wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział #6 - Kolejny element układanki

Wszyscy wstrzymali oddech, połowa nawet zamknęła oczy. Zdawało jej się, że spada całą wieczność, że ten lot jest nieskończenie długi. Nic nie widziała, nie chciała widzieć. Wolała wyobrazić sobie przybliżającą się ziemię. Po chwili poczuła ból, nastała ciemność i błoga cisza.
Ludzie podbiegli, do roztrzaskanego ciała, policjanci zaczęli ogradzać teren, straż spłukiwała krew, która była wokół. To wszystko działo się tak szybko, a trwało godzinami. Podjechał konwojent i zabrał ciało do kostnicy.
W ciemności zaczęła słyszeć głosy. Jeden niczym śpiew amazonek, drugi niczym skrzek. Oba do niej przemawiały, jeden przez drugiego. Słowa się składały, jak w inkarnacji:

- Wybrana z pośród duszy setek…
- Aby złączyć to, co jest wrogami.
- Zrodzona na nowo, w tej samej skórze
- Lecz inna, zmieniona, oddana naturze.
- Jej duszę podzielną w większości oddałem
- Ja również swą część jej powierzyłem.
- Ty żyjesz na szali, a szalą jest Ziemia.
- Im niżej się kłania, tym bliższa mi jesteś
- Im wyżej się wznosisz do mnie się zbliżasz.
- Ja daję ci skrzydła, na znak mego stworzenia,
- A moje dziecko na nich runy złoży.

Nastała dłuższa chwila milczenia po czym dwa głosy zaczęły mówić jednocześnie:

- Ty jesteś zrodzona z Nieba i Piekła. Ty jesteś żyjącym przymierzem wrogów. Ty jesteś kimś innym, na którego kładziem losy świata tego. Twój wybór jest, jak wszystko się potoczy, lecz czas cię nagli i szybko umyka. My wybierzemy twoją chwilę śmierci, my zabierzmy ci oddech i ciało. Będziesz to czuła, będziesz tego świadom, sama wyczujesz kiedy czas nadejdzie. Stajesz na szali teraz równej świata, każdy twój krok będzie kowadłem lub piórkiem. Stąpaj z myślą i rozsądkiem, zużyj życie godnie. Swą krwią wylaną z rozpaczy i cierpienia podpisałaś cyrograf, bądź tego świadom. Nie wycofasz się przed tym jesteś sobie winna, jak również jesteś darem zesłanym na Ziemię.

Po tych słowach nastąpiła eksplozja jasności i płomienie, które lizały jej ciało, acz były zimne. Wszystko się do niej zbliżało, ciało wewnątrz paliło, jakby było żywym ogniem, lecz ona przestała z tym walczyć, czekała, aż wszystko ucichnie, osłabnie, jak się skończy...
Otworzyła oczy i ujrzała nad sobą niebieskie, zimne światło, lekko mrugające i, co chwile przygasające, jakby gdzieś w pobliżu panoszyły się demony. Uniosła się powoli na łokciach i spojrzała na swoje ciało, nadal ubrane w sukienkę, całą zalaną krwią, mimo że nie czuła już bólu.
- Czy ja umarłam? – szepnęła sama do siebie – Ale to dlaczego oddycham?
Powoli zsunęła się z metalowego, chromowanego stołu i chwiejnym krokiem zbliżyła do umywalki z lustrem. Przyjrzała się sobie i zamarła. Jej twarz opuchnięta, porozcinana zakrwawiona, wręcz całkowicie zmasakrowana, zaczęła się goić na jej oczach. Tak samo stało się po chwili z rękoma, torsem i całym ciałem. Szybko obmyła twarz wodą i zaczęła się sobie przyglądać. Całkowicie zapomniała o tym, że w środku nocy znalazła się w kostnicy, gdzie leżało jeszcze wiele ciał. Gdy to sobie uświadomiła przełknęła głośno ślinę i powolnym krokiem zaczęła się cofać do drzwi. Będąc już blisko, nagle poczuła ból łopatek, zmuszający ją do osunięcia się na kolana. Zaczęła się miotać w konfuzjach, po czym poczuła, że coś się z niej wydostaje.
Skrzydła.
Pokaźnych rozmiarów, czarne, opierzone kończyny, na których widniały starannie narysowane złote Znaki. Dużo z nich widziała po raz pierwszy w życiu, niektóre jednak były jej znajome.

- Jesteś paktem dwóch wrogów, a na twych barkach spoczywają losy tego świata. – Usłyszała w swojej głowie głos, który uświadomił jej, że to co się wydarzyło nie było snem.
- Ja naprawdę powstałam z martwych – szepnęła przytykają sobie rękę do ust.

* * *

Obudziła się i zaczęła masować obolałe skronie. Znowu śniło jej się to wszystko, o czym chciała zapomnieć, jednak to wolało ją prześladować.
Mijał piąty dzień od kiedy, znalazła się u siebie w Instytucie i już powoli stawała na nogi, lecz do tej pory nie rozwijała skrzydeł, wiedząc, że i tak nie będzie wstanie na nich latać, a po drugie był środek nocy.
Ponownie zsunęła się na poduszki i postanowiła jeszcze odrobinę przespać.

* * *

Podleciała do swojego domu i ujrzała zrozpaczoną matkę kłócącą się z Erekiem. Mężczyzna na nią krzyczał i podnosił rękę, lecz dopiero za którymś razem opuścił ją na twarz Sferii. W Lucynie zagotowała się chęć mordu. Miała wielką ochotę potraktować jej oprawcę tak samo, jak on jej matkę, lecz powstrzymała się i czekała na dalszy przebieg wydarzeń.
Sferia, nie została mu wdzięczna i również przyłożyła mu w twarz, po czym wybiegła z domu i ukryła się w szopie. Lucy w ostatniej chwili skryła się za filarami, aby jej nie zauważyła.
Długą chwilę było słychać odgłosy z pomieszczenia, gdzie schowała się Sferia, lecz nagle zapadła grobowa cisza. Dziewczyna zaciekawiona tym, zajrzała do pomieszczenia i zmarła. Jej matka wisiała się na sznurze, a do bluzki przyczepiła sobie kartkę z napisem:

Kochani!
Opuszczam was, gdyż nie mogę znieść tego, że moje dziecko nie żyje. Zostałam sama, z winą ciążącą mi na sumieniu. Nie jestem w stanie z nią żyć, więc odchodzę, z nadzieją, że tam zostanie mi wybaczone, jak i zarazem kiedyś wszyscy się spotkamy.
Kocham Was.
Sferia

Lucyna w ostatniej chwili przełknęła łzy, które chciały wypłynąć z oczu. Jej matka nie widząc oparcia w swoim mężu, załamała się i powiesiła, zostawiając, jeszcze piątkę dzieci. Nie mogła tego przetrwać, patrząc na blednące ciało, osoby którą jako jedyną kochała i nienawidziła tak mocno, jak tylko mogła. Nie myśląc zbyt długo, odwróciła się i wyszła z szopy sztywnym, prostym krokiem, po czym zaraz skierowała się do domu, gdzie zaplanowała urządzić mały psychiatryk dla kogoś, komu należał się jedynie obłęd i bolesna śmierć.
Tak właśnie Lucyna zaczęła wykańczać psychicznie swego ojczyma. Ukazywała mu się nagle i znikała. Szeptała do niego i krzykiem wybudzała ze snu. Cieszyła się, że jej rodzeństwo zostało w Instytucie z dziadkami, a ona mogła do woli się bawić niczym najgorszy oprawca. Dwa tygodnie, dzień w dzień dręczyła go, aż zapadł się w swoim własnym umyśle i będąc już niezdolnym do racjonalnego myślenia zmusiła go, aby sam się zabił. Zrobił to z wielką chęcią. Bez problemu przebił się nożem, dzięki czemu ona nie musiała sobie plamić rąk jego krwią.
Szala obniżyła się.
Parę dni później odwiedziła wspólny grób, gdzie była pierwszy i ostatni raz. Położyła dwie róże; na grobie matki i na grobie Antosia, do którego śmierci przyczyniła się ona sama. Trzeci grób – Ereka – postanowiła nie zbeszczeszczać, choć miała na to wielką ochotę.

* * *

- Magnusie, czy ty wiesz, gdzie się ona dokładnie znajduje? – spytał Luke podjeżdżając na lotnisko.
- Tak – odparł czarownik ze stoickim spokojem
- Czyli gdzie? - dopytywał
- W Instytucie.
- Za bardzo to nie pomogłeś – odburknął Jace, a następnie dodał: – Dlaczego nie możemy przenieść się Bramą?
- Wiesz ile kosztuje to mojej magii, a zarazem fryzury?  Po drugie, przecież i tak nie płacimy za lot, bo już się o to postarałem, a będziemy mieli ciekawe widoki – odrzekł Magnus z uśmiechem.
Prawie wszyscy westchnęli żałośnie i popatrzyli na siebie z brakiem jakiegokolwiek przekonania, co do słów czarownika.
Do Polski ogólnie jechało ich ośmioro: Luke, Jocelyn, Alec. Magnus, Jace, Izzy, Clary i Simon, który nie chciał zostawić Isabell samej. Państwo Lightwood’owie pozostali, aby zająć się Instytutem, a Maia na czas nieobecności Luciana postanowiła zaopiekować się stadem.
- A w ogóle wiesz gdzie jest ten Instytut? – spytał Alec patrząc na Magnusa.
- Wiem gdzie powinniśmy go szukać, ale najpierw dolećmy na miejsce – odpowiedział i skierował się do wejścia samolotu z biletami, które nagle znalazły się w jego ręce. – Chyba lubicie latać pierwszą klasą?

* * *

Drzwi otworzyły się ostrożnie, a w ich wnęce ukazała się głowa Lisy.
- Lucy, śpisz?
- Nie. Jestem przy toaletce – odpowiedziała dziewczyna i lekko się wychyliła na stołeczku obszytym jedwabiem.
Lisa od razu weszła do środka i usiadła na łóżku przyglądając się swojej przybranej siostrze.
Tak bardzo się za nią stęskniła, że gdy znów wróciła do rodziny, nie opuszczała jej na krok, tym samym cały czas wypytując się o ostatnie półtora roku.
- Lucy wiem, że dziadkowie się już ciebie o to tyle razy pytali, ale ja nadal nie rozumiem, gdzie ty się tyle czasu podziewałaś?
- Już ci mówiła Lis, że byłam w różnych miejscach, nigdzie nie gościłam zbyt długo, więc nie potrafię ci określić dokładnego mojego adresu zamieszkania przez ten czas.
Lisa cicho westchnęła i spojrzała na odbicie Lucyny, po czym zaciekawiona zapytała:
- Co robisz?
- Obcinam włosy. Jak chcesz, możesz mi trochę pomóc.
- Ale jak?
- Normalnie, przynieś mi ostrzejsze nożyczki, a i może jeszcze kilka farb do włosów.
Uśmiechnęła się do młodszej siostry, która już biegła do drzwi.

