, to był początek. Poczuł, że może zacząć od nowa i spróbować wszystko naprawić, może nawet… Nie, nie teraz.
Wioski zmieniły się w miasteczka, a później wielkie miasta. Szedł ich ulicami, oglądał cuda ludzkiej architektury i swoich pobratymców. Przechodził koło wielu Instytutów i gdzieś głęboko w nim coś go bolało, ale przestał na to zważać. Miał nowy cel, chciał zrobić to, co kiedyś już zrobiła znana mu osoba. Kiedyś, go to zdziwiło, w tamtej chwili imponowało.
   Nie wiedział skąd znał drogę, nawet jak mu się udało zrozumieć znaki, na których nazwy były dla niego kompletnie niezrozumiałe. Nogi same go niosły, prowadziły, wskazywały cel, a on się nie sprzeciwiał. Gdy kazały mu iść przez pola, szedł, gdy prowadziły do zabudowań również to robił, aż wreszcie udało mu się dojść, tam gdzie chciał.
Stojąc przed podwójnymi, dębowymi drzwiami pięknej rezydencji zaczął odczuwać niepewność.
Czy ja powinienem tu być?
Przyjrzał się domowi, po czym przeniósł się w otchłań wspomnień…

- Dokąd teraz pójdziesz?
Uśmiechnęła się do niego, lecz był to uśmiech, który miał jedynie skryć największy ból. Z miejsca zauważył, że jej oczy są podpuchnięte.
- A gdzie mam iść Lucjanie? Wrócę do rodzinnych stron. Mam tam swoją rezydencję. Teraz stoi pusta, ale jestem pewna, że nic jej nie jest. Podobnież należała ona do mojej babki, a wybudowali ją jej rodzice. Tam jest mój dom i do niego wrócę, jeśli tutaj nikt mnie nie chce.
- Nie mów tak! Idris to nasz dom, nasz wspólny. On należy do każdego Nefilim i nie powinnaś tak mówić.
Zaśmiała się bez krzty wesołości i pogłaskała jego policzek.
- Nie mam tutaj nikogo, a w Polsce się urodziłam i wychowałam. Tam powinnam teraz być.
Nic jej nie odpowiedział, chociaż na usta cisnęło mu się tysiące słów. Próbował nawet zrobić minę zbitego psiaka, jednak to nic nie pomagało, była zbyt pewna swojej decyzji.
- A jak cię tam znajdę? – spytał, kiedy zaczęła się odwracać.
- Nogi same cię do mnie zaprowadzą Lucjanie, o to się przejmować nie musisz – rzuciła przez ramię i ruszyła ulicami Alicante.

Wziął głęboki oddech i zapukał. Wsłuchiwał się, jak kroki po drugiej stronie stają się coraz głośniejsze, po czym przyglądał się, jak drzwi z lekkim zgrzytem się otwierają.
Gdy na nią spojrzał worek marynarski sam wypadł mu z ręki i bez słowa objął ją z całej siły, a ta zaczęła się śmiać.
- Mówiłam ci Lucjanie, że gdy przyjdzie czas sam do mnie dotrzesz.

* * *

Powoli weszła do zaciemnionego pokoju, w którego kątach paliły się wielkie, zabarwione na czerwono woskowe świecie. Na ścianach wisiały wiśniowe arrasy dobrze kontrastujące z czernią ścian. Nie było wiele mebli, zaledwie kilka komód, krzesło, dwa skórzane fotele oraz wielkie łóżko z jedwabnym baldachimem. Powoli zbliżyła się do niego nie zwracając uwagi, że po drugiej stronie ktoś siedzi.
- Camille – wypowiedział imię tak zmysłowo, że po ciele przeszedł dreszcz pożądania.
Spojrzała w ciemność, a jej oczy od razu wychwyciły jego postać. Białe włosy kontrastowały z ciemnością, a spodnie zlewały się ze kolorem ścian. Dopiero, gdy wstał zwróciła uwagę, że nie ma na sobie koszulki i jego ciało – dość dobrze wyrzeźbione – zachwyciło ją, a dziwne ciepło zawładnęło jej wnętrzem, gdy przyjrzała się mięśniom grającym pod skórą.
Sebastian ledwo powstrzymał się od chichotu widząc jej wyraz twarzy. Mieszanki strachu i pożądania, z lekką nutą niepewności.
- Panie – odpowiedziała pośpiesznie, przypominając sobie, że ma zachować takt.
Zbliżył się do niej i uśmiechnął widząc, jak próbuję zapanować nad igrającymi z nią emocjami. Dotknął zimnymi palcami jej policzka i delikatnie pogłaskał.
- Odpuśćmy sobie formalności. - Powoli podniosła na niego wzrok i skupiła się w czarnych, jak tunele nieprzeniknionych oczach. – Wiesz, dlaczego kazałem ci tu przyjść?
- Nie – odparła powoli i starała się powstrzymać przed drżeniem ciała.
Uśmiechnął się delikatnie, a jego dłoń zjechał z policzka na szyję i odwinęła kołnierzyk bordowej koszuli, na którą miała nałożony gorset. Opuszkami palców przejechał po widocznej tętnicy i zatrzymał się na dwóch czerwonych otworach. Miejscach, gdzie jej ukochana ją ugryzła i bestialsko wypiła jej krew.
- Nie chciałaś się Przemienić. Nawet nie wiedziałaś, że ona była wampirem, prawda? Zachwycił cię jej wdzięk, stateczność oraz odmienność od społeczeństwa. Szybko się do siebie zbliżyłyście, a gdy wyczuła, że jesteś jej całkowicie podatna wykorzystała to.
Każde jego słowo doprowadzało, że coraz bardziej się spinała, a skóra choć blada, zdawała się być biała jak płótno.
- Później jej już nie widziałam. Opuściła mnie na cmentarzu, kiedy nauczyła mnie polować, lecz poszukuję jej…
- Aby się zemścić – dokończył za nią i skierował się w stronę komody. – Już nie musisz.
Przyjrzała się, jak powoli podnosi dużą fiolkę krwi oraz spory pukiel ciemnych włosów.
Widząc jej zaskoczoną minę zaśmiał się i podał jej flakonik.
- Przypadkiem mi się napatoczyła – wyjaśnił i wzrokiem namówił ją, aby wypiła krew. – Wiem, że chcesz to zrobić.
Nie spuszczając z niego oczu otworzyła fiolkę i powąchała ją.
Świeża.
Nie zastanawiała się nawet chwili, tylko podniosła ją do ust i zaczęła wypijać zawartość rozkoszując się metalicznym acz zarazem słodkim smakiem posoki.
- Słyszałem, że krew wampirowi dodaje witalności. Przekonajmy się. – Zbliżył swe usta do jej warg, z których kącików spływał szkarłatny płyn i zaczął namiętnie je całować.
Delikatnie, co chwilę ją popychał w stronę łóżka, aż ta się na nim położyła, a on zaczął coraz śmielej ją dotykać i całować jej szyję. Szybko zdejmował z niej ubranie, a ta w ogóle mu się nie sprzeciwiała, chciała więcej i to otrzymała.

* * *

 Wlekli ją coraz to ciemniejszymi korytarzami nie przejmując się, że jej spodnie pokrywają wielkie plamy krwi z obdartych kolan. Nie pamiętała początku podróży, ocknęła się dopiero, gdy dość niezdarnie wciągano ją po schodach, na wyższe piętro Domu Upadłych. Przyglądała się tym, którzy ją prowadzili, jednak nie rozpoznała w nich żadnego z tych, których widziała na dziedzińcu. Ubrani byli dość groteskowo. Nałożone mieli na siebie coś na rodzaj tunik i na nich skórzane, wzmocnione napierśniki. Oboje byli ostrzyżeni na krótko, a wyrazy twarzy mieli nieodgadnione. Ich skrzydła były szaro - brązowe, czyli prawie, tak jak wszystkich, nawet Andrei’a. Próbowała się ich dopytać, gdzie ją prowadzą, lecz nie doczekała się odpowiedzi, aż nie znalazła się przed wielkimi drzwiami, których front był zdobiony ciekawą płaskorzeźbą przedstawiającą młodą kobietę zasłoniętą jedynie własnymi skrzydłami i trzymającą w dłoni wisiorek w kształcie krzyża.
Za nim bardziej się nad tym zastanowiła drzwi się otworzyły, a ona dość brutalnie została wepchnięta do środka i wylądowała na klęczkach przed ogromnym, mahoniowym biurkiem.
Gdy podniosła głowę napotkała wzrokiem rosłego mężczyznę ubranego w dziewiętnastowieczny garnitur. Był bardzo wysoki, a jego twarz przypominała czterdziestolatka, a nie kogoś, kto ma więcej niż 150 lat. Jego oczy były piwne, a włosy tak ciemne, że prawie czarne, gdzieniegdzie przeciągnięte siwizną, która dodawała mu poważnego wyglądu.
- Kto to? – warknął potężnym głosem i spojrzał na chłopaków, którzy ją przyprowadzili.
- Panie, to jakaś nowa. Została już oznaczona i kazano ją przyprowadzić – odpowiedział jeden z nich lekko się kłaniając.
- Dobrze… Wynoście się i każcie przyjść temu, kto ją tu sprowadził – odrzekł wychodząc zza biurka i zbliżając się do dziewczyny. – Jak masz na imię?
Przyjrzała się mu i pierwsze, co zauważyła, to fakt, że nie miał skrzydeł, a przynajmniej, nie były one uwidocznione. Było to dziwne, ponieważ jakaś moc zmuszała wszystkich do trzymania skrzydeł na wierzchu.
Może to też moc Czarnego Krzyża?
Dłuższą chwilę zastanawiała się czy ma mu odpowiedzieć, lecz jego wzrok i lodowy ton głosu zmuszał ją do tego.
- Lucyna – rzekła cicho.
Melior burknął coś pod nosem i dość boleśnie złapał ją za skrzydła i rozprostował je. Dłuższą chwilę się im przyglądał, po czym stanął naprzeciw niej.
- Skąd masz takie skrzydła? Magia? – spytał.
- Nie – odparła. – Takie już mam.
- Mhm… - mruknął w chwili, kiedy do środka wszedł Andrei.
- Panie – rzekł i lekko się ukłonił. – Wzywałeś.
Szef Domu spojrzał na niego złowrogo.
- Ty ją tutaj sprowadziłeś? – Wskazał na Lucynę, jakby była przedmiotem.
- Tak panie.
- Gdzie ją spotkałeś? – dopytywał dalej Melior.
- Na dworcu – skłamał nawet nie mrugając okiem.
To Lucynie dało do myślenia. Dlaczego ten chłopak miał powód, aby okłamywać swego przełożonego? Chciała być jak najbardziej ostrożna, aby się nie zdradzić i tym samym nie wkopać Andrei’a, bo przeczuwała, że najmniejszy błąd może mieć wielkie skutki.
Melior ponownie coś burknął pod nosem, po czym dodał głośniej:
- Jaki dostała Znak? – Nachylił się tak, że z pod koszuli wysunął się srebrny wisiorek z czarnym krzyżem.
Wyglądał identycznie, jak ten na płaskorzeźbie, co dziewczynie nie uszło uwadze i w ostatniej chwili pojęła, co to jest.
Czarny Krzyż!
- Siły – rzekł chłopak i spojrzał na Lucynę, a ta lekko skinęła głową.
Dostała Znak Władzy, jednak nie mogła się z tym zdradzać.
- Nic specjalnego. Zabierz ją na trening, jest twoją adeptką. – Machnął ręką mężczyzna i wrócił za biurko.
Andrei, czym prędzej pomógł jej wstać i kłaniając się pośpiesznie wyszli z gabinetu, po czym dziewczyna wyrwała się z uścisku i oparła o ścianę.
- Dlaczego to zrobiłeś? – szepnęła.
- Uratowałem ci życie. Kiedyś ci powiem, teraz nie mamy czasu. Chodź, musimy iść i sprawdzić cię w locie, ale to już oceni Belloci.