* * *

- No i jesteśmy na miejscu! – powiedział uradowany Magnus.
- Czyli? – spytała Izzy rozglądając się po zatłoczonym lotnisku i ludziach, którzy rozmawiali ze sobą, w nieznanym jej języku.
- Czyli – sapnął czarownik – na lotnisku im. Władysława Reymonta w Łodzi.
- Łatwiejszej nazwy do wymówienia dać nie mogli – żachnął się Jace, a Clary lekko się do niego przytuliła.
- Teraz dobrze by było znaleźć jakiś bus lub ogromną taksówkę, abyśmy wszyscy się mogli w niej pomieścić – rzekł Bane.
- Aby sobie to ułatwić, moglibyśmy nasz wspaniały Seksapil Pingwina ponownie zmienić w szczura – zaproponował Jace z ogromnym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
- Nie zgadzam się! – warknęła Isabell i wzięła pod rękę Simona, który zawzięcie jej przytakiwał.
- Nie kłóćcie się teraz, tylko może wyjdźmy na zewnątrz i już skierujmy się do tego Instytutu – przerwał waśń Luke i ruszył w stronę wyjściowych drzwi.
Gdy znaleźli się przed głównym wejściem, rozglądali się za dość sporymi środkami transportu, lecz prócz autobusów miejskich, a następnie tramwajów, które okazały się dla nich lekkim zaskoczeniem, nie ujrzeli niczego co mogłoby ich przewieźć do celu.
Magnus, któremu najmniej to przeszkadzało, skierował się w stronę ulicy Pienistej, a następnie Obywatelskiej. W czasie drogi sporo mówił o miejscach, które mijali, a najwięcej opowiadał, gdy znaleźli się na ulicy Fabrycznej i Przędzalnianej, która prawie w całości została zabudowana dziewiętnastowiecznymi famułami, w których dawniej mieszkali robotnicy pracujący w Białej Fabryce i nie tylko.  
Idąc tą ulicą, przechodząc przez Aleję Piłsudskiego, a następnie mijając Nawrot, dotarli do parafii stojącej na rogu. Pierwsza część budynku, był to odnowiony kościół, z którego właśnie wychodzili wierzący z wieczornej mszy, lecz zaraz za nim zaczął się zmywać czar i ukazał ogromną gotycką dobudówkę, a bardziej prawdziwy kościół ustawiony, na poświęconej ziemi.
Instytut.
Prowadziła do niego stara furtka, która pod wpływem Znaku Otwierającego, zgrzytnęła przeraźliwie i wpuściła ich do środka.

* * *

Lucyna wzięła komórkę do ręki i sprawdziła sms’a od starego znajomego, do którego odezwała się za potrzebą. Uśmiechnęła się sama do siebie i pobiegła przez korytarz.
Szybko zastukała w drzwi i nie otwierając ich krzyknęła przez nie:
- Lisa, zbieraj się! Dostałam wstęp do Ambasady, nie mamy czasu, a Oni nie lubią czekać!
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko szybko zaczęła grzebać w swojej szafie.

* * *

Dzwonek do drzwi ponownie zabrzęczał i rozniósł się echem po kamiennym wnętrzu Instytutu.
- Obiecuje, że to jak znowu ty Jakubie, wracasz pijany, to nie wpuszczę cię! – krzyknęła idąc do drzwi Margaret, po czym przykładając stelę do zamka, otworzyła je.
Przed nimi stała spora grupa młodych Nocnych Łowców, czarownik i wilkołak, którego od razu rozpoznała po bliznach i zapachu.
- Słucham? – spytała po polsku, a gdy ujrzała, że jej nie rozumieją zaraz poprawiła się w języku angielskim.
- My do Lucyny Graymark – odpowiedział Magnus.
- Simon, proszę zostań na zewnątrz, niedługo do ciebie przyjdę – zwróciła się do wampira Isabell, a on lekko przytaknął głową.
- Boże Święty, w co ta dziewczyna się wpakowała? – szepnęła staruszka sama do siebie, po czym niechętnie ich wpuściła do środka i zaryglowała wejście. – Zapraszam do salonu, przyniosę coś do picia, kawę, herbatę, a Lucy zaraz powinna zejść na kolację, więc wybaczą państwo, ale już nie będę jej szukała. – Uśmiechnęła się poczciwie i ruszyła w stronę schodów prowadzących do kuchni.
Wszyscy powoli weszli do ogromnego pokoju przepełnionego fotelami, kanapami oraz kilkoma regałami z książkami. W niedużej mierze odróżniał się od Instytutów zachodnich, w których nie raz przebywali, lub odwiedzali. Ten wydawał się ogromnym domem, zadbanym i przerobionym na dziewiętnastowieczną modę, czyli wszystko drewniane i cieszące oko swymi pięknymi wzorami i freskami.
Również każdego zastanawiało ilu na stałe Nocnych Łowców tutaj mieszka wiedząc, że minimum dwójka na pewno.
Zapadła dość długa cisza, gdy dało się słyszeć ciche kroki od strony schodów prowadzących na wyższe piętra.
Gdy ujrzeli ją ponownie, nie wiedzieli, czy to jest ta sama osoba, z którą mieli do czynienia wcześniej.
Była… inna.
Jej wygląd przykuwał uwagę; włosy, które jeszcze do niedawna miała ścięte równo i z grzywką na bok, teraz zostały obcięte do połowy łopatek i bardzo wycieniowane, przez co zdawało się ich o wiele więcej. Nie miały już koloru ciemnego blond, lecz były ciemnobrązowe z kilkoma błękitnymi pasemek. Oczy miały idealnie zrobione granatowe powieki i czarne kreski, a usta były czarno – czerwone przypominające dojrzałą wiśnię. Paznokcie okazały się intensywnie ciemno niebieskie. Ubrana była w przetarte dżinsy i męską czarną koszulę, przeciągniętą pasem, a do tego samego koloru, co góra trampki na koturnie. 
Jej strój i cały wygląd bardzo przykuwał uwagę, lecz ona nic sobie z tego nie robiła, nawet ich nie zauważyła, tylko szybkim krokiem podeszła do drzwi.
- Lisa, do jasnej cholery pośpiesz się! – krzyknęła w stronę schodów, po których powoli schodziła dziewczyna ubrana w podobny strój, lecz z mniejszym makijażem, bez farbowanych włosów i z większymi trudnościami w chodzeniu na koturnie.
- Już, już idę – wysapała.
- Mówiłam ci, załóż zwykłe buty, jak nie umiesz w nich chodzić – westchnęła i chowając komórkę do kieszeni złapała za klamkę do drzwi w chwili, gdy dziewczyna gwałtownie się zatrzymała i otworzyła szeroko oczy i usta.
- Lucy, chyba mamy gości – szepnęła, lekko przerażona.
- No i co z tego? Na pewno nie do nas, lecz do któregoś z chłopaków. Pośpiesz się, bo za chwilę nie wyjdziemy w ogóle, jak nas dziadkowie złapią, a wiesz dobrze, że Oni nie lubią czekać – warknęła dziewczyna i podeszła do niej, łapiąc za rękę.
Spróbowała ją pociągnąć, gdy spojrzała na gości i w ostatniej chwili przełknęła przekleństwo.
- Lisa, ruszaj się! – syknęła i szybko pociągnęła siostrę do drzwi.
- A wy, dokąd? – Usłyszały znajomy głos Margaret dochodzących ze schodów kuchennych.
- Yyy… - jęknęły obie w chwili, gdy główne drzwi się otworzyły i stanęli w nich Samuel i Peter.
Wszyscy patrzyli na siebie nie wiedząc, co powiedzieć.
- Dziewczyny, a wy, jak widzę wybieracie się na imprezę – przerwał ciszę Samuel.
- Tak, wybieramy się, ale jak nas nie przepuścisz, to może w ogóle nie pójdziemy – szepnęła złowieszczo Lucy, nadal trzymając Lisę za rękę.
- Margaret, czy wiesz gdzie one się wybierają? – spytał Peter.
- No właśnie nie wiem. Po pierwsze i tak im nigdzie nie pozwolę TAK wyjść, a po drugie, Lucyna ma gości. – Wskazała głową na salon, w którym nadal wszyscy siedzieli i z zaciekawieniem przyglądali się całemu zdarzeniu.
Samuel zainteresowany ruszył do przodu, aby spojrzeć na nowo przybyłych w chwili, gdy z zewnątrz dobiegł sygnał klaksonu.
Lucy nie czekając ani chwili dłużej, pociągnęła siostrę i wybiegła na zewnątrz krzycząc:
- Wrócimy, nie martwcie się i nie czekajcie!
- Lucyna! – krzyknęła wystraszona Margaret i pobiegła za dziewczynami.
Obie zdążyły wybiec przed kościół i nie otwierając drzwi wskoczyły przez okna do mini – vana.
- Ruszaj! – wysapała Lucy na kierowcę i z piskiem opon wyjechali na pustą ulice.
- Boże Święty – westchnęła załamana staruszka i wróciła do Instytutu. – Gdzie one mogły pojechać?
- Jak, gdzie? Przecież Faerie dzisiaj w Ambasadzie organizują największą dyskotekę dla Podziemnych. Lucyna nigdy nie odpuści takiej okazji, a po drugie jej się nie dziwię. Rzadko się zdarza, aby najwyżej ustawieni Podziemni byli w jednym miejscu. Niesamowite wydarzenie. Sam bym chciał pójść, ale mam inne plany – westchnął Samuel.
- Zauważyłem, że Lucy wróciła do swej natury. Ten strój i zachowanie… Cała ona – powiedział zamyślony Peter, po czym skierował się do salonu, gdzie siedziała reszta.
- Witam – powiedział. – Wy do Lucy, tak?
- Tak, my do niej, ale powiedzcie nam co ona u was robi? – warknął lekko zirytowany Luke.
- Peter, idź do siebie, ja z nimi porozmawiam, a ty Samuel idź po Jerzego, przyda się tutaj. – Obaj chłopcy kiwnęli lekko głowami i skierowali się w przeciwne strony.
- Dostaniemy odpowiedź na pytanie? – spytał Lucian, kiedy staruszka usiadła w fotelu naprzeciw nich.
- A co mam powiedzieć? Lucyna jest prawie dla mnie jak wnuczka, przecież jest przybraną siostrą mych prawdziwych wnucząt.
- To pani jest panią Poleys? – zapytała do tej pory milcząca Jocelyn powoli łącząc wszystkie fakty.
- Tak, matka Ereka Poleys’a i opiekunka łódzkiego Instytutu.
W chwili, gdy skończyła to zdanie do pokoju wszedł postawny mężczyzna z siwą brodą i tak samo białymi włosami, który mógł mieć około sześćdziesięciu lat.
- Dzień dobry – powiedział i stanął koło swej żony. – Państwo w jakiej sprawie?
- Kochanie, oni przyszli do Lucyny i pytają się o to kim jesteśmy – rzekła Margaret i złapała go za rękę.
- A może państwo mi powiedzą, w jakiej sprawie państwo przyjechało do naszej wnuczki?
- Ja jestem jej ojcem i została można wręcz powiedzieć porwana i przewieziona tutaj – odparł Luke z zaciętą miną.
- Nie została porwana, tylko uratowana! – krzyknął chłopak, który wbiegł do pokoju z wyrazem wściekłości na twarzy.
Mógł mieć około szesnastu lat, z tego co wywnioskował Jace przyglądając się mu. Jak na tak młody wiek, był już dobrze zbudowany, a prawie całe jego ciało, było naznaczone znakami i wieloma bliznami, co nie tylko go postarzało, ale z miejsca nadawało mu odrobinę szacunku.
- Nikt jej nie porwał! Umarłaby z wycieńczenia i bólu w waszej zatoce, zanim byście ją znaleźli. Ja z siostrą jej pomogliśmy i powinniście być za to wdzięczni! – wrzasnął, a jego twarzy przybrała odcień dojrzałej czereśni.
- Adam, uspokój się i przestań krzyczeć! – skarcił go Jerzy, a chłopak opuścił głowę. – Przepraszam za wnuka – zwrócił się do wszystkich.
- To pański wnuk? – zdziwił się Alec rozpoznając chłopaka.
- Tak – odpowiedziała za niego Margaret. – Jest to przybrany brat Lucy, tak samo jak Kubuś.
- To ile na stałe was mieszka w Instytucie? – zaciekawiła się Clary.
- Hmm… - zamyślił się Jerzy – Ja, Margaret, Lisa, Adam, Kubuś, Wiktoria, Weronika, Samuel, Peter, Jakub, Michał i Lucyna, czyli łącznie dwanaście osób.
Wszyscy wytrzeszczyli na niego oczy.
- Ilu? – wykrztusiła Isabell.
- Dwunastu, coś źle powiedziałem?
- Nie, tylko ja sądziłam, że jak u nas jeszcze do niedawna było sześcioro, czy nawet siedmioro Nocnych Łowców na stałe to już jest dużo.
- Kochanie, jeszcze niedawno nas było trzynaścioro, zapomnieliśmy o Camille – zwróciła się do męża Margaret.
- Kto? – spytał się nagle Magnus.
- Nasza jedna z emigrantek. Młoda Nocna Łowczyni, ale już nią nie jest – odparła kobieta, zbywając dalsze pytania ruchem ręki.
- A co z Lucyną? – spytał nagle Luke zirytowany zmianą tematu.
- Wybieram się po nią do Ambasady, więc kto idzie ze mną? – zapytał Michał wchodząc do salonu i trzymając na rękach dwie, identyczne dziewczynki ubrane w białe sukienki w czerwone grochy.
- Babcia, babcia – pisnęły obie i postawione na ziemi wgramoliły się na kolana staruszki, która mocno je przytuliła i spojrzała na chłopaka z nuta niepewności w oczach.
- A kogo zabierasz od nas? – spytała po dłuższej chwili.
- Samuel ma ze mną iść. Peter z wami zostanie, bo ktoś musi upilnować maluchy, a Jakuba jak spotkam na mieście to go przyprowadzę – powiedział i lekko uśmiechnął się do bliźniaczek pochłoniętych ciągnięciem frędzli fartucha.
- A co do dzieciaków, gdzie Kuba? – zapytał Jerzy.
- Śpi u siebie w pokoju.
- Michał, ja z tobą idę – rzekł nagle Adam i spojrzał na przyjaciela.
- A czy nie jesteś trochę za młody? – Zastanowił się Nocny Łowca.
- Nie jestem za młody! To że ja się urodziłem w grudniu, a Lisa w styczniu to nic nie znaczy, bo to był ten sam rok! – wybuchł chłopak i zaczął ciężko oddychać.
- Już, już spokojnie, bez bulwersu – zaśmiał się Samuel wchodząc ubrany w strój bojowy, po czym spojrzał po gościach – I kto idzie?
Prawie wszyscy podnieśli rękę, prócz Magnusa i Jocelyn.
- Ja tutaj zostanę i pomogę tobie Margaret, tym samym chciałabym z tobą porozmawiać – powiedziała spokojnie narzeczona Luke.
- A ja nie mam wstępu do Ambasady od czasu, gdy ta Faerie, a nieważne… - rzekł Magnus i podszedł do okna.
Alec odprowadził go wzrokiem, który mógłby zamienić w kamień, tym samym się zastanawiając, o kim znów napomknął czarownik.
- Dobra, to reszta niech idzie ze mną do zbrojowni, dam wam stroje i broń – powiedział Michał i ruszył w stronę schodów.
____________________________________________________________________________
Kochani! Pisząc ten rozdział weszłam w temat, który nie wszyscy dokładnie znają czyli miasto Łódź. Zaczęłam tu opisywać trochę ulice, trasę przejścia itp. Cała trasa przejścia jest prawdziwa, tak można dojść z Lublinka do Parafii im. Świętego Piotra i Pawła, gdzie właśnie umiejscowiłam Instytut, lecz uprzedzam, że nie ma on żadnej dobudówki, gdzie dokładnie znajdowałoby się do niego wejście. Druga sprawa, często pojawia się u mnie nazwa: Ambasada.
Jest to klub na dzielnicy - Polesie - który: po pierwsze bardzo lubię, po drugie przypomina mi Pandemonium, gdyż często też tam pojawiają się ludzie, którzy mają inny ubiór, fryzurę, no ogólnie odróżniają się, tak jak Podziemni. 


piątek, 4 lipca 2014

Rozdział #5 - Początek i koniec

Kochani!
Ten rozdział, różni się od pozostałych, jest bardziej... dorosły? Tak, to dobre określenie, gdyż są tam sceny nie dla młodych ludzi, ale jednak musiały powstać, za prośbą mej dobrej znajomej i również imienniczki, która postanowiła być jedną z bohaterek tego utworu.
Więc dlatego Tobie K.K dedykuję TWÓJ fragment ^^
________________________________________________________________________

- Adam co się dzieje?! Budzisz mnie w środku nocy i nic nie wyjaśniając, próbujesz mnie zmusić, abym się ubrała i poszła z tobą?!
- Oj, przymknij się Lisa i nie rób tyle hałasu bo dziadków obudzisz! – syknął brat i pociągnął ją w dół schodów.
- Za chwilę zbudzę ich umyślnie, jeśli nie przestaniesz mną targać jak workiem ziemniaków! – warknęła i wyrwała się z jego uścisku.
Zatrzymała się na schodach i patrzyła wściekle na Adama. Chłopak spojrzał bezradnie na siostrę i załamany pokręcił głową.
Wiedział, że to co się wydarzyło było idiotyczne, lecz on wierzył w ten idiotyzm i miał nadzieję, iż się nie myli co do niego. Od dawna nie czuł czegoś takiego, jak tej nocy. Zdawało się to na tyle realistyczne, aby było prawdą.
Westchnął teatralnie i spuścił wzrok ku podłodze prześwitującej w dziurach stopni schodów.
- Jak ci powiem, co się dzieje, to mi nie uwierzysz – powiedział rozgoryczonym głosem.
- To się okaże – prychnęła wręcz oskarżycielsko.
- Uznasz mnie za wariata – odpowiedział.
- Tego jeszcze nie wiem. Oj, skończ już tą dziecinadę i wysłów się wreszcie! – Jej zdenerwowanie zaczynało narastać i stawało się wręcz namacalne.
Adam nie miał zamiaru ryzykować jego wybuchu, więc po przełknięciu sporej guli, pociągnął swoją siostrę do salonu. Pchnięciem usadził ją na sofie, po czym sam stanął na jej przeciw i zaczął mówić:
- Dzisiaj w nocy śniło mi się coś nadzwyczajnego. Nie byłem sobą, a raczej nie miałem swojej postać, lecz zostałem uwięziony w czyimś ciele. Była to… Lucyna. – Na te słowa Lisa z sykiem wciągnęła powietrze i cała zesztywniała. – Leciałem. Miałem skrzydła i w ogóle. Czułem to co ona, czyli zmęczenie, wręcz wyczerpanie. Także wiedziałem, że czymś się zadręcza. Jej myśli błądziły i nie była skupiona na locie ani na własnym zdrowiu, była ranna, lecz czułem, że powoli zaczynała się regenerować, jak na wilkołaka przystało. Starałem się skupić, ale jej własna wola była ode mnie silniejsza. Zdawało się, że zostałem uwięziony w klatka, z której nie można było się wydostać. Gdy wiedziałem, że muszę się pogodzić z tym, że jestem tylko pomocnikiem, postanowiłem trochę zapanować nad lotem, jednak jak szybko zapanowałem nad skrzydłami, tak szybko straciłem tą kontrolę, ponieważ Lucyna zaczęła wspominać swój ostatni dzień, tym samym zmuszając mnie do tego samego.
Widziałem TO całe zdarzenie jej oczami, aż do momentu kroku. Wtedy gwałtownie poczułem się ciężki, za ciężki aby latać. Powróciliśmy do teraźniejszości i uświadomiłem sobie, że ona spada. Próbowałem ją ocucić i zapanować nad skrzydłami, lecz nic nie mogłem. Widziałem, że pod nami jest woda, najprawdopodobniej zatoka, która bardzo szybko stawała się wyraźniejsza, tak jak plaża i pojedyncze drzewa. Będąc już blisko, obudziłem się, cały zlany potem.
To jest dziwne bo nie wiem co to za miejsce, ale wiem gdzie spadła Lucyna. Trzeba tylko przejść przez Bramę…
- Stój! – Gwałtownie przerwała mu Lisa. – Miałeś rację Adam, jesteś szaleńcem. Lucyny nie widzieliśmy od półtora roku. To był tylko sen, jak jeden z wielu. Ona też nie raz mi się śniła, ale to nie oznacza…
- To nie był sen! – oburzył się chłopak. – To zdarzyło się naprawdę i Lucyna potrzebuje naszej pomocy! I nie mów mi, że nawet jak to się zdarzyło, to ona mogła nie przeżyć, bo czuję, że ona żyje. Jeśli nie chcesz iść, twój wybór, lecz mnie nie powstrzymasz. Muszę się przekonać, czy się nie mylę!
- Jesteś głupkiem! Dziadkowie cię zabiją, jeśli rano dowiedzą się, że podróżowałeś Bramą.
- Lisa, mam to gdzieś! Tu się rozchodzi o naszą siostrę i nie pozwolę jej umrzeć! Nic mnie nie zmusi do zmiany decyzji.
Po tych słowach odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi prowadzących do pomieszczenia, gdzie znajdowała się Brama.
Siostra chwilę przyglądała się Adamowi, który szybkim krokiem się od niej oddalał. Nie mogła zrozumieć, po kim przejął ten ośli charakter.
Ona była jego chodzącym przeciwieństwem. Rozsądna, wytrwała i pokojowo nastawiona do wszystkiego. On był uparty, zaborczy, pochopny, często wpadał w tarapaty, przez które i ona obrywała.
Oboje byli niczym ogień i woda. Rzadko kiedy się ze sobą dogadywali, częściej bili i wyzywali, niż byli w zgodzie, lecz jak jedno z nich było w niebezpieczeństwie, drugie mogło oddać za pierwszego życie.
Cóż tu dużo mówić, byli rodzeństwem.
Najstarsi po swojej przybranej siostrze. To oni pomagali dziadkom przy wychowywaniu reszty rodzeństwa, czyli ośmioletnich bliźniaczek i pięcioletniego brata. Przeżyli wiele i wiedzieli, że nie mogą siebie stracić. Nie ucierpieliby oni, lecz ich najbliżsi. Byli w kiepskiej sytuacji i oboje mieli tego świadomość. Musieli o wiele wcześniej dorosnąć, dużo wybaczyć, zmienić się, poznać prawdę i sporo się nauczyć. Tym samym, mimo wszystko byli sobie tak bliscy, że gdyby wtedy pozwoliła pójść Adamowi samemu i coś by mu się stało, nigdy by sobie tego nie wybaczyła.
Widząc, jak drzwi do pokoju z Bramą się otwierają podbiegła do niego i złapała za ramię.
Odwrócił się zaskoczony nie wiedząc, co ma powiedzieć. Lisa tylko przewróciła oczami i wyjmując rękę spod płaszcza, który jedynie zdążyła narzucić na siebie, włożyła mu w dłoń seraficki nóż i stelę.
Zacisnął mocniej palce na przedmiotach i zrobił odważny wyraz twarzy. Siostra uśmiechnęła się pobłażliwie i lekko popchnęła go do środka, a następnie bezszelestnie zamknęła za sobą drzwi.
Po chwili w pokoju obok, zastawa ustawiona na segmencie lekko się zatrzęsła, a spod drzwi wypłynął gwieździsto – biały blask.