* * *

Siedział naprzeciw niej i oceniał, od czego zacząć rozmowę. Było mu bardzo ciężko, za ciężko, aby powiedzieć to zbyt dosadnie. Zbierał się z tym już od dawna, jednak nadal nie był pewny czy dobrze postępuje.
- Sferio, nie powinienem tak postępować, jednak muszę odejść. – Spojrzała na niego pytająco, a on strzelił się w myślach w policzek. – Dziękuję, że mogłem z tobą spędzić tyle czasu, ale czuję, że naprawdę muszę odejść. Czuje, że jestem bardziej potrzebny tam, w Idrisie. Czeka tam na mnie moje stado, jak i inni. Wiem, że mogę coś jeszcze zmienić, pomóc, więc podjąłem decyzję, że nie będę zwlekać i odchodzę. – Każde kolejne słowo był kolejnym policzkiem jaki sobie wymierzał.
Miałeś to powiedzieć delikatnie!
Przyjrzała mu się uważnie, po czym podniosła się i powoli do niego podeszła. O dziwo nie była przygnębiona, nawet nie płakała, tylko lekko się uśmiechnęła i wzięła jego twarz w dłonie, po czym ucałowała go w czoło.
- Jesteś odważny Lucjanie i za to cię kocham. Nie będę cię negować za tą decyzję, bo wiem, że jest słuszna, wiem, że jest przemyślana. Rozumiem też ciebie i wiem, że gdybym miała więcej odwagi, lata temu zrobiłabym to samo, aby pokazać, że Krąg niszczy ludzi, demoralizuje ich, ale jednak jestem za słaba.
- Nie jesteś słaba, przecież możesz iść ze mną.
- Nie, nie mogę Lucjanie. – Uśmiechnęła się i pozwoliła mu wstać. – Spakowałeś już wszystko wcześniej, prawda?
Lekko przytaknął głową i poszedł po swój worek marynarski do przedpokoju, po czym ciężko wzdychając wyszedł na próg i odwrócił się, aby spojrzeć na Sferię, która oparła się o framugę i się mu przyglądała.
- Nie żegnajmy się, bo pożegnania doprowadzają, że ludzie już się drugi raz nie ujrzą. – Przytaknął głową. - Pamiętaj, że zawsze możesz wrócić.
- Pamiętam.
Ruszył przed siebie, jednak gdy zszedł z ganku i odszedł parę kroków zapragnął jeszcze raz na nią spojrzeć. Odwrócił się i mało nie krzyknął widząc ją wiszącą na ganku. Była blada, oczy miała wywinięte w słup, a włosy zdawały się być strąkami.
- Nie wróciłeś – załkała martwymi ustami.
Luke zerwał się zlany potem. Oddychał ciężko i spazmatycznie. Kolejny dzień z rzędu śniła mu się Sferia, co zaczynało go przerażać. Spojrzał na Jocelyn śpiącą obok i pocałował ją lekko w policzek, po czym wstał z łóżka i podszedł do okna.
Zastanawiał się, gdzie może być jego córka i czy nic jej nie jest.
Głupie pytanie!
Na pewno jej coś jest, jeśli zaczęła mu się śnić Sferia, martwa Sferia…
Przełknął głośno ślinę i zaczął się zastanawiać, czy to tylko jego wytwór wyobraźni, czy ona naprawdę się powiesiła. Lucyna nigdy mu nie powiedziała, jak zmarła jego matka, wiedział tylko, że z żalu.
- Jeśli mnie słyszysz, to wybacz mi Sferio za wszystko – szepnął. – Zrobiłaś dla mnie tyle, a ja cię tylko zraniłem, zniszczyłem… Chciałbym pomóc teraz naszej córce, ale nie wiem jak, proszę daj jakiś znak, gdzie jest i co mogę dla niej zrobić?
- Do kogo mówisz?
Luke odwrócił się w stronę zaspanej Jocelyn, która podniosła się na łokciu i spojrzała na niego pytająco. Podszedł do niej szybko i całując ją lekko w policzek szepnął:
- Do nikogo skarbie. Śpij, nic się nie stało.
- To dlaczego wstałeś? – dociekała dalej.
- Miałem zły sen, nic więcej.
- Lucyna?
Nic nie odpowiedział, tylko położył się koło niej i wtulił w jej szyję. Widział swoją córkę jako ostatni i nawet nie wiedział, że ona odchodzi na zawsze…

* * *


Obudził ją szmer głosów, a gdy uniosła się na łokciach zobaczyła już ubranego Sebastiana, który rozmawiał z dwójką swoich podwładnych. Gdy ujrzał, że się zbudziła lekko się uśmiechnął.
- Witaj.
- Witaj – odpowiedziała i szczelniej zasłoniła się kołdrą widząc chciwe spojrzenia jego towarzyszy. – Coś się stało?
- Praca – odparł. – Musimy się zbierać, już prawie wszystko przygotowane.
Camille spojrzała na niego pytająco. W głowie nadal szumiała jej noc i doznania, jakie podczas niej doświadczyła. Ciało nadal pragnęło jego dzikości, zachłanności, lecz sumienie przed czymś ją ostrzegało.
Przed czym?
- Na co? – spytała i okręcając się kołdrą wstała z łóżka i zbliżyła do chłopaka.
Ten machnął ręką na ludzi, aby wyszli, a oni posłusznie wykonali rozkaz. Gdy drzwi się za nimi zamknęły doszedł do szafy i wyjął z niej jakiś ubiór, a następnie lekkim szarpnięciem zsunął z dziewczyny okrycie i przyjrzał się jej nagiemu ciału. Opuszkami palców przejechał po piersiach delikatnymi uszczypnięciami drażniąc brodawki, po czym przystawił strój akolity i uśmiechnął się z satysfakcją.
- Będziesz w tym pięknie wyglądać.
- A jaka to okazja? – zapytała i przejęła od niego ubiór.
- Zaatakujemy Instytut – zaśmiał się i namiętnie ją pocałował.

* * *

Stała na dziedzińcu i przyglądała się jak grupka Upadłych wykonuje każde polecenie, które z dołu wykrzykiwał do nich chudy mężczyzna o ciemnej burzy włosów i lekkim zaroście.
- To tylko dwadzieścia kilogramów osły, a wy latacie, jakbyście mieli po tonie dźwigać! - wrzasnął z widocznie francuskim akcentem.
Żaden jego uczeń nic się nie odezwał, tylko jeszcze mocniej zaczął machać skrzydłami okręconymi - jak zauważyła Lucyna - rzemieniami. Do piersi mieli przywiązane mosiężne płyty, które były obciążeniem dla trenujących.
Andrei powoli zbliżył się do trenera i chrząkając zwrócił na siebie uwagę.
- O, witaj! – odezwał się zaskoczony mężczyzna i od razu zlustrował dziewczynę wzrokiem. – Wracać na ziemię, jazda!
Piętnastu młodzieńców zapikowało w dół i z wielka wprawą wylądowało w równym rzędzie naprzeciw Belloci’ego.
- Umiesz latać? – spytał przyglądając się jej skrzydłom.
Lucyna od razu przytaknęła.
- Mam pokazać?
- Nie musisz. Andrei, jak lata? – zapytał, a chłopak na chwilę się zamyślił.
- Lekko – odparł, a wszyscy parsknęli śmiechem, prócz zaskoczonej dziewczyny.
- No to mamy górnolotnego ptaszka – zaśmiał się, któryś z młodziaków. – W łóżku też będzie górnolotna.
- Ej! – wrzasnęła dziewczyna.
- O, złośnica! Ja biorę ją na dzisiaj! – krzyknął inny, a Lucyna mało nie wybuchła z wściekłości.
Szybko jednak zareagował trener i uciszył wszystkich gestem ręki, po czym skrzyżował dłonie na piersi.
- No dobra. Coś pomyślimy nad twoim treningiem, ale wpierw ci założymy umocnienia.
- Co? – spytała zaskoczona.
- Sznury, rzemienie lub… nieważne, na skrzydła, aby je usztywnić i wzmocnić mięśnie. Dzięki temu lot jest szybszy, a pikowanie pewniejsze.  No dobra to, które wolisz? – Wskazał na kupki umocnień leżących pod ścianą. – Sznury, czy rzemienie?
Dziewczyna podeszła do nich i obejrzała je. Nie wyglądały zbyt dobrze, jak i nie wyobrażała sobie, aby coś takiego nosić.
- Nie ma innych? – spytała i ujrzała niepewność na twarzy trenera.
- Są – odparł dość cicho. – Ale one się nie nadają. Mało, kto wytrzymuje je, są za ciężkie.
- Z czego są zrobione? – dopytywała.
- Z łańcucha – rzekł po chwili i wszedł do małego pomieszczenia, po czym przyniósł z nich zrobione z lśniącego metalu umocnienia.
- Chce je! – Prawie krzyknęła, a uczniowie wybuchli śmiechem.
- Cisza! – krzyknął Andrei i podszedł do Lucy. – Nie, nie chcesz ich. Założenie jest trwałe, czyli ich już nie zdejmiesz i jest bardzo bolesne. Dodatkowo są zbyt ciężkie. Od lat nie znalazł się żaden Upadły, który wytrzymał ich ciężar.
- Ale ja dam sobie radę, chcę je założyć – warknęła, po czym dodała ciszej: – Pokażę wszystkim, że uda mi się, rozumiesz?
Chłopak ciężko westchnął nie wierząc, że kobiety są tak uparte.
- Dobra, chodź do magazynku, musimy je założyć – powiedział po chwili trener.
Andrei, Lucy oraz Belloci weszli do środka i z miejsca kazali oprzeć się dziewczynie o ścianę.
- Nie jestem pewien. Ich się już nie da zdjąć, a w ogóle poranią ci całe skrzydła – rzekł mężczyzna i przymierzył łańcuchy.
- Nic mi nie będzie – warknęła. – Zakładaj.
Mężczyzna nic się już nie odezwał, tylko z pomocą chłopaka, zaczął wyjmować z zapięć długie, zakończone na ostro śruby i nałożył same łańcuchy na skrzydła dziewczyny. Dopasował je i dokładnie ułożył zapięcia, aby otwory znalazły się w tym samym po obu stronach kończyn.
- A teraz zepnij się i nie krzycz – powiedział i przymierzył śrubę. – Gotowa?
Przytaknęła i zagryzła wargę, a następnie nogi się pod nią ugięły. Ból zapromieniował ze skrzydeł do kręgosłupa i odbił się echem nawet w głowie. Nie poczuła po chwili żadnej ulgi, lecz kolejną falę bólu, gdy w następnych miejscach jej skrzydła były przebijane, łącznie po osiem śrub na kończynę. Gdy założono od drugiej strony zapięcia, aby bolce nie wypadły, Belloci pociągnął mocno za jeden łańcuch, aby wszystko ściągnąć na mięśniach do takiego stopnia, żeby się w nie wżynały i poprzecinały skórę.
Nie krzyczała z bólu, nie była w stanie, ale widząc pod sobą kałuże krwi chciała zemdleć.
Sama się na to zdecydowałaś.
Po jej policzkach płynęły obficie łzy, jak posoka po plecach i po pojedynczym łańcuchu, który zwisał z każdego skrzydła.
- Skończone. – Te słowa były, jak błogosławieństwo.
Odwróciła się, a Andrei i trener byli bladzi, jak płótno.
- Bardzo cię boli? – spytał chłopak.
Przytaknęła nie mogąc wydobyć z siebie głosu.
- Te pojedyncze łańcuchy służą do obrony, przy obrocie ranią każdego w zasięgu metra. A te, które poraniły ci skórę, kiedy się zagoją, zespolą się z mięśniami, co dodatkowo je usztywni, a teraz, aby ból ci minął, musisz trochę polatać i uregulować mięśnie. Jak to zrobisz, do wieczora ból minie, ale pamiętaj, że już ich nie schowasz – mówił rzeczowo trener, a Lucy na wszystko powoli przytaknęła i ruszyła za nimi na zewnątrz.
Wszyscy zamarli, gdy ujrzeli jej ubranie przesiąknięte krwią i nałożone umocnienie.
- Czujesz ich ciężar? Będziesz w stanie polecieć? – zapytał Andrei.
- Tak – odparła i jak na zawołanie zaczęła z o wiele większym wysiłkiem, niż wcześniej nimi machać, lecz nie uniosła się.
Usłyszała za sobą ciche parsknięcia śmiechem i głupkowate żarty, które tylko ją zmobilizowały do działania. Zignorowała cały ból i wybiła się najmocniej jak się dało. Czuła, jakby miała na plecach drugiego człowieka, wyczuwała, że łańcuchy mogą ważyć około trzydziestu kilogramów, ale nie mogła się poddać. Włożyła całą siłę w uderzenia skrzydeł i wznosiła się coraz wyżej. Wszyscy jej się przyglądali z dołu z zaskoczeniem.
- Cholera – zaklął Belloci. – Jest silna, jak koń. Ostatni, kto założył te umocnienia był Melior i jak głoszą pogłoski, za pierwszym razem, nawet nie zdołał ruszyć skrzydłami, a ta dziewucha uniosła się na wysokość ponad stu stóp!
- Nadaje się? – zagadnął chłopak przyglądając się Lucynie z nieukrywaną dumą.
- Oczywiście – odparł i zwrócił się do okna, z którego wyglądał Melior widocznie wściekły widokiem Lucyny. – I uczynię z niej najlepszego wojownika.
   