* * *

Chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Twarz czarownika była skryta w cieniu, lecz chłopak dostrzegł na niej przejawy gniewu… A może rozgoryczenia?
- Alexandrze, czy ty… - zaczął, szukając jakichkolwiek trafnych słów.
Chłopak opuścił głowę i lekko westchnął. Nie wiedział co powiedzieć Magnusowi. Podobno najlepsza jest prawda, ale czy w tym wypadku?
Przeczuwał, że jego partner coś podejrzewa i pewnie się wielu domyśla, lecz nie chce uwierzyć. Nie chce, aby prawda była prawdą…
- Magnusie, nie wiem, co mam powiedzieć…
- Może skąd i po co jest ci ten pukiel włosów? – Jego ton nadal był spokojny, acz chłodny.
Wyszedł z cienia i oparł się o biurko naprzeciw chłopaka.
- To naprawdę nic nie oznacza. To było zwykłe zauroczenie. Nie kocham nikogo prócz ciebie – wyrzucił z siebie słowa, jak z procy.
Nie okłamał Magnusa, lecz także nie mógł ujawnić wszystkiego, co trzymał w środku. Obiecał sobie, że gdy przyjdzie odpowiednia chwila, że gdy będzie już na wszystko gotowy, że będzie znał słowa, jakimi potrafiłby to wszystko dokładnie wyjaśnić i opisać, opowie mu tą historię jego uczuć, lecz ta chwila nie nadeszła.
- Zauroczyła cię swoimi ruchami, gracją, spokojnością i całym swym charakterem? – spytał nagle czarownik, wyrywając go z myślenia nad słowami, których i tak nigdy nie wypowie.
Alec stanął jak wryty, a w ustach zrobiło mu się sucho. Takich zdań się najmniej spodziewał, ale były one częścią tego, co chciał mu kiedyś powiedzieć. Trafiły wręcz w główny wątek tej trudnej do zrozumienia sytuacji.
Na samo wspomnienie jej delikatnego niczym puch ruchu, lekko kołyszących się, jak fala na morzu bioder, niewidocznych ruchów ramion i barków, które tańczyły tylko dla bystrych, zrobiło mu się ciepło i błogo, a całe napięcie z niego uleciało.
Gwałtownie otrząsnął się i powrócił wzorkiem do kocich źrenic Magnusa, po czym lekko przytaknął głową.
- To jest anioł, Alec. Nic dziwnego, że się tobie podoba, gdyż taki jest ich już urok, lecz, aż tak bardzo? Widać twoja krew, bliższa jej odezwała się w tobie z całkiem pozytywnym skutkiem. Lucyna jest niesamowitym okazem, lecz tak samo niebezpiecznym. Ty teraz tego nie zrozumiesz, mało kto potrafi to zrozumieć, nie znając wielu faktów z jej życia, jak również z życia świata, lecz mniejsza o to. Znam ją od dawna. Lepiej niż niektórzy, wiem jaka jest i co się działo w jej życiu w ciągu ostatnich kilku lat. Znając jej życiorys i życiorys świata, wiedziałem kim ona jest i pojąłem każdą część Wielkiego Planu. Dlatego właśnie zacząłem się nią opiekować i to nie z litości, lecz z obowiązku narzuconego na samego siebie.
Alec patrzył na niego, jak na całkowicie obcą osobę, która zaczyna do niego mówić w nieznanym języku. Nie rozumiał tego, co Magnus mu właśnie powiedział. Te kilka zdań znaczyło tak wiele, a zarazem nic.
Czarownik był skryty, lecz chłopak nie wiedział, że aż tak bardzo. Było tego dużo, za dużo. Nie był pewien, czy powinien mu ufać, jak tyle spraw jest przed nim ukrywanych.
Cały czas nie spuszczał wzroku z podłużnych źrenic otoczonych jaskrawożółtą tęczówką. Ten wzrok był przeszywający, zimny, niepewny, władczy, lecz zarazem spokojny, nieukazujący innych emocji prócz maluteńkiej nuty rozczarowania. Chłopak nie potrafił dłużej znieść tego i postąpił krok w tył, po czym odwrócił głowę w bok.
W jednej chwili miał tysiące pytań do Magnusa, a wyrwało się zaledwie jedno i najmniej odpowiednie:
- Czy ty ją kochasz?
Magnus westchnął i z niedowierzaniem pokręcił głową. Spodziewał się raczej pytań dotyczących Lucyny i jej przeszłości, lecz Alec potrafił zaskoczyć.
- Nie, Alexandrze, nie kocham jej, ale spytaj siebie, czy ty ją kochasz.
Chłopak gwałtownie podniósł głowę i spojrzał zaskoczony na czarownika. Jego partner powrócił za swoje biurko i nachylił się nad mapami i papierami zapisanymi runami, jemu całkowicie nieznanymi.
Słowa Magnusa były dla niego zaskoczeniem tak ogromnym, że wręcz go sparaliżowało i odebrało mowę.
Czarodziej na moment podniósł wzrok na partnera i spokojnym, beznamiętnym głosem powiedział:
- Czy mógłbyś wyjść z gabinetu? Potrzebuję odrobiny spokoju.

* * *

- Szukajcie jej, gdzie tylko się da! – krzyknął do stada, które szykowało się do wyjazdu. – Nie odleciała za daleko, ponieważ była osłabiona.
Sam za chwilę miał wsiąść do swojego samochodu i ruszyć nad rzekę, aby jej szukać.
W ciągu pięciu minut postawił cały komisariat i swoją rodzinę na nogi.
W między czasie wysłał również Maię do Instytutu, aby poprosiła o pomoc w poszukiwaniach. W tym czasie chodził niespokojnie i czekał aż przybędzie Jocelyn i Clary. Obie powiedziały, że przybędą jak najszybciej. Wiedział, że będzie miał im sporo do wyjaśnienia, ale co mógł innego zrobić, przecież i tak wcześniej czy później musiał by to uczynić. Najgorsze, co było to dobranie odpowiednich słów do sytuacji.
Gdy prawie całe stado wyjechało w rożnych kierunkach, zza rogu wybiegły Jocelyn, Clary, Maia i Jace. Dziewczyna na moment zamieniła się i wyprzedzając resztę podbiegła do Luke.
- Powiedziano mi, że zadzwonią do Aleca i ruszają też przeszukać tereny bliżej zatoki.
- Dobrze, my pojedziemy nad rzekę i tam się rozejrzymy – odpowiedział głośno i ruszył w stronę samochodu.
Wszyscy wsiedli do środka, nie zadając żadnych pytań. Jocelyn usiadła na przedzie, a młodzież zajęła miejsca z tyłu. Nastała dłuższa chwila milczenia, którą przerwała zdenerwowana narzeczona:
- Luke, co się dzieje? Zdołałeś przekazać, że rozchodzi się o jakieś dziecko.
- Moje dziecko – powiedział lekko zmieszany, po czym z niemałym, lecz niewidocznym przerażeniem czekał na jej reakcję.
- Nie mów mi, że chodzi o tą całą Lucynę? – westchnęła lekko zirytowana Clary.
- Czyli ona naprawdę jest twoją córką? – spytał zdezorientowany Jace.
- Tak. Wszystko się zgadza. Jej matka, historia, lata, ona nie może kłamać, jestem tego pewien... – mówił zamyślony wymijając auta.
- Ale z kim tym miałeś dziecko? – zapytała zaskoczona Jocelyn.
Patrzyła na niego z przejęciem, starając się rozszyfrować przedwcześnie tą jedną wielka niewiadomą.
- Pamiętasz Sferię? Była z nami w Kręgu. Spokojna, potulna bardzo uprzejma i cicha. Valentaine szybko się jej pozbył, jak mojej siostry. – Na chwilę się zatrzymał i ciężko westchnął.
Nadeszła chwila, kiedy powinien wyjawić kawałek swej przeszłości, który ukrywał nawet przed samym sobą, przez ponad szesnaście lat.
- Kiedy wyszłaś za mąż, ja się Przemieniłem i na pewien czas zniknąłem. Czas kiedy określano mnie za zmarłego, właśnie spędziłem u niej - odpowiedział zwięźle i prosto, choć na usta ciskało się więcej słów.
- Kochałeś ją? – spytała spokojnie jego narzeczona.
- Tak mi się zdawało, przez moment. Gdy zrozumiałem, że i tak nie jestem szczęśliwy, odeszłam.
- Zostawiłeś ją tak po prostu? – Jocelyn podniosła głos, ku zdziwieniu Clary.
- Nie – odpowiedział szybko. – Długo rozmawialiśmy na ten temat. Wytłumaczyłem jej wszystko, a ona nie miała nic za złe. Pożegnaliśmy się i ja wróciłem do stada. Nigdy więcej jej już nie widziałem. Dopiero dzisiaj dowiedziałem się, że była w ciąży, a później z rozpaczy oszalała…
Wszyscy wciągnęli z sykiem powietrze. Clary przytuliła się do Jace, a Jocelyn złapała za rękę Luka ukazując, że tak chce dodać mu choć odrobinę wsparcia.
- Nie mogę uwierzyć, ona była zawsze taka spokojna, inna, nader ludzka… - powiedziała lekko drżącym głosem.
- Chyba ta ludzkość, której miała w nadmiarze ją zgubiła albo samotność…
- Ale Lucyna mówiła, że miała ojczyma – wtrącił się Jace.
- Nawet pan Lightwood mówił, że go znał – dopowiedziała Clary
- Chyba na nazwisko miał Poleys…
- Erek? – powiedzieli na raz Jocelyn i Luke.
- Tak! – odparła Clary.
Narzeczeni wymienili lekko przerażone spojrzenia, po czym Luke ciężko wzdychając dopowiedział szeptem:
- Zawsze potrafił wykorzystać krzywdę innych…