* * *

Zaczęła wszystkich pośpiesznie budzić, a najmłodszego wzięła na ramiona nie przejmując się, że dziecko jest całe wystraszone gwałtownym wyrwaniem ze snu. Kazała wszystkim się zebrać w salonie, a mężowi przygotować torby. Bała się tego, że wizja przyjdzie za późno, ale to nie oznaczało, że nie mieli żadnej szansy.
- Babciu, co się dzieje? – spytała zaspana Lisa opierając się o brata.
- Zbierajcie się, uciekamy z Instytutu. Weźcie tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
- Co się stało? – zapytał zaskoczony Jakub.
- Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo – odparła podając mu chłopczyka i sama chowając noże i inną broń. – Adam, idź do zbrojowni weź niewielki zapas broni, a reszta niech się śpieszy i pomóżcie dzieciom.
- Co widziałaś? – To pytanie zadał Peter przynosząc z kuchni trochę żywności i chowając je do torby.
- Płomienie, Instytut i… - nie dokończyła słysząc wybuch od frontu. – Jest już za późno – szepnęła. 


czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział# 8 - Brat Zachariasz

Stanęła przed drzwiami prowadzącymi do biblioteki i zamarła. Nie czuła strachu, a jednak nie potrafiła znaleźć w sobie na tyle odwagi, aby dotknąć klamki i otworzyć drzwi. W głowie kłębiły jej się pytania powiązane z przybyciem Cichego Brata. Rzadko zdarzało się, aby przybywali oni do kogoś bez wezwania. Oznaczało to, że nie jest to żadna błaha sprawa, lecz coś większej wagi. Nie była pewna, czego powinna się spodziewać. Zastanawiała się, czy nie jest to związane z jej przybyciem do Europy mimo listu gończego, a może tego, że jej czas jest coraz krótszy.
Wzięła głęboki haust powietrza i zamiast otworzyć drzwi, zapukała do środka. W jej głowie rozbrzmiał spokojny, przyjemny głos, jak również bardzo znajomy:
Proszę.
Dotknęła zimnej, mosiężnej gałki i weszła lekko się trzęsąc do środka. Opuściła ją duma, pycha i władcza postawa. Poczuła się – jak zawsze przy Cichych Braciach – mała, nic nieznacząca, jakby była zwykłym Przyziemnym.
- Witaj… - zacięła się na moment i spojrzała na twarz, widoczną spod kaptura koloru pergaminu – Jemes.
Cichy Brat nawet nie drgnął i nie dał nic po sobie poznać, ale w jej umyśle rozbrzmiał głos, w którym wyczuła delikatną nutę napięcia.
Nikt już mnie tak od dawna, Lucyno nie nazywa.
- Wiem o tym, ale sam mi kiedyś o tym powiedziałeś, pozwoliłeś mi siebie zobaczyć takim, jakim kiedyś byłeś. Leczyłeś mnie i opowiedziałeś o sobie.
Patrzyła się na niego uważnie, z obawą, czy go nie uraziła.
To nie ja pokazałem siebie z poprzedniego życia, lecz twoja prababka Lucyno, również twa imienniczka. Właśnie w tej sprawie przyszedłem do ciebie, jak również z pewną propozycją, lecz wszystko po kolei. Usiądź w fotelu, a ja ci trochę opowiem i wyjaśnię.
Dziewczyna posłuchała jego prośby i dość sztywno usadowiła się w skórzanym fotelu, niedaleko kominka, w którym nadal delikatnie tlił się ogień. Przez cały czas nie spuszczała z Brata Zachariasza wzroku uświadamiając sobie, że mimo blizn, zaszytych warg, zamkniętych oczu i tej całej kościstej postury jest nader ludzki. Wydawał się nadal mieć w sobie wszystkie uczucia, lecz stłumione, a nie jak inni Cisi Bracia całkowicie ich pozbawieni. Dopiero po chwili zaczęła sobie przypominać na jaki temat będzie rozmawiała z Zachariaszem i gwałtownie zesztywniała.
Będzie opowiadał o jej przodkach, o jej prababce, po której otrzymała imię, celowo, a może przez przypadek?
Cichy Brat chyba ujrzał jej lekkie przerażenie, ponieważ odezwał się w jej głowie, spokojnym głosem:
Nie masz się, czego obawiać Lucyno. Długo zastanawiałem się, czy powinienem w ogóle o tym tobie opowiadać, lecz stwierdziłem, że tak będzie dla ciebie najlepiej. Musisz wiedzieć, że twoja rodzina zawsze była wybrańcami Boga i Szatana.
Jak już wspomniałem, twoja prababka Lucyna była pierwszą, która zaczęła całość tego wszystkiego. Niedawno trafiłem na rodowód Stell’ów. W dziewiętnastym wieku był to jeden z najbardziej majętnych i walecznych rodów Nocnych Łowców. Jego duża część miała wysokie stanowiska w Radzie, jednak utraciła to wszystkie w niedługim czasie. Matka Lucyny, nigdy nie była zbyt… rozsądną osobą, która pragnęłaby mieć dzieci. Jednak miała ich czwórkę: trójkę chłopców i dziewczynkę. Jej pierwszy syn był jako jedyny traktowany przez nią z uczuciem. Prawdopodobnie przez to, że był najstarszy i prawie dorosły, gdy jej mąż zginął podczas walki z demonami. Reszta dzieci dla niej mogła nie istnieć. Były jej niepotrzebne i częściej używała w stosunku do nich przemocy, niż czegokolwiek innego. Lucyna była najstarsza zaraz po bracie Edwardzie, a zaraz po niej urodzili się Antoni i Robert.
Ona była najgorzej traktowana, dodatkowo jako dziewczyna nie mogła się sprzeciwić matce, więc uciekła z Instytutu i wchodząc na pierwszy lepszy parowiec przypłynęła do Anglii. Spotkaliśmy ją podczas ataku paru niezbyt przyjemnych demonów u brzegu Tamizy. Miała wtedy piętnaście lat, walczyła tak jak potrafiła, a widać, że miała potencjał. Otrzymała od nas nowy dom, na zaledwie dwa lata. Przez ten czas niewiele się o niej dowiedzieliśmy, lecz dużo dało nam do myślenia, gdy pewnego dnia otrzymała list i nic nie mówiąc wybiegła wieczorem z Instytutu zabierając jedynie dwa serafickie miecze.
Oczywiście ja razem z moim parabatai zaraz pobiegliśmy za nią. Odnaleźliśmy ją w jednym z parków, gdy tuliła do siebie młodego mężczyznę elegancko ubranego, który brudził cały jej strój krwią wypływającą z rany w boku. Dowiedzieliśmy się wtedy, że to był Edward, który uciekł z domu, gdy ich matka do końca oszalała i zabiła młodszych synów. Miał zamiar zamieszkać w Idrisie, lecz chciał najpierw znaleźć swoją siostrę i wyjechać do rodzinnego kraju Nocnych łowców razem z nią. Jednak znalazł się w złym miejscu o złej godzinie i wdał się w nieprzyjemny konflikt z kilkoma Ifrytami. Zmarł na jej rękach, a Lucyna była wtedy świadoma, że jako jedyna została z rodu i gdy tylko jej rodzicielka umrze, ona przejmie cały majątek, a jak Enklawa będzie jej przychylna to nawet Instytut, gdzie się wychowywała, lecz zanim by to miało nastąpić musiała ukończyć osiemnaście lat, a został jej tylko niecały wtedy rok. Siłą odciągnęliśmy ją od ciała Edwarda i spróbowaliśmy zabrać do Instytutu, gdzie wszystko by dokładnie wyjaśniła, uspokoiła się, znalazłaby radę i pomoc. Jednak nie zdążyliśmy się obejrzeć, gdy ujrzała niedaleko Ifryty umazane krwią i cieszące się jak nigdy. Nie myślała o niczym tylko o zemście za brata. Zaatakował ich i wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie zjawiły się automaty. Zginąłbym razem ze swoim parabatai, gdyby nie to, że Lucyna ukazała swój dar, za który w domu przez matkę była potępiana.
Skrzydła.
Uklękła nad nami i rozłożyła je jak tarczę. Łapa automatu odbiła się od piór z metalicznym dźwiękiem. Były one inne niż twoje. Śnieżnobiałe z czarno-złotymi runami. Rzuciła się na maszynę, tym samym pozwalając nam, abyśmy się podnieśli i nabrali energii. Gdy to się stało, udało się zniszczyć już jeden automat i to zwykłym przypadkiem losu, lecz drugi, mimo że mocno powgniatany i w połowie zniszczony, trzymał na swym harpunie zamiast ręki przebitą na wylot Lucynę. Dobiliśmy go i uwolniliśmy ją od tego żelastwa, jednak nie było szans, aby ją uratować. Wtedy, plując krwią i zginając się w konfuzjach zdążyła powiedzieć, że zawsze dla matki była czarownicą ze skrzydłami, a nie Nocnym Łowcą. Mówiła, że dla niej życie nie jest niczym ważnym, jak mogła je oddać za tych, których kochała.
Umarła w moich ramionach. Jej ciało zostało zabrane przez Cichych Braci, którzy później nas powiadomili, że Lucyna spodziewała się dziecka, które przeżyło i zostało uratowane. Prócz tego, że wszyscy mieliśmy świadomość, że jej potomek żyje, nikt z nas nie miał z nim do czynienia, nawet nie wiedział jak wygląda i gdzie się znajduje.
Często w nocy śniłem o ciemnowłosej dziewczynce z szarymi oczami, która kurczowo trzymała się białej sukni Lucyny. Byłem wtedy pewny, że to jej córka, ale nie miałem pewności, kto był jej ojcem.
Twoja prababka trafiła do pięknego miejsca i stanęła po prawicy Razjela, tym samym stając się drugą opiekunką Nefilim, mimo że nikt o niej nie wiedziała, prócz jednego Instytutu, gdzie często było wyczuć jej obecność i opiekę. Nie raz ja czy mój parabatai słyszeliśmy jej głos mówiący nam rady, czy wyczuwaliśmy coś, co zmuszało nas do zmiany decyzji.
Minęły lata, ja stałem się Cichym Bratem, każdy prawie opuścił już Instytut, gdy pierwszy raz spotkałem twoją babkę. Adele. Były z nią tylko same kłopoty. Zdawała się być na wpół opętana. Łamała Prawo, spoufalała się z demonami, występowała przeciwko Nocnym Łowcą. Gdy trafiła do Cichego Miasta zacząłem się nią zajmować, badać, lecz okazało się to ciężkim zadaniem. Kiedy nie wiedziałem, co jest powodem jej zachowania, dlaczego wygląda jakby była Wyklęta pierwszy raz od wielu lat znów usłyszałem w swojej głowie głos Lucyny, która wszystko mi wytłumaczył: 
Adele dostała od swojej matki dar, taki jak ona miała. Jednak ten dar ma swoją wadę, że może być on użyty na dwa sposoby: aby czynić dobro albo zło.
Lucyna wybrała dobro, lecz jej córka wręcz przeciwnie. Było jednak już za późno, aby to odczynić i trzeba było jedynie ukrócić jej życie. Za nim jednak to nastąpiło zdążyła ona urodzić dziecko – twoją matkę Lucyno – Sferię. Nigdy to by się nie wydarzyło, gdyby nie prośba twej prababki o przedłużenie rodu, gdzie nadal płynie krew Stell’ów.
Widzę, że chcesz się sprzeciwić temu wszystkiemu, ponieważ dobrze wiesz, że twoja matka nigdy nie miała skrzydeł. Tak, to prawda, ona nie otrzymała nigdy tego daru. Lucyna wyczuwała, że Sferia, postąpiłaby z nim identycznie jak Adele, więc wolała odpuścić kolejnego wstydu swemu rodowi. Sferia była zwykłym Nocnym Łowcą, lecz gdy ty się urodziłaś, twoja prababka ujrzała światełko w tunelu i postanowiła tobie dać ten dar. Okazało się jednak, że gdy przerwany zostaje ciąg danego daru w rodzie, Razjel nie zgadza się, aby mógł go później otrzymać kolejny członek. Lucyna nie mogła nic na to zrobić, więc postanowiła się bardzo tobą zająć i wręcz przypadkowo dała ci kolejny dar, że byłaś zarazem Nefilim i Podziemnym. W tym darze nie było nic dobrego i nabawiło cię samych kłopotów, których twoja prababka nie mogła sobie odpuścić, ponieważ wiedziała, że to jej wina. Gdy postanowiłaś odebrać sobie życie próbowała cię jakoś uratować i wtedy znalazła lukę w tym wszystkim.
Gdy umarłaś zatrzymała cię w Pustce, a gdy tym zainteresował się Bóg i Szatan postanowiła ukazać im, żeby to, co chcieli sprawdzić na niej, sprawdzili na jej prawnuczce. To ona wstawiła się za tobą i to dzięki niej odzyskałaś życie, lecz jednego nie przewidziała, że dadzą ci ograniczony czas życia.
Lucyna przez całość, kiedy Jemes do niej przemawiał milczała, lecz każde kolejne zdanie było coraz trudniejsze do pojęcia, a gdy skończył czuła się wyczerpana psychicznie. Nie mogła uwierzyć, że taka jest prawda, że jej część krwi, która w niej płynie należy do wygasłego już rodu, który kiedyś był bardzo uważany. Przełknęła głośno ślinę i spojrzała na Zachariasza, niedowierzając w to, co usłyszała.
- Czyli moja prababka czuwa nad Nefilim?
Tak, czuwa i jest już bardzo zmęczona tym zadaniem, więc pragnie abyś ty, Lucyno wybrała prawidłową stronę, która powinna w tobie wygrać, ponieważ może ty zastąpisz ją i będziesz czuwała nad tymi, których kochasz.
Dziewczyna spojrzała na niego z otwartymi ustami gotowa zadać kolejne pytanie, lecz Cichy Brat ją uprzedził.
To, że znalazłaś się w Instytucie w Nowym Yorku nie był przypadkiem, lecz życzeniem twej prababki. Dzięki temu poznałaś wnuki osób, które były jej bardzo bliskie. Lucyna zawsze nad nimi wszystkimi czuwała i robiła, co mogła, aby podziękować tym rodom za to, że oni kiedyś zastąpili jej rodzinę i zmienili jej życie na lepsze, mimo iż na tak krótki czas.
Lightwood’owie nigdy nie byli tacy święci i zostaliby wyklęci, gdyby nie mała pomoc kogoś z góry i zniknięcie paru dzienników, notatników i innych zapisków tego rodu.
Fairchild’owie – Clary otrzymała od niej dar Run, które znają tylko Anioły, a Herondale – Jace zginąłby od miecza Anioła Razjela, ale otrzymał krew aniołów i nie myśl, że dostał ją od Razjela. To ona upuściła swej krwi i wypełniła nią jego żyły, aby również oddać przysługę temu rodowi.
Lucyna umilkła i składała wszystko do kupy. Miała mętlik w głowie, co przyprawiało ją o migrenę. Zsunęła się lekko z fotela i prawie na nim półleżała przyglądając się Zachariaszowi z pod przymkniętych powiek.
Prócz tego, że chciałem ci o tym wszystkim powiedzieć przyszedłem tutaj z pewna propozycją.
- Jaką? – Powiedziała zmęczonym głosem.
Ty jesteś wyjątkowa, lecz nie jedyna, która ma skrzydła. Na Węgrzech jest pewna szkoła, gdzie są szkoleni Nefilim, którzy dostali na tyle dużo krwi, aby otrzymać skrzydła. Chciałabym, abyś wyjechała do tej szkoły na szkolenie. Będziesz i tak się wyróżniać, ponieważ nosisz na sobie runy, znane tylko Aniołom oraz wszystkie one znajdują się na skrzydłach i pod skorą. Anioły Upadłe – tak siebie nazywają – nie wyróżniają się od innych Nocnych Łowców prócz tego, że nie są czarownikami, a mają skrzydła i używają run tak, jak każdy inny Nefilim.
- Ale, po co jest mi ten trening, przecież umiem walczyć i latać – powiedziała lekko oburzona.
Wiem, że sama się wiele nauczyłaś, jednak przyda ci się trening z walki w locie oraz lataniu, nazwijmy to wyczynowego. Obiecałem twej prababce, że się tobą zaopiekuję i to robię Lucyno.
Dziewczyna ponownie zamarła, lecz zaraz się otrząsnęła i spojrzała przenikliwym wzrokiem na Cichego Brata. W głowie zaczęła rozważać jego propozycję i wiedziała, że może być ona właściwa, jednak wolała na razie wstrzymać się z odpowiedzią.
- Nie wiem, czy się na to zgodzę Jemes, ale rozważę to i niedługo dam ci odpowiedź.
Brat cały czas milczał przyglądając się jej zamkniętymi oczami, co było jak dla niej dość przerażające.
- Chyba to wszystko z czym do mnie przyszedłeś, prawda? – spytała niepewnym głosem, pełna nadziei, że na dzisiaj będzie to już koniec wrażeń.
Tak.
Cicho wypuściła powietrze z płuc i spojrzała na Cichego Brata niepewnie. Od dawna zastanawiała się, czy powinna mu to powiedzieć. Od lat była pewna, że to on nad nią czuwa, gdyż, co by się nie działo, zawsze to on do niej przybywał, leczył ją i rozmawiał, a teraz wiedziała, dlaczego tak się działo. Mimo wszystko wiedziała, że tylko jemu może w pełni zaufać, więc postanowiła poprosić go o coś, o co zawsze chciała. Ostatnia rozmowa uświadomiła ją, że prawidłowo się nad tym zastanawiała.
- Zachariaszu, mam do ciebie prośbę.
Jaką?
- Kiedy będę miała dziecko i odejdę, zaopiekuj się nim i nie pozostaw go losowi, niech mój ród nigdy nie wygaśnie.
Cichy Brat nic nie odpowiedział, tylko posuwistym krokiem wyszedł z biblioteki, zostawiając ja samą z mętlikiem i niepewnością w głowie.

* * *

Wszyscy po śniadaniu rozeszli się do swoich spraw, lecz każdy omijał bibliotekę szerokim łukiem. Od zjawienia się Cichego Brata mijała czwarta godzina. Nikt się nie spodziewał, że tak długo może trwać rozmowa.
Najbardziej intrygowało to Samuela, który kręcił się od czasu do czasu obok wejścia do niej i gdy ujrzał wychodzącego Brata Zachariasza nie czekając ani sekundy dłużej wszedł do środka.
Ujrzał siedzącą w fotelu Lucynę. Była zmarnowana i wyglądała na wyczerpaną. Jego serce zabiło mocniej na myśl, że Cichy Brat mógł bez niczyjej zgody badać umysł dziewczyny. Szybko podszedł do niej i dotknął delikatnie twardymi opuszkami jasnej, delikatnej dłoni.
Lekko się wzdrygnęła i spojrzała w jego ciemne oczy przepełnione troską skierowaną w jej stronę.
- Lucuś, czy coś się stało?
Spojrzała na niego zszokowana. Mało kto nazywał ją „Lucuś”. Głównie to było za czasów jej dzieciństwa i to mówiła Margaret, a nie ktoś taki jak Samuel. Postawny chłopak z karnacją Latynosa, ciemnymi jak kora drzewa oczami i jak ususzone zboże włosami.
- Yyy… Nie, nic się nie stało. Tylko rozmowa, trochę mnie wykończyła, była bardzo ciekawa i w ogóle, lecz jednak wiesz, jak działają na nas Cisi Bracia. – Uśmiechnęła się krzywo i odwróciła od niego wzrok.
Chłopak oparł się drugą dłonią o krawędź fotela i lekko się nad nią nachylił.
- Czy Brat ci nic nie zrobił? Nie grzebał w twoim umyśle bez twojej zgody? – spytał troskliwie.
Dziewczyna zaśmiała się cicho i spojrzała na niego z pod pół przymkniętych powiek.
- Coś ty! Brat Zachariasz nigdy by tak nie postąpił. Nie musisz się o mnie tak martwić.
- Ale Lucy, ja chcę się o ciebie martwić – odpowiedział pewnie i jeszcze bardziej się do niej zbliżył.
Dziewczyna zauważyła, że wystarczyło tylko lekko podnieść głowę, aby go pocałować i nie wiedząc czemu, zrobiła to. Nagle poczuła lekkie zawirowanie, po czym wszystkie myśli, które utworzyły się podczas rozmowy z Jem’em odeszły gdzieś dalej, zniknęły w ciemnościach niepamięci pozostawiając jej głowę pustą i spokojną. Jego usta były delikatne, miękkie i lekko słone niczym łzy. Czule muskały jej wargi, które nadal delikatnie drgały targane emocjami, które się w niej kłębiły. Jego ręka spoczywająca jeszcze niedawno na jej dłoni, teraz masowała kark, a druga szyję i policzek.
Co ja do ciebie czuję?
Zapytała sama siebie, gdy na chwilę przerwali pocałunek i oboje zaczerpnęli tchu, aby zaraz znów się złączyć - i nie spokojnie i delikatnie, lecz szalenie i z pożądaniem - w pocałunku.