* * *

Za oknem było coraz ciemniej, a na niebie ukazywało się tysiące gwiazd. Ich blask zachwyciłby każdego, lecz nie ją, gdyż dla niej liczył się tylko blask piwnych oczu ukochanej. Siedziała na jej kolanach i lekko obejmowała w pasie.
Camille zatopiła dłonie w jej włosach i powoli się do niej przybliżała. Usta delikatnie rozchyliła i połączyła się z ustami Nejlii. Ręce młodej kochanki zniknęły pod koszulką partnerki, która zachęcająco mruknęła i przybliżyła do siebie jej ciało.
Guziki pod naporem rozleciały się kaskadą po pokoju, a reszta materiału zaraz została zdjęta i wrzucona w kąt. Camille nie chciała pozostawać jej dłużna i zamiast zająć się błękitną koszulką, zabrała się z pasek u spodni. Nejla uśmiechnęła się i lekkim ruchem ją od siebie odepchnęła, tym samym zmuszając, aby położyła się na pościeli. Kochanka usłuchała i posłusznie wyciągnęła się na kołdrze.
- Przymknij powieki - szepnęła uwodzicielsko i pocałowała ją delikatnie.
Zaczęła podążać ustami po jej twarzy, ramionach, barkach, szyi i piersiach. Camille pod wpływem jej miękkich ust wzdychała i lekko się wierciła. Nejla nie przestając całować skóry, rozpięła jej spodnie i płynnym ruchem z niej zdjęła.
Po chwili stopy, łydki i uda były pieszczone pocałunkami. Ręce zaczęły powoli podążać ku górze, a następnie włożyła palce pod materiał jej czarnych, koronkowych majtek. Camille lekko się wyprężyła, po czym znów rozluźniła i czekała na dalszą część zabawy. Majtki w przeciwieństwie do spodni zostały precyzyjnie rozerwane, a Nejla przestała ją całować i powoli nachyliła się nad jej łonem.
Camille wyczuła to i mimowolnie rozchyliła nogi. Kochanka uśmiechnęła się i przyłożyła język do gładkiej skóry. Powolnym ruchem zaczęła zjeżdżać nim w dół, zbliżając się do najczulszych miejsc. Partnerka nieświadomie zacisnęła palce na materiale i wyczekująco zaczęła kręcić biodrami, niecierpliwie czekając na rozpoczęcie swej rozkosznej tortury. Za nim się obejrzała poczuła język między udami i pisnęła z rozkoszy. Ciało wygięło się w łuk, a z ust wydobyła się seria jęków.
Nejla zachowywała się jak zwierz, łaknący swej zdobyczy.
Camille była uległa jak nigdy. Od zawsze marzyła o takim dniu, aby raz kochanka odwdzięczyła się jej za te wszystkie spełnienia.
Nie bawiła się z nią długo w grę wstępną. Gdy czuła, że ukochana jest blisko zakończyła zabawę językiem i zabrała się za dogadzanie swoimi palcami. W tym czasie ponownie połączyły się pocałunkiem, a Camille drżącymi rękoma zdjęła z niej ubranie.
Obie miały wypieki na twarzy i urwane oddechy, gdy ich nagie ciała były ze sobą złączone. Starsza masowała jej najczulsze miejsca i dochodziła raz za razem z głośnymi jękami.
Gdy po kolejnym spełnieniu Camille opadła na bok i lekko podkuliła nogi było wiadome, że jej limit doznań został wyczerpany.
Nejla położyła się na niej i zaczęła bawić kosmykami jej ciemnych włosów. Długo leżały, zajęte tylko swoją bliskością, gdy Camille złapała swą kochankę za rękę i pociągnęła na kraniec łóżka.
Sama uklękła na podłodze i zaczęła jej się odwdzięczać za każde spełnienie. Nejla pod wpływem rozkoszy, jęczała i miętosiła pościel rękoma. To co się działo, było dla niej czymś wspaniałym, jak i torturą.
Po również długiej serii doznań Camille wspięła się na łóżko i położyła na swej kochane. Zaczęła ją namiętnie całować i masować gładką, mleczną skórę. Nejla uśmiechnęła się do niej i obejmując ją mocno szepnęła wzruszona do ucha:
- Kocham cię, kocham cię Camille.
Kochanka nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ Nejla gwałtownie zatopiła zęby w jej szyi. Do ust napłynęła krew, a do oczu łzy. Nie wiedziała co się dzieje. Wszystko stawało się czarne i zimne.
- Będziemy razem na zawsze, - Te słowa jako ostatnie dotarły do niej przed pustką.

* * *

- Ale tutaj śmierdzi! –poskarżyła się Lisa.
- Daj spokój! Jak przyszłaś ze mną, po to aby marudzić, to lepiej otwórz sobie Bramę i wróć do Instytutu!
- Nie rozkazuj mi Adam, bo pożałujesz – warknęła siostra i stanęła w bojowej postawie.
- Zamilcz! Coś słyszę. –Wytężył słuch i zaczął się pospiesznie rozglądać.
Do jego uszu dotarło kilka cichych jęków. Próbował zlokalizować, z której strony dochodzą, lecz szum wody i wycie wiatru nie pomagało w tym zadaniu. Przymknął na moment oczy i postanowił kierować się intuicją.
W tamtej chwili żałował, że nigdy nie zgodził się zrobienie z siebie i Lucy parabatai, kiedy tak bardzo prosili o to jego dziadkowie, zapewne przeczuwając przebieg dalszych wydarzeń. Mimo wszystko miał jeszcze intuicję, na którą postanowił postawić ostatnią kartę.
Ruszył w stronę brzegu z sercem łomoczącym jak młot. Miał małą nadzieję, że nie rozerwie mu piersi, kiedy ujrzał na piasku ślady krwi prowadzące bliżej wody.
Przyśpieszył kroku i ujrzał zarys postaci, leżącej na mieliźnie. Podbiegł do niej i z westchnieniem ulgi, jak i falą kolejnego przerażenia krzyknął do Lisy:
- Znalazłem ją! Otwórz Bramę!
Pogłaskał Lucynę delikatnie po przemoczonych włosach, a następnie przeciągnął palcami po rozpostartych, jak i zarazem połamanych skrzydłach.
- Wszystko będzie dobrze. Zabierzemy cię do domu – szepnął, gdy dziewczyna kolejny raz jęknęła.
Jego siostra w tym czasie drżącą ręką zaczęła rysować Znaki na pobliskim murku. Miała nadzieję, że o niczym nie zapomniała i Brama się otworzy. Gdy oderwała rękę ze stelą, wstrzymała oddech i patrzyła jak czarny otwór powoli się rozrasta i lekko faluje, oznaczając, że jest gotowy do transportu.
- Gotowe! – krzyknęła i spojrzała, jak Adam w niewygodnej pozycji niesie Lucynę w jej stronę.
A jednak się nie myliłeś – pomyślała lekko rozgoryczona.
Nie wiedziała, co czuje, gdyż to były przeciwieństwa: radość i smutek, ulga i przerażenie.
Odsunęła się od przejścia między wymiarowego i czekała, aż brat przejdzie przez nie.
Twarz jej siostry była blada, nieukazująca żadnych oznak życia, lecz również nie przypominała tej, którą zapamiętała z ostatnich dni z przed półtora roku.
Wysunęła rękę, aby pogładzić jej policzek, gdy od strony ulicy usłyszała pisk opon i podniesione głosy. Zwróciła się w stronę skąd dobiegały krzyki i ujrzała czwórkę postaci biegnących w ich stronę.
- Adam, pośpiesz się! – pisnęła i popchnęła go do czarnej otchłani, sama zaraz wskakując i modląc się, aby przejście zdążyło się zamknąć.

* * *

Gdy Alec dostał telefon od rodziców, a Magnus zdołał namierzyć położenie Lucyny, szybko wsiedli do auta, podjechali do Instytutu zabierając Roberta i Maryse i ruszyli nad zatokę.
Podróż była milcząca, lecz pełna napięcia, które zostało wyładowane w chwili ujrzenia dwójki nastolatków, którzy przenieśli się razem z Lucy Bramą.
Alec podbiegł, jako pierwszy do murku, lecz przejście zdążyło się zamknąć, pozostawiając po sobie zapach siarki.
- Spóźniliśmy się – powiedział do zbliżającego się czarodzieja.
- Postaram się namierzyć, gdzie przenosiła ich Brama. Dajcie mi chwilę i zadzwońcie do Luke.
Alec zaraz wyjął komórkę i zaczął wybierać numer.  W tym czasie jego rodzice rozejrzeli się po plaży i ujrzeli ślady krwi, pojedyncze pióra oraz strzępki ubrań.
- Musiała obić się o to drzewo – powiedział Robert patrząc na topolę.
- Coś musiało się stać, kiedy leciała – odpowiedziała Maryse, która podniosła kilka czarnych, jak węgiel piór. Na niektórych widoczne były kawałki złotych znaków.
Alec, słuchając piątego dźwięku sygnału stracił nadzieję na odebranie, gdy wreszcie usłyszał znajomy mu głos.
- Halo?
- Luke? Tu Alec.
- Coś się stało? – W jego głosie było słychać zdenerwowanie.
- Znaleźliśmy Lucynę – zaczął.
- Uh… To dobrze.
- No, ale jej już z nami nie ma, znaczy została jakby porwana. Nie wiem jak to nazwać.
- Co?!
- Ktoś ją zabrał. Jakaś dwójka ludzi. Jesteśmy teraz  nad zatoką i Magnus sprawdza, gdzie Brama ich przeniosła.
- Już wiem! – krzyknął gwałtownie czarownik i zbliżył się do swojego ukochanego pokazując, że chce telefon.
Chłopak bez sprzeciwu podał mu komórkę i patrzył na niego niepewnie.
- Tu Magnus. Już wiem, gdzie jest twoja córka i nie wiem, czy to dla was dobra nowina, ale mamy wyjazd do Polski.
W słuchawce gwałtownie zapanowała cisza, tak samo, jak wokół czarownika.

* * *

Powoli otworzyła oczy i poczuła z miejsca okropny ból głowy i pleców. Lekko pomasowała skronie i zaklęła pod nosem. Półprzytomnym wzrokiem rozejrzała się wokół siebie i zrozumiała, że jest w miękkim, ciepłym łóżku i znajomym jej pomieszczeniu. Poczuła, że ściska kogoś rękę i dopiero po chwili uświadomiła, że zna tą osobę:
- Lisa..
- Lucyna. – Uśmiechnęła się szeroko po czym dodała z westchnieniem ulgi: – Przestraszyłaś nas, jak nigdy.
- Co się stało? – Dopiero wtedy zaczęła się zastanawiać, co się wydarzyło po ucieczce z komisariatu.
- Myślałam, że ty nam to powiesz, a w ogóle, chyba się nie obrazisz, jak otworzę drzwi.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała, uznając to pytanie za idiotyczne. Zaraz jednak tego pożałowała, ponieważ do pokoju wpadła dwójka dziewczynek, ubrana w turkusowe sukienki i chłopiec, cieszący się jak nigdy. Wskoczyli na łóżko, a następnie na nią piszcząc i klaszcząc w dłonie.
- Wika, Nika, Kubuś – westchnęła i mocno uściskała dzieci.
Za nimi wszedł młody chłopak ubrany w błękitną koszulę i lekko wytarte dżinsy, a następnie kobieta w starszym wieku.
- Skarbie, witaj w domu – powiedziała Margaret i usiadła na rogu łóżka.
Lucy nic nie odpowiedziała, tylko osunęła się niżej na poduszce i przymknęła oczy.
Nie wiedziała co czuje. Z jednej strony radość, z drugiej strony niepewność i żal do samej siebie. Nie sądziła, czy to jest miejsce, gdzie powinna się znaleźć, lecz jakby miała wybrać, gdzie najbardziej pragnęła być, to właśnie tutaj.
- Witaj babciu, tęskniłam – szepnęła i złapała kobietę za rękę, a drugą objęła lekko senne maluchy.

* * *

Ciszę przerwało walenie do frontowych drzwi. Mężczyzna spokojnie do nich podszedł i za pomocą steli je otworzył.
Przed nimi ujrzał umorusaną ziemią dziewczynę, w podartych ubraniach i zapłakanej twarzy. Wyglądała jak żebrak z najgorszych zaułków. Szybko się do niej zbliżył i pomógł utrzymać na roztrzęsionych nogach. Nie mógł uwierzyć, co musiało jej się stać, że przyszła w takim stanie w środku nocy.
- Camille, co się dzieje?! – spytał przejęty i spróbował ją wprowadzić do Instytutu.
Dziewczyna jednak gwałtownie mu się wyrwała i upadając na kolana wychrypiała:
- Jerzy, ratuj mnie, ratuj mnie przede mną. Zostałam Przemieniona!
Mężczyzna stanął nad nią przerażony i z łomoczącym sercem oglądał, jak kły wyżynają się z jej dziąseł i przebijają wargi.  



niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 4# Kolejna rozgrywka

Jak to się stało, sama do końca swych dni nie wiedziała. Było to dla niej niewyjaśnione i niezrozumiałe, lecz jednak zaistniało i również później zmieniło bieg historii, jednak na początku zdawało się niczym…
Gdy tylko odwróciła się w jego stronę i ujrzała nutę rozpaczy w błękitnych oczach, rzuciła mu się w ramiona i wciskając głowę w ramię, zaczęła jeszcze bardziej płakać. Czuła, że wreszcie może to zrobić, wyżalić się komuś, kto będzie czuł podobnie jak ona. Wiedziała, jak słowa bardzo go zabolały, że świadomość o śmierci swojej dawnej miłości były sztyletem w małą część jego serca, lecz ważną i bolesną.
Poczuła jego dłoń na swoich plecach, lekko przesuwających się w dół i wracającą znów na łopatki. Czuła szybkie bicie jego serca i urwany oddech na swojej skórze. Ona zachowywała się identycznie, właśnie tak wilki ukazywały swą rozpacz.
W tamtej chwili oboje dzielili się swoim bólem po stracie jednej osoby.
Gdy Lucy zrozumiała co robi, gwałtownie się od niego odsunęła i wytarła łzy z policzków. Luke patrzył na nią lekko zszokowany, lecz ona tylko prychnęła i usiadła wyprostowana, gwałtownie ukrywając swoje uczucia, które jeszcze przed chwilą wypuszczała słonymi kroplami z ciała.
- Nie wiedziałem, naprawdę nie wiedziałem. Dlaczego mi nigdy nie napisała, że ma ze mną dziecko?
Dziewczyna odwróciła się do niego bokiem i spojrzała na ścianę ukrytą w ciemności. Chwilę milczała i pozwoliła, aby wszystkie dni, których tak nienawidziła do niej wróciły, aby znów jej matka żyła, a ona była małą, zwykłą dziewczynką.
Westchnęła cicho i przymknęła na moment powieki, aby zaraz je otworzyć i ukazać niewidzące oczy, które oglądają coś, czego nie ma, a jednak jest.
W jej głowie.
Wspomnienia…

* * *

Wbiegła do pokoju umazana ziemią i trawą we włosach. Na twarzy malował się ogromny uśmiech, a oczy lśniły się, jak dwie gwiazdy. Przy piersi trzymała złożone ręce w kulkę, z której coś wydawało dziwne dźwięki.
Podeszła do kanapy, na której siedziała jej matka.
- Mamo, mamusiu zobacz! – pisnęła i wyciągnęła dłonie w stronę kobiety.
Otworzyła je ukazując małego, czarno – białego kotka. Nie mógł mieć więcej niż dwa tygodnie.
Sferia nawet na nią nie spojrzała. Wzrok miała utkwiony w okno. Lucy powoli zabrała ręce i opuściła głowę. Starała się opanować łzy. Wiedziała co za chwilę się stanie i nie było od tego odwrotu. Musiała kolejny raz przejść przez piekło, przez żale i troski matki, przez jej obsesję i obłęd.
- Jesteś taka jak on. Niesforna i zawsze ciebie pełno, nawet kiedy cię nie ma.
Nic nie odpowiedziała. Wiedziała, że kiedy jej matka zaczyna swoją wypowiedź, lepiej jej nie przerywać, lecz również trzeba słuchać. Nie podniosła głowy, tylko czekała, aż zacznie się to co najgorsze, jej opętanie, jej żal i psychoza.
- On mnie kocha, on również i ciebie kocha Lucynko. Musi to czuć, że ma dziecko ze mną. On to wie i wróci po nas, abyśmy byli jedną, szczęśliwą rodziną. Nigdy o mnie nie zapomniał, nigdy nie przestał mnie kochać. Teraz jest daleko, ale on do nas wraca, obiecał  mi to. Jestem tylko jego, a on jest tylko mój! – Ostatnie słowa odbiły się echem po pokoju. -  On chciał mieć ze mną ciebie. Jesteś taka jak on. Czuje to, przyjdzie po ciebie, będziesz również jego, pokocha cię. Jesteś dla niego ideałem, wiem o tym, ja to czuję i ty też to czujesz.
On wróci do nas, wróci, wróci, wróci… - powtarzała to słowo jeszcze długo i powoli kołysała się.
Nie zwracała na córkę nadal uwagi, aż do chwili, gdy kot głośno miaukną. Sferia spojrzała na niego i jej twarz gwałtownie stężała.
- Twój ojciec jest wilkiem, on nie lubi kotów. Jak on by się teraz zjawił i zobaczył to coś, mógłby od razu odejść i to przez ciebie smarkaczu! – Gwałtownie wstała, złapała zwierzaka i jednym ruchem dłoni zabiła go.
Dziewczynka spojrzała szklistymi oczami na martwe ciało i wybiegła z pokoju, słysząc w uszach śmiech swego ojczyma.

* * *

Powoli opuściła głowę i zaczęła odtrącać od siebie falę złych emocji. Nie była pewna czy dobrze postępuje, lecz nie widziała innego wyjścia. Kątem oka przyglądała się Lucianowi i czekała na jego reakcję.
On chwilę siedział w milczeniu, patrząc na swoje dłonie w zamyśleniu, jakby analizował każde wypowiedziane przez nią zdanie jeszcze raz. To co się dowiedział było dla niego zaskoczeniem. Nie potrafił wszystkiego pojąć, zdawało mu się, jakby to co usłyszał, było jego wybrykiem wyobraźni, a nie prawdziwą historią.
Przełknął głośno ślinę i spojrzał w szaro – niebieskie oczy córki, które teraz patrzyły na niego wyczekująco. Prawdopodobnie milczał dość długo, a ona nie mogła wytrzymać tej ciszy i jego zachowania.
Westchnął ciężko i spytał:
- Czy ona, ona… oszalała?
- Tak! – syknęła. – Przez ciebie!
W jej oczach zaiskrzył gniew i rozpacz skierowana w jego stronę.
W pewien sposób ją rozumiał, ale też do końca nie zgadzał się z jej osądem. Przecież, jak mógł jej pomóc nie wiedząc, że w ogóle ma dziecko?
- Lucy, ja naprawdę nie wiedziałam. Gdybym znał prawdę, gdyby twoja matka mi powiedziała, że ma ze mną ciebie, byłoby inaczej. Pomógłbym jej i tobie – zaczął się tłumaczyć.
- Mogłeś jej nie zostawiać! Twoja wielka miłość nie odwzajemniła uczuć, więc poszukałeś sobie kogoś i znalazłeś pocieszenie w łóżku, a później, jak niby nigdy nic zostawiłeś ją! Do końca swoich dni była nadziei, że wrócisz do niej, lecz ty wyrzuciłeś ją z pamięci i z serca. Zostawiłeś, nie przejmując się tym, jak się miewa i czy w ogóle żyje! – Jej krzyki były coraz głośniejsze, a oczy napełniały się łzami.
Luke wiedział, że zaraz wybuchnie. Tyle lat przebywał  z dwiema kobietami pod jednym dachem, że znał ich zachowanie aż za dobrze. Nie czekając na eksplozję uczuć dziewczyny, wziął ją w swoje objęcia i czekał, aż się uspokoi, bijąc w jego ramię pięściami wyrzuci cały swój gniew.
Nie spodziewał się jednak tego, że ona, aż tak bardzo go nienawidzi. W chwili, kiedy drapanie i bicie nie dawało żadnych rezultatów, nie potrafiła się opanować. Furia i żądza mordu nią zawładnęły.
Źrenice się wydłużyły, słuch i węch wyostrzył. Świat stał się szary, a przez twarz przeszła fala bólu. Czuła, jak szczęka zaczyna się wydłużać, a zęby boleśnie wyżynają się z jej dziąseł raniąc je, tak samo, jak język.
Logiczne myślenie zawiodło, stała się w połowie zwierzęciem, z jego zmysłami i zachowaniem. Poczuła się zniewolona i musiała się z tej niewoli wydostać.
Każdym sposobem.
Warknęła i w jednej chwili wbiła swoje kły w jego ramię. Czuła pod nimi kości barkowe, które pod naporem zaczęły trzeszczeć. Do jej uszu dotarł krzyk ofiary, który jeszcze bardziej ją zmobilizował do walki o wolność.
Poczuła mocne szarpnięcie i z ogromną siłą odbiła się od ściany. Przed oczami zobaczyła czarne plamy, a ciało przeszła kolejna fala bólu Przemiany. Twarz ponownie była ludzka. W ustach czuła słony smak krwi. Usłyszała morze krzyków, zlepiających się w jedną kulę chaosu.
Zdawało jej się, że ponownie cofnęła się w czasie, że ponownie to zrobiła, to co każdą pełnią księżyca było jej koszmarem, jej wspomnieniem, tym pierwszym wspomnieniem, tym najgorszym wspomnieniem…