* * *

Lisa, tak jak Samuel martwiła się o swoją przybraną siostrę i gdy ujrzała Cichego Brata przy drzwiach Instytutu, zaraz poszła do biblioteki.
Powoli uchyliła drzwi i gdy ujrzała stojącego nad Lucyną Samuela, postanowiła, że odwiedzi ją później, a w tej chwili nie będzie im przeszkadzać.

* * *

Alec i Jace wyszli razem ze śniadania i postanowili spędzić jakoś spokojnie czas. Clary, Isabell, Simon i reszta mieszkańców Instytutu wręcz się z niego ulotniła, co dało im swobodę. Postanowili, że obejrzą jakiś film zważywszy na to, że Instytut mocno odróżniał się od tych gdzie byli i w niektórych pomieszczeniach, takich jak pokój Aleka, znajdował się telewizor.
- Nie wiem ogólnie, po co im to ustrojstwo, ale jak już jest to, dlaczego nie skorzystać? – powiedział z lekkim uśmiechem Jace.
- Masz racje. Oglądamy sami, czy też kogoś zapraszamy? – spytał jego parabatai.
- Może Lucyna będzie chciała, chyba już skończyła rozmawiać z Cichym Bratem – zaoferował chłopak i zbliżył się do drzwi prowadzących do pokoju jego przyjaciela.
Kiedy Alec już otwierał go, koło nich przechodziła Lisa, ubrana w strój do wyjścia.
- A ty gdzie się wybierasz? – spytał ze swoim uśmieszkiem Jace i spojrzał na nią.
- Do miasta, spotkać się ze znajomą – odpowiedziała spokojnie, po czym spytała: – A wy?
- A my będziemy coś oglądać, a i wiesz, czy może Lucyna już skończyła rozmowę z Cichym Bratem?
- Tak, tak. Skończyła i nadal jest w bibliotece, przepraszam, ale się śpieszę. Pa! – krzyknęła i zbiegła po schodach patrząc na zegarek.
- To ty Alec idź po nią, a ja coś poszukam, co się nadaje na to popołudnie.
Chłopak tylko przytaknął i szybkim krokiem zszedł po schodach kierując się do biblioteki.
Wszedł do środka i zamarł na moment, aby po chwili ukryć się w cieniu.
Nie spodziewał się czegoś takiego zobaczyć.
Lucyna leżała na kanapie, a na niej był Samuel namiętnie całujący ją i trzymający ręce pod jej bluzką. Sam już był bez koszuli ukazując blizny, Znaki i dobrze umięśniony tors. Dziewczyna wplątała palce w jego kędzierzawe, brązowe włosy, a nogami objęła go w pasie. Oboje między pocałunkami szeptali do siebie i uśmiechali się na przemian.
Alec zacisnął usta w cienką linię nie wiedząc, co ma zrobić. Najbardziej chciał to przerwać, lecz wiedział, że nie może tak postąpić. Przełknął sporą gulę w gardle i sztywnym krokiem wymaszerował z pomieszczenia, lecz tak, aby go nie ujrzeli. Wrócił do siebie i wściekły zatrzasnął drzwi.
- Co się stało? Lucy nie ma ochoty pooglądać z nami filmu? – zdziwił się Jace siedzący w fotelu i bawiący się gumką recepturką.
- Nie wiem.
- Nie znalazłeś jej? Lisa mówiła, że jest w bibliotece – rzekł zamyślony.
- Nieważne! – Podniósł głos Alec i usiadł na swoim łóżku.
- To może zaproś Magnusa? – podsunął Jace zdezorientowany zachowaniem parabatai.
- Nie ma go w Instytucie. Wybył gdzieś razem z Lukiem, Jocelyn i państwem Poleys.
- Dobra, wiem, że się wściekniesz, ale mam to gdzieś, bo czuję, że coś się stało, więc mów, co ci leży na wątrobie – zainteresował się Jace i spojrzał na przyjaciela.
- Ehh… Szkoda gadać. Nic się nie stało.
- Jak nie, to nie, ale jak będziesz później z tego powodu stał na szczycie wieżowca gotowy do skoku to obiecuję, że cię popchnę. 
Alec popatrzył na niego z konsternacją, po czym ciężko westchnął. Wiedział, że z nim nie warto się kłócić, tak samo jak był pewnym, że nie da za wygraną póki nie dowie się, co się stało.
- Widziałem Lucynę…
- To dlaczego kłamałeś? – zdziwił się blondyn i spojrzał na niego spode łba.
- Bo całowała się z tym Samuelem?! – wypalił wściekle Alec, jakby to było oczywiste.
- To, dlatego jesteś zły?
- Tak
- Ale przecież ty masz Magnusa… - zaczął lekko zdezorientowany.
- Mam, ale nie wiem, co się dzieje. Ona jest inna, ja nie wiem, co do niej czuje, to jest, no cholera… Nie wiem nawet jak to nazwać, jest to coś dziwnego, a ja nie umiem nad tym zapanować.
- Czyli dlatego, jak cię poprosiłem, abyś po nią poszedł to popędziłeś, jak podpalony osioł? – spytał z lekkim uśmieszkiem na twarzy.
- Tak i nie śmiej się, bo widzę jak na nią patrzysz, a ty masz Clary.
- Tak i będę jej wierny.
- To dlaczego kazałeś zaprosić Lucynę, a nie Clary? – zapytał podejrzliwie.
Jace chyba pierwszy raz nie miał odpowiedzi na zadane pytanie. Lekko zmieszany odwrócił głowę w stronę okna i milczał.
- Tak sądziłem. Masz to, co ja. Magnus mówił, że to przez jej pochodzenie i naszą część krwi, której ty masz o wiele więcej.
- Jak dotykam Clary, parzę ją, a Lucynę trzymając za rękę w „Ambasadzie” nawet nie podgrzałem, a przynajmniej ona w ogóle nie dała oznaki. Tak samo, dlaczego jak teraz jestem z Clary, mimo że ona daje mi wiele, nie potrafię być w pełni szczęśliwy? Zawsze się martwię, nigdy nie jestem pewien, wiem, że nade mną jest Luke i Jocelyn. Ehh… A przy niej zawsze jestem spokojny, jakiś lżejszy, wiem, że nie muszę się martwić o żadne zgody, zezwolenia, że ona żyje tak jak pragnie… Też nie wiem, co to jest, ale to przecież nie oznacza, że mam dla niej zostawić Clary.
- A może właśnie, dlatego? Pomyśl logicznie, myślałeś, że ona była ci pisana, ponieważ miała więcej krwi anioła w sobie tak, jak ty, ale Lucy to anioł w osiemdziesięciu procentach.
- A w dwudziestu?
- Dokładnie to w dziesięciu Nefilim i w dziesięciu wilkołakiem.
- I tak nie rozumiem, po co miałbym marnować to, o co walczyłem tyle czasu, dla kogoś innego?
- A ja sądzę, że powinniśmy spróbować, tylko wiesz… Bez rozgłośni.
Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Między nimi rosło napięcie, które nie oznaczało złości, lecz nutę porozumienia i plan, który rodził się w ich głowach.
- Tylko, jak już mówiłeś, ona się teraz obściskuje z tym Samuelem.
- Więc może warto się najpierw spytać jego o zgodę? – W oczach Alec’a ukazał się nieznany do tej pory błysk.

* * *

Wszystko szło tak dobrze.
Ich ciała ze sobą splecione, oczy zamknięte, usta zwarte, a wszystko dążyło do ostatniego, najważniejszego zbliżenia, gdy Lucyna coś sobie uświadomiła.
Nie mogła tak postąpić z Samuelem. Pozwoli mu się w sobie rozkochać, da mu wszystko, co będą oboje chcieli i nagle go opuści. Przecież ona wszystkich opuści, lecz nie chce tym nikogo skrzywdzić, nie chce nikogo zranić, a na pewno nie jego. Poczuje się wykorzystany, jak zabawka. Będzie sądził, że on jest dla niej niczym i że gdy się jej znudził, zostawiła go.
Nie chciała, aby tak myślał, nie chciała później mu tłumaczyć tego, dlaczego tak postąpiła, mając nikłą nadzieję w sercu, że zrozumie ją i zmieni zdanie na temat tej „zdrady”.
Chciała tego wszystkiego uniknąć, nie miała zamiaru później widzieć w jego oczach rozpaczy, udręki, żalu, a nawet pogardy.
Nie!
Wolała temu wcześniej zapobiec.
Gwałtownie i mocno go od siebie odepchnęła tym samym zrzucając z kanapy z wyrazem zaskoczenia na twarzy i cichym jękiem wyrywającym się z gardła.
- Lucyna – stęknął i pomasował obite plecy, lecz gdy tylko podniósł wzrok ujrzał wybiegającą z biblioteki dziewczynę.

* * *

Weszła do ciemnego pomieszczenia. Tylko takie były dla niej bezpieczne. Wzięła spory haust powietrza, uświadamiając sobie, że jest to nawyk, którego powinna się wyzbyć, ponieważ odczuwała przez niego jedynie nieprzyjemny ból w klatce. Szybko wypuściła to, co wciągnęła i rozejrzała się po ciemności.
Jej oczy wychwytywały każdy najmniejszy ruch w pomieszczeniu. Widziała umykające w kąty szczury, dość wyrośnięte i jeszcze mniej przyjazne oku. Po chwili przed sobą zauważyła zbliżającą się do niej sylwetkę, która zaraz zmieniła się w dokładny zarys wysokiego, chudego chłopaka z bardzo jasnymi włosami i kontrastującymi do nich całkowicie czarnymi oczami, które przyglądały jej się uważnie. Miał na sobie skórzaną kurtkę i spodnie, a pod tym zwykły ciemny t-shirt. Na jego twarzy ukazał się szyderczy, nieprzyjemny uśmiech.
- Witaj Camille – powiedział spokojnie.
- Witaj – odpowiedziała zimno, zirytowana nie znając jego imienia, chodź on znał jej.
- Wiesz, kim jestem? – spytał.
- Nie – odparła spokojnie i zaczęła przyglądać się jego demonicznym oczom. – Choć chciałabym wiedzieć, jak ty wiesz gdzie mieszkam i jak mi jest na imię oraz, że mnie tu zaprosiłeś?
- Nazywam się Sebastian i zaprosiłem cię do tego uroczego miejsca, aby zadać ci pewne pytanie – mówił nie przestając się uśmiechać.
- Jakie?
- Czy czujesz się zdradzona, przez Nocnych Łowców? Jeszcze niedawno byłaś jednym z nich, lecz twoja miłość, aby zbliżyć cię do siebie, postanowiła cię ugryźć. Pomogła ci się Zamienić w wampira, dała ci dom i zaczęła cię uczyć jak polować. Mimo wszystko, poszłaś do Instytutu i poprosiłaś ich o pomoc, a oni cię wygnali, mówiąc, że nie wolno ci wejść do środka, ponieważ spłoniesz na święconej ziemi.
Spojrzała na niego zaskoczona, nie wiedząc, co powiedzieć. Powinna zapytać się skąd wie, co się wydarzyło w jej życiu, jednak nie potrafiła złożyć żadnego prawidłowego zdania.
Sebastian nadal jej się przyglądał z tym uśmieszkiem na twarzy.
- Rozumiem, ja też jestem Nocnym Łowców i moi niektórzy sprzymierzeńcy też nimi są, ale my będziemy cię traktowali na równi. Będziesz dla nas nadal Nefilim, tylko z większą ilością zdolności. Wystarczy, że się przyłączysz i staniesz Po Słusznej Stronie Sprawy, a w ogóle bardzo ładna suknia Camille.
- Dziękuję – zdołał z siebie wydusić i spojrzała na swoją długą, wieczorową suknię z czarnego jedwabiu.
Sama nie wiedziała, po co ją założyła, jak wiedziała, że wybiera się do starego magazynu.
- Wiesz, że twoja imienniczka była kiedyś głową Klanu wampirów na Manhattanie w Nowym Yorku?
- Naprawdę? – spytała zaciekawiona.
- Tak. Również była jednym z najstarszych wampirów.
- A dlaczego była?
- Została zabita, niedawno, ale twój los będzie lepszy – powiedział uśmiechając się i biorąc dziewczynę pod rękę. – Ja dam ci wieczne życie przy mnie i Przy Słusznej Sprawie.



_____________________________________________________________________
Wiem, że niektórzy z Was, moi Czytelnicy chcecie mnie prawie zabić, krzycząc do monitora - Jak możesz doprowadzić, aby Jace zdradził Clary?!
Spokojnie. Już tłumaczę - Lucyna jest Aniołem, a Anioł ma dar, dzięki, któremu wydaje się bardziej atrakcyjny, a jak ktoś jeszcze ma w sobie jakąś część jej krwi, to ciągnie Swój do Swego. To nie jest prawdziwa miłość, jest to raczej zauroczenie, a raczej odurzenie jak pod wpływem narkotyków. Oni nie są świadomi tego, że oni jej nie kochają, że to tylko ich przyciąga jak magnes, ale to wręcz nic nie znaczy. Rzadko kiedy zdarza się, aby ktoś nie podległ urokowi Anioła. 


piątek, 25 lipca 2014

Rozdział# 7 - Nie jestem ani aniołem, ani demonem, ale człowiekiem siebie nazwać nie mogę


Zanim zaczniecie czytać puśćcie to, ponieważ to jest piosenka, którą opisywałam podczas akcji w Ambasadzie https://www.youtube.com/watch?v=ybirL3EtMb8
_______________________________________________________________________

Wchodząc do środka w oczy zakuły ich neonowe reflektory, które poruszając się oświetlały, co chwilę inne zakątki dyskoteki. W chwili, gdy znaleźli się w środku nastała cisza, a zaraz po niej z ogromnych głośników zaczął się wydobywać dźwięk ogromnego bębna. Sala od niego delikatnie drgała, a ludzie zaczęli do tego rytmicznie podskakiwać. Zaraz po tym rozbrzmiał męski wokal.
Wszyscy zaczęli się przeciskać przez tłum omijając dziewczyny, które rozdawały ekstazę i… likier Faerie?
Dopiero, gdy znaleźli się w środku tłumu ujrzeli twarze niepodobne do ludzkich. Clary w duchu cieszyła się, że Luke został na zewnątrz i pilnował wozu. To byłoby dla niego za wiele. Dziesiątki wilkołaków, wampirów, czarowników i Faerie tańczyło koło siebie, brało środki odurzające, popijało je kolorowymi koktajlami i likierem.
Gdy zaczął się refren wszyscy zaczęli go śpiewać, a raczej wykrzykiwać, co dla uwrażliwionych uszu przez Znaki było wręcz nie do wytrzymania.
Przeciśnięcie się przez tłum było bardzo ciężkie, mimo że Alec, Jace, Michał oraz Samuel torowali sobie drogę. Muzyka dawała coraz bardziej po uszach, gdy wreszcie znaleźli się bliżej sceny, aktualnie przyciemnionej i pustej, lecz dało się wyczuć, że coś miało się wydarzyć, gdyż każdy się do niej powoli zbliżał. Cała ósemka zatrzymała się przed nią i wyczekiwała. Widzieli, że w ciemności coś się porusza, lecz niczego więcej nie uchwycili.
Czekali.
Wokal się skończył i zamienił go duet: bębny i skrzypce. Muzyka przyśpieszała i narastała. Zdawała się wypełniać w pomieszczeniu wszystko i wszystkich, aż gwałtownie ucichła, a światła pogasły, lecz tylko na parę sekund.
Wokal ponownie się zaczął, a scena została rozświetlona. Najwyżej ustawieni europejscy Podziemni stali na niej, a wokół nich pojawiły się dwie dziewczyny, tańczące zgoła niedyskotekowo. Przyciągały uwagę każdego, swą gracją i stylem. Widać również były po ekstazie lub likierze, obie miały rozszerzone źrenice i lekkie wypieki na twarzy. Widocznym było, że znały szychy ze Świata Cieni i były z nimi dość blisko.
Muzyka ucichła, a one stanęły koło wilkołaka i wampira. Obaj mężczyźni objęli swoje partnerki i przemówili do tłumu. Dla Nocnych Łowców były to niezrozumiałe słowa w języku polskim, ale tłum wiwatował, klaskał, polewał zdrowie. Michał i Samuel gwałtownie stężeli, a ich twarze stały się ponure i złowrogie. Adam, który znał ich od dziecka, przyglądał się im jakby byli mu zupełnie obcy, ale sam rozumiał ich zachowanie. Wiedział, co mówili wilkołak oraz wampir i wiedział, że to, o czym jest mowa, nic dobrego nie świadczy.
Gdy skończyli rozbrzmiała znów muzyka, a scena ponownie stała się ciemna, gdy tłum zaczął tańczyć.
Wszyscy przybyli od razu skierowali się w stronę zejścia, aby tam złapać owych przedstawicieli i ich partnerki, jednak tamci byli szybsi i zeszli udając się w nieznanym kierunku.

* * *

Lucyna ruszyła do osobnego pokoju z Riencem. Był to główny przedstawiciel wilkołaków. Łatwo było go znaleźć i uwieźć. Wystarczyło tylko kilka tabletek, trochę likieru i rozpięty strój. Z każdym kolejnym drinkiem stawał się coraz bardziej rozmowny, jak i mniej przytomny, lecz ją to najmniej obchodziło, najważniejsze były informacje. Gdy ponownie znaleźli się w wyciszonym pokoju zrobiła dla niego drinka, a dla siebie zwykłe, bezalkoholowe koktajle. Po trzecim leżał już nieprzytomny na stole i głośno chrapał, a Lucy postanowiła sprawdzić, co u siostry.
Bezszelestnie wyszła z pomieszczenia i weszła do przeciwnego. Otworzyła drzwi i krzyknęła wściekła.
Jej przybrana siostra, na wpół rozebrana, opierała się o ścianę i zawzięcie całowała Diega.
Odwrócili się w jej stronę, a Lisa z cichym piskiem zaczęła pośpiesznie się ubierać.
Wampir jednak wściekł się i wysuwając swoje kły skierował się w jej stronę. Dziewczyna nie czekała ani sekundy dłużej. Z kieszeni wyjęła rozkładany mały nóż i jednym ruchem go rozłożyła. Spojrzała na niego z sentymentem pamiętając, od kogo go otrzymała i po co, a następnie wyszeptała imię jednego z aniołów. Broń się rozjaśniła anielskim blaskiem, po czym z rozmachem została wyrzucona w stronę przeciwnika. Po kilku obrotach wbiła się w jego pierś. Podziemny stanął na moment w ogniu, a następnie rozpadł się w pył, jakby wyszedł na słońce. Lucy spojrzała na kupkę popiołu przy jej nogach, po czym złapała swoją spitą siostrę i wybiegła pośpiesznie z pokoju.
Od razu skierowała się w stronę wyjścia, lecz gdy tylko skręciła na salę uderzyła w kogoś i z hukiem upadła na podłogę ciągnąc ze sobą Lisę.
- Co się k… - nie skończyła wulgaryzmu, gdy spojrzała w górę i ujrzała znajome twarze.
Gwałtownie ogarnęła ją wściekłość w ich kierunku, lecz nie zdążyła jej ukazać, ponieważ pomagając wstać pociągnięto ją od razu do wyjścia.

* * *

W samochodzie czuła się jak na komisariacie. Luke, który czekał na nich przy wozie zachowywał się niczym detektyw. Zadawał pytania i wyczekiwał konkretnych odpowiedzi. Co najgorsze, Lisa nie mogła jej już pomóc, gdyż była w swoim świecie i tylko cały czas bredziła od rzeczy. Lucyna całą rozmową i zdarzeniem była wykończona. Wytykała im wtrącanie się w cudze sprawy, mimo to jednak była im po części wdzięczna, że się tam zjawili, bo nie wiedziała, jakby mogło się to wszystko skończyć zakładając przy tym, że jak znalazła się po za Ambasadą nigdzie nie widziała furgonetki chłopaków, co mogło znaczyć jedyne, że zwiali.
W połowie drogi, gdy opowiedziała już cały przebieg wydarzeń i wszystko, co się wydarzyło (nawet akcja z Lisą), wściekłość zagórowała w niej i przestała odpowiadać na kolejne pytania. Zakończyła pytanie stwierdzeniem, że chciała się dowiedzieć, jak posuwa się Sebastian ze swoim planem, a najwyżej ustawieni mieli zawsze najświeższe informacje oraz współpracowali z ciemną stroną mocy. Usiadła sztywno na przednim siedzeniu i tępo gapiła się przed siebie, modląc się w duchu, aby nerwy nie puściły jeszcze komuś prócz niej.