* * *

Z każdej strony otaczała ją ciemność, lecz ona widziała wszystko co ma przed sobą. Owładnął nią dziki instynkt, którego nie potrafiła opanować. Czuła się w jednej chwili i wolna i zniewolona.
Chciała uciec, jak i zostać.
Bronić się i poddać.
Była w miejscu, który tak dobrze znała z dni codziennych, a wtedy był jej obcy, nieznany złowrogi. Każdy cień, każdy przedmiot i wszystko, co było wokół niej, zdawało się zagrożeniem.
Nie mogła opanować się, aby przed tym wszystkim się nie bronić, próbować wyeliminować zagrożenie.
Własna wola zginęła, a pozostał zwierzęcy instynkt, przymus ruchu i obrony. Biegła dalej, nie oglądała się, czuła, że gdzieś przed nią jest cel, słyszała go już z daleka.
Był to cichy szloch, trochę jęków i zapach strachu. To ją przyciągało i było za drzwiami, do których dobiegała. Jak zawsze niezamknięte, lekko uchylone, wręcz zachęcające, aby wejść do środka.
Zrobiła to.
Wpadła niczym strzała przez szparę i rozejrzała się po pokoju. Naprzeciw siebie ujrzała swój cel. Skulony, do połowy schowany pod kołdrą i wciśnięty w ścianę. Patrzył się na nią szklistymi oczami błagającymi, aby go nie widzieć.
Ona jednak go widziała i cieszyła się z tego powodu. Miała ochotę się bawić, nie robić wszystkiego od razu.
Zaczęła się do niego zbliżać, powoli z wyszukaną gracją. Przy każdym kroku wydawała cichy pomruk zadowolenia. On nie mógł nic zrobić. Strach go paraliżował, blokował od środka. Z gardła nic nie ulatywało, prócz odgłosu szlochu i przyśpieszonego oddechu.
Jego serce łomotało, gdy pierwsze łapy znalazły się na oparciu łóżka, a następnie na kołdrze. Ona też słyszała bicie jego organu, widziała panikę w oczach i czuła strach z mieszaniną potu i łez.
Znalazła się koło niego, obwąchała i położyła na nim swoje łapy. Pazury wpijały się w jego skórę, gdy wchodziła na niego. Jej pysk znajdował się tuż nad jego twarzą. Powoli przesunęła po jego policzkach nosem, spokojnie pochłaniając zapach spoconego ciała i łez.
Warknęła zadowolona. Zdobyła to co chciała. Jej cel był już gotowy do wielkiego finału.
Uniosła łeb i zawyła z satysfakcją, po czym ostatni raz spojrzała w duże, zaszklone oczy i rozwarła szczękę.
Do jej uszu nie docierał żaden dźwięk, prócz trzasku łamanych kości, odgłosu rozdzieranej skóry, mięśni, stawów i organów. Czuła w ustach i na skórze gorącą krew, wyciekającą z rozerwanej tętnicy. Jeszcze przed momentem odczuwała łomotanie małego serduszka, teraz już nic nie biło.
Ciało stawało się chłodne, a krew krzepła i czerniała.
Za oknem ukazywało się słońce. Zdawało jej się, że jest cięższa, że opada pod jakimś ogromnym ciężarem, a powieki same jej się zamykają. Wygodnie ułożyła się na pościeli wśród rozerwanego ciała rozchlapując łapami kałuże krwi i usnęła.
Przebudził ją wrzask kobiety i bluźnierstwa mężczyzny. Ktoś ją szarpał i bił po twarzy ręką. Wyzywał od potworów i bestii, groził, że zabije, zatłucze, nie będzie się litował.
Rzucono ją o podłogę i zaczęto kopać. Próbowała się zasłonić, lecz i tak mocno obrywała. Kilkakrotnie usłyszała szczęk żeber i ból w klatce. Po twarzy płynęły słone krople i mieszały się z krwią.
Zaczęła na nią opadać ciężka kurtyna złożona z bólu i przerażenia. Świat znikał, a ona nic nie mogła zrobić. Ostatnią myślą przed przepaścią była:
To nie był pierwszy raz, lecz ostatni. 

* * *

- Lucyno, Lucyno… - Głos był spokojny, acz lekko drżący.
Pokręciła głową i przetarła ręką oczy. Nadal była w celi, w której zaatakowała swego ojca. Teraz stał nad nią. Z koszulą przesiąkniętą krwią, lecz pod spodem miał bandaże.
Patrzył na nią zaskoczony i lekko przestraszony, lecz gdy dłużej mu się przyglądała tym wyraz strachu znikał.
- Nie panujesz nad sobą jako wilkołak, prawda? – spytał, znając odpowiedź.
Odwróciła od niego głowę, znów czuła się coraz cięższa, a energia życia jakby z niej ulatywała.
- Jesteś zdziczała – powiedział załamującym się głosem Luke.
Ona tylko na moment na niego spojrzała, po czym zebrała w sobie ostatnie resztki energii, kazała zadziałać Runie Wytrzymałości i wybiegła z celi.
Potrącała każdego na swojej drodze, aż dopadła do drzwi i wybiegła przez nie. Była bezchmurna noc. Na granatowym niebie iskrzyły się gwiazdy, a księżyc był bielszy niż wcześniej. Wyskoczyła do góry i rozprostowała skrzydła. Skierowała się na wschód łapiąc wiatr i poszybowała w stronę oceanu.
W chwili lotu zaczęła ponownie cofać się wspomnieniami, do tego co ją zmieniło…

* * *

Spojrzała po raz kolejny w dół. Była na dachu dziesięciopiętrowca. W normalnych okolicznościach, widok z tej wysokości byłby niesamowity, lecz teraz wydawał jej się przytłaczający.
Pod blokiem zbierało się coraz więcej gapiów. Słyszała podniesione okrzyki, prośby i błagania, aby zeszła. W tłumie wypatrzyła matkę i ojczyma. Oboje nie wiedzieli co mają zrobić nie będąc pewnym, jak ona chce postąpić.
Z palca nadal skapywała jej krew i brudziła płatki róży.
Przesunęła się bliżej krawędzi. W chwili kiedy zaczęła jeszcze bardziej przyglądać się wysokości, która oddzielała ją od ziemi, przestawała odczuwać strach, acz bardziej zafascynowanie.
Dzień.
Jej ostatni dzień.
 Żegnało ją słońcem, małymi obłokami, ostrym zapachem roślinności, która ją otaczała i delikatnym zefirem.
Z daleka usłyszała sygnał straży pożarnej. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej. Jej serce coraz wolniej biło, czuła się lżejsza, spokojniejsza. Była pierwszy raz od dawna opanowana i pewna tego robi.
Uniosła głowę i pozwoliła po raz ostatni musnąć swą skórę promieniom słońca. Przymknęła powieki. Ostatni wdech z zapachem tych wszystkich kwiatów, które kwitły koło niej oraz róży, którą trzymała w dłoni. Ostatni zefir wyczuwalny na jej skórze. Ostatni widok poruszających się chmur i ostatni…
Krok.

* * *

Poczuła się jeszcze słabiej. Przed oczami miała wybuch blasku i tunel ciemności, który pochłaniał jej siły. Ciało straciło równowagę i zachwiała się w locie. Skrzydła opadły i owinęły wokół niej, a ona niczym czarno – złote pióro spadła w przepaść.

* * *

Magnus obudził się zlany potem i mocnym szarpnięciem zerwał ze snu Aleca. Chłopak spojrzał po czarowniku złowrogo, lecz widząc pierwszy raz strach w jego oczach spytał przejęty:
- Co się dzieje?
- Lucyna, muszę iść coś sprawdzić, muszę ją znaleźć.
- Coś się jej stało?! – spytał lekko drżącym tonem chłopak.
- Coś złego. – Wstał z łóżka i w pośpiechu założył szlafrok, po czym zniknął za drzwiami swego gabinetu.
Alec chwilę siedział w bezruchu i rozważał nad tym, czy Magnusowi będzie potrzebne do odnalezienia coś, co należało do dziewczyny. Chwilę bił się sam ze sobą, lecz zaraz wstał, podszedł do swojej torby i wyjmując kawałek papieru ruszył do czarownika.
Nie pukając, wszedł do środka, bez słowa podszedł do biurka, położył zawiniątko i na oczach Magnus rozwinął je ukazując…
Mały pukiel szatynowych włosów.   


piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 3# Walka ze wspomnieniami

Zanim wszyscy pojęli co słyszą, Lucy musiała jeszcze ponad dziesięć razy powtórzyć swoje nazwisko. Nie sądziła, że sprawi tą informacją takie wielkie poruszenie. Tam, skąd pochodziła, to nazwisko niewiele mówiło i nie miało wręcz żadnego znaczenia, prócz tego, że nosił je wygnaniec Cleve, poszukiwany listem gończym w całej Europie.
Gdy po raz kolejny Clary poprosiła, aby powtórzyła, dziewczyna nie wytrzymała i wrzasnęła na nią.
Nie wiedziała o co się rozchodzi, a wzrok zgromadzonych był, jak dla niej przerażający. Stała nadal przy parapecie, o który uderzały coraz większe krople deszczu. Koszulkę nadal miała mokrą od krwi, choć na ciele już nie widniały żadne rany. Przejechała ręką po kancie parapetu i wyczuła po nim wgłębienia po swoich pazurach.
Nie pamiętała co się działo w ciągu nocy, ale wiedziała, że musiała bardzo hałasować, gdyż drzwi do jej pokoju zostały wyważone.
- Lucyno, czy mogłabyś wreszcie nam trochę powyjaśniać, bo wiemy o tobie zaledwie strzępki, a znając cię dwa dni przeżyliśmy nie małe zaskoczenie – powiedział poważnie mężczyzna, po czym zwrócił się do swojej żony: – Maryse, przygotuj jej coś do jedzenia, wygląda na głodną. – Spojrzał po dziewczynie.
Kobieta bez słowa odwróciła się na pięcie i stukając obcasami wyszła z pokoju. Lucy patrzyła na mężczyznę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Zarazem czuła trochę wdzięczności, jak i nienawiści.
- Lucy, chodź ze mną, dam ci jeszcze jakieś ubrania – powiedziała spokojnie Isabell, przerywając ciszę i spojrzała po reszcie. – Idźcie na śniadanie, my zaraz dojdziemy.
Podeszła do dziewczyny i łapiąc ją za rękę, wyprowadziła z pokoju i zabrała do swojego.
W czasie drogi tak samo, jak w chwili kiedy wybierała dla niej ciuchy, nic się nie odzywała. Może dla innych byłaby to krępująca cisza, lecz dla Lucy oznaczało to zbawienie.
Żyjąc samotnie nauczyła się być cichym, nawet przy ludziach. Zdołała zdusić w sobie nawyk wymuszonej rozmowy z osobą obecną w tym samym pomieszczeniu.
Pożyczenie i zmiana ubrania, miała zająć chwilę, a samo wybranie, Isabell zajęło ponad dwadzieścia minut.
W tym czasie Lucy zdążyła rozejrzeć się po jej intensywnie różowo – czarnym pokoju, rozczesać mocno skołtunione włosy, zaczesać je w wysoki warkocz przeplatany czarną chustką i ułożyć grzywkę. Obmyła się z zaschniętej krwi i przyjrzała ostatnio zdobytym blizną, które układały się na łopatkach niczym winorośl.
Gdy wreszcie Izzy zdecydowała się na ubiór, były to czarne rurki i tego samego koloru koszula oraz o trochę jaśniejszym odcieniu kamizelka. Lucy bez słowa założyła wszystko na siebie, lekko męcząc się przy spodniach, a następnie spokojnym krokiem wyszła za dziewczyną i obie skierowały się do jadalni.
Wszyscy już dawno zjedli to, co otrzymali i z rozdrażnieniem przyglądali się dziewczynom, które dopiero wchodziły do kuchni.
Alec z Jacem zaraz zmienili wyrazy twarzy na zaskoczone, kiedy ujrzeli odmienionego gościa. Lucy faktycznie, dość szykowanie wyglądała w tym ubiorze. Zdawała się być poważniejsza, starsza i groźniejsza. Idealnie pasowało z jej szaroniebieskimi oczami o czarnych obwódkach i ciemnych długich rzęsach.
Powoli usiadła przy stole i zaczęła spokojnie konsumować śniadanie podstawione przez Maryse. Wiedziała, że powinna się śpieszyć, gdyż każdy czekał, aż zacznie im wyjaśniać kim jest i co robi, lecz to ją najmniej obchodziło.
Musicie się nauczyć, że to ja teraz podaję reguły gry…