* * *

Wszyscy wrócili zmęczeni do Instytutu, a siostra Adama odzyskała odrobinę świadomości.
- Ale było fajnie! – krzyknęła, po czym spotkała się ze złowrogim spojrzeniem Lucyny.
- Obiecuję, że jak sama za chwilę nie pójdziesz spać, to zaciągnę cię do twojego pokoju za kłaki!
- Nie umiesz się bawić – prychnęła zirytowana.
- Mówiłam ci, nie pij tyle! Ale ty oczywiście musiałaś postawić na swoim i wiesz dobrze jakby się to skończyło!
- Myślałam, że miałyśmy właśnie to zrobić, zbliżyć się do nich – odpowiedziała półprzytomnie.
- Ale nie do takiego stopnia, jazda na górę! – wrzasnęła rozwścieczona, po czym bezsilnie oparła się o kamienną ścianę i przymknęła na moment powieki.
Poczuła się słabiej, a świat wokół niej zawirował, jakby była na karuzeli. Od twarzy odpłynęła jej krewa, a na czole ukazał się zimny pot.
Czas.
Słowa zakuły ją boleśnie w skroniach, po czym znów wszystko zobaczyła: wampira, Lisę, nóż. Próbowała się uspokoić i odtrącić nieprzyjemne wspomnienia z przed godziny. W tym czasie jej siostra chwiejnym krokiem wdrapała się na schody i ruszyła do swojego pokoju.
- Coś się dzieje? – spytał spokojnie Alec, który się do niej zbliżył.
- Co? Nie, nic – odpowiedziała wyrwana z przemyśleń i przeczesując palcami włosy, odsunęła się od ściany po czym weszła do salonu, gdzie czekali już na nią wściekli jak osy dziadkowie oraz Jakub, który prawdopodobnie wrócił z nieudanego wypadu na miasto.
Był ze wszystkich mieszkających nastolatków w Instytucie najstarszy. Miał dziewiętnaście lat, krucze włosy, gładką, delikatną twarz, szmaragdowe oczy i szelmowski charakter, który zawsze w nim ceniła. Był dla niej najważniejszy. Zachowywał się dla niej jak starszy brat i jako pierwszy poznał jej wszystkie sekrety, obawy oraz marzenia. Był jej bliższy niż Adam czy Lisa, ale o tym tylko ona wiedziała
- Lucyna, coś ty sobie myślała? – spytał Jerzy i wstał do niej.
-O to samo już ją w czasie drogi pytałem – wtrącił się Luke, który wyszedł z holu razem z resztą.
- Wy tego nie rozumiecie, nadchodzi coś, czego nikt z nas nie pojmuje! To jest o wiele gorsze od tego, co było niedawno i przewodzi tym wszystkim tylko jedna osoba! Między nami są wtyki, a także kapusie, jak się ich dobrze przyciśnie wyśpiewają wszystko i zdołamy się przygotować, jak również dowiemy się, kto za tym stoi! Tylko, dlaczego zawsze, gdy próbuję właśnie to zrobić, ktoś mi się wpiernicza w interes?! – krzyknęła w stronę wszystkich, którzy pojechali do Ambasady. – Tyle lat nikt się mną nie interesował, a teraz każdy chce mnie wychować na aniołka prosto z nieba. Nie! Ja nie pochodzę z nieba i wiecie o tym dobrze! – wrzasnęła na swoich dziadków.
- Lucyno… - zaczęła spokojnie staruszka.
- Co?! Co chcesz?! Prawdy?! Proszę bardzo: jestem dzieckiem Boga i Szatana, jestem hydrą, chodzącą w ludzkiej skórze, jestem potworem, dla którego śmierć jest rozrywką, a cierpienie najprzyjemniejszą rzeczą, którą mogę zadać. Właśnie tym jestem!
W jej oczach zalśniły łzy, po czym wybiegła z salonu i popędziła do swojego pokoju zatrzaskując z całej siły drzwi. Gwałtownie otworzyła okno i łapiąc ogromną poduszkę ze swego łóżka wyrzuciła ją na dach, sama wychodząc za nią. Zamknęła za sobą okiennice i wdrapała się na miękki materiał. Rozpięła swoją koszulę i spojrzała w miejsce gdzie pod skórą biło serce. Na skórze powoli zaczął się żłobić złoty symbol, jako jedyny niebędący Znakiem, lecz pieczęcią jej cyrografu, ukazujący się tylko, gdy padał na niego blask Gwiazdy Północy. Podkuliła nogi pod brodę i zaczęła przez łzy oglądać rozgwieżdżone niebo, przeklinając w duchu, że dostała drugą szansę.

* * *

- O czym ona mówiła? – spytał Luke w chwili, gdy do salonu weszli Jocelyn z Magnusem.
- Powinna wam sama o tym powiedzieć – odparła staruszka, a czarownik jej zawtórował.
Oboje znali prawdę najlepiej i wiedzieli, że tą wiedzą nie powinni się zbytnio chwalić, póki ona sama im tego nie wyzna.
- To może my do niej pójdziemy? – zaproponował ku zdziwieniu wszystkich Jace.
- Zgoda, a później odwiedźmy Simona w Sanktuarium, jego nowym domu pokoju i w ogóle – westchnęła rozgoryczona Isabell.
- Dobrze, ale już chodź – powiedział Nocny Łowca i skierował się do schodów.
Do jej pokoju dalej poprowadził Adam, który jako pierwszy wszedł do środka uważając, aby nie dostać jakimś przedmiot.
Zdziwiło go, że niczym nie otrzymał po głowie, jak to miał w zwyczaju dostać od Lucyny lub Lisy, kiedy wchodził do ich pokoi.
Wszyscy weszli zaraz za nim i stanęli na środku ogromnego, wypełnionego książkami, ubraniami, bronią jak i sporą ilością płyt i rysunków pomieszczeniu. Mimo że było w nim sporo rzeczy, był to pokój porządny i poukładany, co zdziwiło prawie każdego.
- Przecież nigdzie jej nie ma! – powiedziała lekko przerażona Isabell rozglądając się po pomieszczeniu.
- Spokojnie, nie rób mała paniki – odpowiedział szelmowskim głosem Jakub wymijając ją i podchodząc do okna.
Sprawnym ruchem je otworzył i odwrócił się do reszty.
- Chodźcie – powiedział i odsunął się od okiennicy.
Wszyscy zbliżyli się do parapetu i jeden przez drugiego wyjrzał na zewnątrz.
Siedziała na ogromnej poduszce wpatrzona w gwiazdy. Jej kolorowe włosy targał wieczorny wiatr, tak samo jak rozpiętą koszulę. Delikatnie się trzęsła, bardziej z rozpaczy niż zimna, a paznokciami żłobiła wzory we własnej skórze do tego stopnia, że płynęła po jej przedramionach krew, aby za chwilę znikać już po zagojonych ranach.
Na tle ciemnego nieba z milionem błyszczących gwiazd, wyglądała jak istota nie z tego świata, jakby uciekła z innego wymiaru. Ten widok wypalił się pod powiekami Jace oraz Alec’a, którzy nie posługując się żadnymi słowami, lecz wzrokiem, zgodzili się, aby wyjść na dach i podejść do dziewczyny. Oboje bez problemu przedostali się na dachówki, które okazały się nad wyraz śliskie, jakby były wysmarowane smarem. W ostatniej chwili złapali się framugi, a Clary wydała zduszony krzyk przerażania.
Lucyna gwałtownie odwróciła się zapinając szybko koszulę.
- Co wy do jasnej pogody robicie?! – spytała zdenerwowana widząc, jak próbują utrzymać równowagę.
- Idziemy do ciebie – powiedział bez precedensu Jace.
- Cholera, ale tu ślisko – przeklął Alec, łapiąc równowagę.
Dziewczyna wstała i spojrzała na nich wściekle, po czym rozwinęła swoje skrzydła, na których znaki w świetle księżyca zaczęły się mienić niczym tęcza.
- Nie ruszajcie się, bo odlecę.
- Blefuje – powiedział Jakub, stojący w oknie. – Nie jest w stanie polecieć, gdyż miała jeszcze niedawno połamane skrzydła i nie trenowała. Nie zdoła się utrzymać.
Lucy, zacisnęła z całej siły pięści i cofnęła się na kraniec dachu. Znała go na tyle dobrze by wiedzieć, która dachówka nie jest śliska i nie odpadnie, gdy na niej stanie. Patrzyła się lodowatym wzrokiem na wszystkich stojących w jej pokoju i na dachu.
- To dobrze się składa, zakończę wreszcie to, co już dawno powinno być zakończone – syknęła przez zęby.
- Czyli co? – spytała, Isabell.
- Życie – powiedziała i wygięła się w tył lecąc w stronę ziemi głową.
Wszyscy gwałtownie zamarli, a Alec z Jacem, z poślizgiem zjechali na kraniec dachu, przerażeni. Oboje jak na znak się wychylili, a Lucyna musnęła ich piórami po twarzy frunąc, jak strzała w górę i z obrotem rozprostowując do końca skrzydła. Zaczęła z gracją obracać się wokół własnej osi, pikować i unosić się, szybować i okrążać Instytut pozostawiając po sobie złoty pył.
Robiąc czwarte kółko wylądowała za chłopakami i łapiąc ich za ręce, pociągnęła do okna. Wszyscy jak na znak się przesunęli, a Lucy chwytając się framugi wskoczyła do środka zaraz po ukryciu skrzydeł.
- Zawsze stawiasz na swoim? – spytał z irytacją Kuba.
- Tobie? Zawsze. – Uśmiechnęła się do niego i delikatnie pogładziła jego policzek.
Chłopaka przeszedł przyjemny dreszcz, a do głowy wróciło wiele wspomnień, związanych jedynie z nią. W ostatniej chwili zdusił w sobie chęć prośby o powtórzenie kilku wydarzeń i nie chcąc bardziej się zmieszać wyszedł z pokoju.
Chwilę patrzyła za nim z lekkim rozżaleniem w sercu, lecz po chwili odwróciła się do reszty i widząc ich wyrazy twarzy wiedziała, co chcą wiedzieć i postanowiła, choć trochę im to wyjaśnić.
- Chodźcie na dół – powiedziała po dłuższej chwili i wyszła z pokoju.

* * *

- Każdy z was nazywa mnie upadłym aniołem, lecz wiecie dobrze, że są to dzieci Boże, które wpadły w sidła Szatana, a ja jestem aniołem upadłym nieba, gdyż Bóg oddał mi największą część duszy. Tak... Umarłam i narodziłam się na nowo, lecz już bez tego, co ludzkie. W chwili, kiedy się odradzałam większość duszy oddał mi Bóg, lecz resztę otrzymałam od Szatana. Tak samo Diabeł podarował mi skrzydła, aby Gabriel mógł nakreślić na nich anielskie Znaki chroniące mnie. Na skórze wypalono mi Runy piekielnym ogniem, a rany obmyto świętą wodą, która zamaskowała wszystko, zostawiając moc. Diabeł oddał mi część swego charakteru i zdolności tak, aby równoważyły się z darem od Boga. To wszystko brzmi niesamowicie, lecz za to zapłaciłam najwyższą cenę...
Nastała grobowa cisza, jaka mogłaby jedynie panować w Cichym Mieście. Podążała wzrokiem po twarzach wszystkich zgromadzonych i szukała kogoś, kto będzie niewzruszony, lecz patrzyli na nią jakby miała raka, którego nie można już wyleczyć. Jakby to, co otrzymała, jako dar było najgorszą chorobą, śmiertelną…
Taka prawda…
- Oto i moja tajemnica skrzydeł i tego wszystkiego… wierzę i w Boga i w Szatana, choć nie jestem ani aniołem, ani demonem, a człowiekiem siebie nazwać nie mogę – zakończyła z żalem i spuściła wzrok.
- Jesteś Lucyną, moją siostrą – odparł Adam i wyszedł do przodu.
- Jesteś aniołem i kimś ważnym w moim czy każdego zgromadzonego tutaj życiu – dopowiedział Peter i również się wysunął.
Spojrzała na nich z wdzięcznością, a następnie na resztę, która zaczęła przytakiwać na te słowa i zgadzać się z nimi.
- Znamy prawdę, lecz nie będziemy przez to inaczej cię traktować – odparł Alec i również postąpił krok do przodu.
Zaraz po tym każdy tak powiedział i również się do niej zbliżył.
- Pamiętaj, że masz nas wszystkich i jesteś członkiem rodziny, Lucy – zakończył Jerzy i uśmiechnął się do niej.

* * *

Wróciła do swojego pokoju i ponownie wyszła na dach. W tym miejscu czuła się najlepiej i po każdym ważnym dla niej wydarzeniu lubiła się tutaj zrelaksować. Zamknęła oczy i zaczęła się wsłuchiwać w szum wiatru oraz odległe dźwięki ruchliwej ulicy.
- Można? – Usłyszała za sobą spokojny głos.
Szybko się odwróciła i ujrzała za sobą Luka, który stał przed oknem i patrzył na nią niepewnie.
- Tak, jasne – odpowiedziała lekko zmieszana i przesunęła się na poduszce.
- Dzięki – odparł i usiadł koło niej. – Chciałem z tobą porozmawiać.
- Tego się spodziewałam – rzekła i lekko uśmiechnęła.
- Rozchodzi mi się o twoją likantropie. - Na te słowa dziewczyna gwałtownie stężała, a jej postura była już mniej przyjazna, jak i wyraz twarzy. - To, że jesteś zdziczała nic nie znaczy, możemy potrenować i cię oswoić jako wilka. Zajmie to trochę czasu, ale zawsze można popróbować.
- Ale gdzie? – spytała widząc małe światełko w tunelu.
- Nocami w parku. Będziesz się zamieniała nie tylko pełnią i trenowała własną, ludzką wolę, a nie zwierzęcą.
- Nie wiem – odpowiedziała niepewnie i odwróciła głowę.
- Jak się zdecydujesz powiedz mi o tym córeczko – powiedział i całując ją w czubek głowy wrócił do pokoju.
Znieruchomiała na dłuższy czas, uświadamiając sobie, że pierwszy raz ją tak nazwał – córką.
Gdy księżyc był już nisko, dopiero wróciła do siebie i poszła spać, chodź nadal jej głowę trapiła propozycja ojca.

* * *

Gdy Jace z Alekiem, Clary i Isabell zeszli rano do salonu przeżyli niemałe zdziwienie. W Instytucie nie było cicho i spokojnie, lecz gwarno i wręcz tłoczno. Między pokojami, salonem a kuchnią cały czas ktoś się przewijał.
Domownicy, jeszcze nieubrani ani nieuczesani rozmawiali między sobą, pomagali, pożyczali, czasami nawet kłócili. Wszystkie zajęte pokoje miały pouchylane drzwi. Z jednego dobywał się uroczy śmiech bliźniczek, z kolejnego narzekania Adama, a z następnego sunęła gorąca para wodna. W przeciwnych pokojach również było słychać głosy rozmowy, co jakiś czas któryś z nastolatków wychodził i na bosaka zbiegał do kuchni by zaraz z niej wybiec i wrócić do pokoju, lecz nie zawsze swojego.
Kubuś sunął przez hol ciągnąc za sobą misia i trąc zaspane oczy. Po chwili został wzięty na ręce przez Michała, który szybko zabrał go do salonu i mówiąc roztargniony „dzień dobry” posadził małego na kanapie nakazując mu czekać na śniadanie, a sam pobiegł po tacę z kubkami i porcelanowymi czajniczkami z herbatą i kawą.
Nocni Łowcy ze Stanów patrzyli się na to zszokowani. Był to dla nich chaos, który o dziwo miał swój porządek. Każdy wiedział gdzie ma iść, co zrobić, w między czasie porozmawiać z innymi. Z góry dochodziły już krzyki i śmiechy nastolatek, co oznaczało, że się już pogodziły. Po chwili do salonu w samych majtkach i podkoszulku jednego z chłopaków wpadła Lucyna i przed ogromnym lustrem zaczęła rozczesywać włosy.
Zaraz za nią zeszła Lisa i sama czesząc swoje mówiła:
- To nie ja zbiłam ci lustro!
- A to niby kto?! Najlepsze jest to w tym, że jeszcze nikt nie zawiesił mi nowego.
- Sama je zbiłaś, a i nawet wiem, kiedy – rzekła dumnie dziewczyna stając przy schodach.
- No niby, kiedy? Bo aż jestem ciekawa – odpowiedziała Lucy ignorując innych i nadal się czesząc.
- A wtedy, kiedy ty postanowiłaś ochrzcić swoją łazienkę z Peterem i uderzyłaś w nie własnymi plecami namiętnie się całując i Bóg wie, co jeszcze – odparła szyderczo się uśmiechając do siostry.
Wszyscy w salonie umilkli, a ci, co pili to aż się zakrztusili. Lucyna gwałtownie się odwróciła do Lisy i spojrzała na nią wściekła.
- Zabije cię! – syknęła z udawaną złością i ruszyła w jej stronę ze szczotką w gotowości.
Dziewczyna nie zwlekając pomknęła w stronę bawialni i pokoju muzycznego, a Lucy zaraz za nią. Po chwili w całym Instytucie rozbrzmiał ich pisk i głośny śmiech.
- Nie przejmujcie się nimi – powiedział Jakub wchodząc do salonu. – Najbardziej, co może ucierpieć to szczotki, a teraz chodźcie na dół do głównej jadalni.
Odsunął się, aby wszystkich przepuścić, po czym stanął przy schodach i krzyknął głośno:
- Śniadanie!
Jak na zawołanie, wszyscy czy ubrani czy też nie zaczęli schodzić na dół. Dziewczyny jako pierwsze przybiegły i witając całusem i uściskiem dziadków oraz młodsze rodzeństwo zaczęły pomagać w noszeniu. W kuchni okazało się, że również pomaga Jocelyn, a Luke pilnuje patelni, na których smażyły się jajka.
- Dzień dobry! – krzyknęły obie, a wyglądały jakby wróciły z potężnej wichury.
Każdy na nie spojrzał lekko zszokowany, zapominając o odpowiedzi. One jednak w ogóle się tym nie przejęły i z gracją zaczęły przynosić na stół jedzenie.
Gdy wszystko, co było naszykowane znalazło się na stole, każdy do niego zasiadł i rozmawiając zaczął jeść.
Na początku goście byli lekko zmieszani, lecz po chwili również przyłączyli się do konwersacji i zaczęli się czuć jak część tej wielkiej rodziny. Zdawało się, jakby ten Instytut był prawdziwą Utopią. Miejscem gdzie nie ma waśń, gdzie każdy żyje w zgodzie i zachowanym porządku. Tutaj każdy siebie rozumiał, szanował i traktował jak rodzeństwo.
W połowie śniadania Lucyna gwałtownie spoważniała i zaklęła pod nosem.
- Czy to ładnie tak zapominać o jeszcze jednym lokatorze? – spytała ironicznie i szybko skierowała się do kuchni.
Po chwili z niej wyszła trzymając w rękach małą, srebrną miskę z karmą.
- Pikuś! – krzyknęła i jak na zawołanie z pod stołu wyłonił się małej wielkości pekińczyk o biszkoptowej sierści. Wyciągnął się niczym kot i ziewnął zamaszyście, po czym dystyngowanym krokiem skierował się do Lucyny. Najpierw oparł się o jej kolana i polizał ją w policzek, gdy klęczała, a następnie zainteresował się zawartością miski.
Pies ten zachowywał się jak arystokrata. Miał dumny krok, zawsze trzymał łepek wysoko w górze, a jego bujna sierść pod nią imitowała grzywę lwa. Prócz tego miał długi, przełożony na prawy bok puszysty ogon, którym zamiatał podłogę.
Lucyna poklepała go lekko po łepku i wróciła do stołu.
- Co to za rasa? – spytała, Isabell patrząc na zwierzaka.
- Pekińczyk – odpowiedziała za nią Margaret.
- A dlaczego on ma taki płaski pysk? – zapytał bezprecedensyjnie Jace.
- Bo miał spotkanie z patelnią – odparła sarkastycznie Lucyna.
Nocny Łowca popatrzył na nią zszokowany.
- Nie słuchaj jej Jace – odpowiedziała śmiejąc się Lisa. – Ta rasa już taka jest. Mają krótkie pyszczki i ogromne oczy oraz są…
- Wredne – powiedziała na koniec Lucy. – Jest to rasa pochodząca z Chin. Kiedyś te psy mógł mieć tylko chiński cesarz, który dzięki ich niewielkim rozmiarom trzymał je w swoich rękawach szaty. Były one ostateczną ochroną władcy, bo mimo ich rozmiarów są bardzo niebezpieczne, gdyż mają tylko jednego właściciela, tak jak koty i będą go do końca chroniły.
- To wiadomo skąd ma taką postawę – skwitował Alec i zaczął dalej jeść.
Rozmowa zaraz zmieniła swoje tory, aż do chwili, kiedy Jerzy otrzymał ognistą wiadomość. Wszyscy gwałtownie umilkli, a mężczyzna biorąc pod rękę swoją żonę wyszedł z pomieszczenia przepraszając gości.
- Ej, co to może być? – spytał Peter resztę przy stole.
- Mam głupie przeczucie, że rozchodzi się o mnie… - powiedziała spokojnie Lucyna. – Jakby nie patrzeć jestem w Europie bezprawnie, więc Cleve na pewno już mnie wyczuło.
- Nie gadaj głupstw! Przecież ty nic nie zrobiłaś – syknął zirytowany Samuel.
- Nie wiem czy „zabicie” ojczyma jak również jeszcze kilku osób, a także sprzeciwienie się Enklawie jest takim „nic” – odparła.
- Jak to zabiłaś? – Spytała zaskoczona Clary i lekko się wzdrygnęła.
- Jako wilkołak zabijam ludzi. Jestem zdziczała, nic nie pamiętam z pełni, a po drugie przybyli do mnie kiedyś wysłannicy z Cleve i chcieli mi odebrać Znaki, ponieważ okazałam się Podziemnym, któremu trwałe Znaki pozostały. Ja nie pozwoliłam ich sobie odebrać i lekko się rozwścieczyli moim postępowaniem. Niedługo później chcieli mi je odebrać siłą, a ja się nie dałam no i trochę ich poszkodowałam, więc wystawili na mnie list gończy na cały kontynent, a ja uciekłam chroniąc tym swoją głowę.
- Widać miałaś wtedy gorsze dni – westchnął Jakub, kiedy zapadła długa cisza.
- A może okres ci się zbliżał? – spytała zamyślona Lisa.

* * *

- Jeszcze dzisiaj przyjdzie do ciebie Lucyno brat Zachariasz, ma podobno do ciebie sprawę.
- Do mnie?! – wykrztusiła zaskoczona patrząc na Margaret.
- Tak, czy wiesz może w jakiej to być sprawie, znów kogoś zabiłaś? – spytała surowo.
- Nie! Nie zarzucaj mi takich rzeczy! – krzyknęła wściekła.
- Uspokój się i nie podnoś na mnie głosu! – skarciła ją staruszka.
Dziewczyna nic więcej nie mówiąc wstała od stołu i wyszła z jadalni mrucząc pod nosem:
- Co Jem ode mnie chce?