* * *

Intensywna woń kwiatów mocno drażniła jej nozdrza. Z każdym krokiem, jej ciało stawało się sztywniejsze, jakby przez nie przebiegała metalowa rura, utrzymująca ją wyprostowaną. Czuła, że do mokrego od potu czoła, przylepiają się kosmyki włosów, a sukienka targana lekkim, zwariowanym wręcz wiatrem, wydawała się coraz ciaśniejsza na klatce, która z każdą chwilą szybciej się unosiła i opadała.
W połowie dachu na chwilę zatrzymała się przy krzewie róż. Spojrzała na bujne, krwiste pąki, które na oczach rozwijały się i ukazywały swoje piękne wnętrze. Wokoło roznosił się ich słodki, uzależniający zapach.
Sięgnęła po jeden z kwiatów i zerwała go, kalecząc sobie przy tym palec. Nie zwracając na ukłucie żadnej uwagi, ruszyła dalej. Po szmaragdowej łodydze i rubinowych płatkach, powoli spływała ciemna krew i spadała kroplami, niczym łzy na ziemię, zostawiając ślad jej drogi.
Spokojnym krokiem, ze wzrokiem wpatrzonym w dal, doszła do krawędzi.
Na samą myśli, że dotarła, ucieszyła się w duchu, a na jej twarzy zagościł lekki uśmiech.

* * *

- Nazywam się Lucyna Graymark. Moim ojcem jest niejaki Lucian Graymark, a matką była Sferia Stell. – Po tych słowach miny Maryse i jej męża bardzo stężały. – Pochodzę z Polski, urodziłam się tam, mam obywatelstwo polskie, mówię po polsku, obchodzę polskie tradycje.
Zatrzymała się czekając na pytania, a zrazem, aby odpędzić złe emocje, nagromadzone wspomnieniami.
- Jesteś aniołem… upadłym. Urodziłaś się jako on, tak? Każdy dobrze wie, że kimś takim nie zostaje się „od tak” – rzekła Maryse
- Nie, nie jestem nim od urodzenia. Po prostu się nim stałam. Z dnia na dzień… – odpowiedziała uciekając wzrokiem od kobiety.
- Tak po prostu? – Zdziwili się wszyscy.
- Tak.
Na chwilę zapadła długa cisza, a każdy intensywnie myślał, czy to co teraz usłyszał jest prawdą, czy też kłamstwem. Dla państwa Lightwood’ów było to wręcz nie do zrozumienia. Oboje dużo czytali na temat aniołów, ich pochodzenia oraz przemian, więc wytłumaczenie dziewczyny nie było dla nich ani logiczne ani prawdziwe, lecz postanowili na razie przemilczeć tą sprawę.
- Lucy, wspominałaś, że miałaś ojczyma. – Isabell zaczęła inny temat, aby rozładować nieprzyjemne napięcie.
- Tak, miałam. Erek Poleys – wymawiając to nazwisko mimowolnie się wzdrygnęła.
- Znałem go. Młody, dość zaborczy, ale szanowany wśród Rady – powiedział pan Lightwood.
- Możliwe. Nie interesowałam się jego życiem – odparła zimno Lucy.
Ponownie wszyscy umilkli, a kolejny temat został zakończony w nieprzyjemnej atmosferze.
- Ty jesteś również wilkołakiem – rzekł w zadumie Alec.
- Tak. Geny ojca – odpowiedziała z niesmakiem.
Clary patrzyła na nią podejrzliwym wzrokiem, jakby próbowała odczytać z niej całą jej przeszłość. Była to syzyfowa praca, ponieważ dziewczyna była jak niezdobyta forteca.
- Luke, to mój ojczym – rzekła zimnym tonem.
- Ja mówię o Lucianie, a nie Luke’u.
- To jedna i ta sama osoba, jakbyś nie wiedziała – odparła szorstko.
- Oh – odezwała się z udawaną goryczą w głosie. – Ubolewam razem z tobą nad twoim nieszczęściem.
Clary nie wytrzymała i tych słów i gwałtownie wstając prawie wybiegła z jadalni, a tuż za nią poszedł Jace.
- Miłość to przereklamowane uczucie. Trzeba być wiernym, udawać szczęśliwego, przejętego, oszukiwać samego siebie. Miłość to jedno wielkie kłamstwo i wypaczone słówka – powiedziała Lucy z takim niesmakiem, jakby to co opisywała było wysypiskiem śmieci.
Rozejrzała się wokół siebie i ujrzała dość nieprzyjemne wyrazy twarzy zgromadzonych. Wiadomym było, że te słowa nie przypadną im do gustu bo były… prawdą.
Cicho westchnęła, po czym powróciła, jak dla niej do najważniejszego tematu.
- Ta Clary powiedziała, że Lucian jest jej ojczymem, więc musicie go znać oraz wiedzieć gdzie on mieszka.
- Tak, wiemy gdzie on mieszka, tylko po co ci jest jego adres i dlaczego masz zamiar się z nim spotkać, jeśli sama mi powiedziałaś, że go nienawidzisz? – spytała podejrzliwie Izzy.
- Ponieważ chce mu odebrać to, co on mi kiedyś dał… - odpowiedziała zimno i wstała.

* * *

Wszystko później potoczyło się wręcz błyskawicznie. Nikt nie zdołał jej powstrzymać, ani odwlec od postanowienia.
Była pewna, za pewna tego co robi.
Lightwood’owie wiedząc, że nic nie wskórają namowami, nawet przekupstwem, postanowili się poddać i podać dziewczynie adres jej ojca. Jednak, aby mieć większą kontrolę nad sytuacją ruszyli razem z nią.
- Tylko nie waż się odlatywać – rzekł ostro Alec wychodząc za nią z Instytutu i nakładając na ramię łuk i kołczan.
- Jakbym nawet to zrobiła, nie trafiłbyś mnie – odpowiedziała z lekkim rozbawieniem w głosie.
- Chcesz się przekonać?
- Skończcie! Nie pora na kłótnie – warknęła Isabell, wychodząc z budynku razem z rodzicami.
Jace’a i Clary nie udało się znaleźć, aby ich powiadomić, że wychodzą. Lucy to najmniej obchodziło. Nie przebierając się, ani nie biorąc żadnej broni, prócz dwóch sztyletów, które schowała po wewnętrznej stronie uda, zaraz ruszyła do drzwi.
Ona prowadziła całą podróż. Miała szybki, lekki i zgrabny chód, przyciągający uwagę przechodniów. Alec, który szedł za nią, cały czas się przyglądał, jak mocno wyżłobione biodra, rytmicznie się poruszały i lekko kręciły pod materiałem spodni.
Lucy na pierwszy rzut oka wyglądała, jak przeciętna nastolatka, lecz gdy przyjrzał jej się uważnie, ujrzał dość wysoką dziewczynę o długich zgrabnych ramionach, wypielęgnowanych rękach, jakby nigdy nie pracowały i zadbanych paznokciach. Jej sylwetka była autentyczną klepsydrą. Spore wklęśnięcie, wydatne biodro, płaski brzuch i niewielkie, acz kształtne piersi. Nogi, które widział za pierwszym razem na dachu, okazały się długie, wytrzymałe i dobrze wyrzeźbione. Co do twarzy, była poważna, pewna i dumna. Mały nosek, ciemnoróżowe usta odkreślające się na lekko opalonej skórze oraz spore szaro – niebieskie oczy, otoczone czarnymi rzęsami. Włosy dość długie, lecz krótsze od włosów jego siostry i w kolorze bardzo ciemnego blond z naturalnymi jasnymi pasemkami, dobrze kontrastującymi z czarną chustką przeplataną przez nie.
Wyglądała… Inaczej. Ani jak Nocna Łowczyni, ani jak wilkołak. Raczej, jak połączenie osoby z dwóch wieków.
Te przemyślenia, okazały zająć mu całą drogę, aż do komisariatu, który zajmowało stado Luke.
Lucy bez pukania weszła do środka i od razu skierowała się do głównego pomieszczenia. Po drodze kilka szczeniaków próbowało ją zatrzymać, lecz ona albo ich omijała albo strącała z drogi, bez najmniejszego wysiłku.
Będąc już w głównej sali, drogę zastawił jej barczysty mężczyzna o nieprzyjemnym wyrazie twarzy.
- Czego chcesz dzieciaku?! – warknął.
- Wyzywam na pojedynek nie jakiego Luciana Graymarka – rzekła na tyle głośno, aby usłyszeli ją wszyscy.
Wilkołak odsunął się i ukazał za sobą wysokiego mężczyznę o roztrzepanych włosach, okularach, w koszuli i zwykłych dżinsach.
- To ja jestem osobą, której szukasz – powiedział spokojnie. – Po co chcesz mnie wyzwać dziecko?
- Mam swoje powody – odparła beznamiętnie.
- Może inaczej da się je rozwiązać, niż przemocą? – spytał.
- Jak nawet, to ja nie chcę! - syknęła
- Spokojnie, może najpierw powiesz kim jesteś? – Spróbował załagodzić sytuację, lecz daremnie.
Lucy jednak na to nie zważała. Stała nadal dumna, lecz błyskawicznym ruchem wyjęła sztylety. Na ich widok Luke westchnął ze zrezygnowaniem i sam złapał za ostrze, które miał u paska.
Nie zdążył nawet go do końca wyjąć, gdy dziewczyna zaatakowała. W ostatniej chwili uniknął jej ciosu i chwytając pewnie nóż, zaczął parować jej ataki.
Stado utworzyło wokół nich krąg, w którym znaleźli się również Nocni Łowcy i z przerażeniem oglądali spektakl, który odgrywał się na ich oczach.
Lucy walczyła zawzięcie. Była pewna swych ataków. Nie przeszkadzało jej średnio odpowiednie ubranie oraz wysokie buty.
Lucian także okazał się wytrwałym zawodnikiem, umiał dobrze blokować i również zadawać ciosy, lecz ona owijała się na jego ostrzu i umykała niczym mgła przed pchnięciami. Po kilku chybionych atakach zbliżyła się do niego, aby zadać mocniejszy cios. Wykonała piruet i próbując wyskoczyć, poczuła ucisk na ramieniu. Luke złapał ją i przycisnął nóż do gardła. Dziewczyna w ostatniej chwili kopnęła go w nogę łamiąc kość. Upadł na podłogę, a Lucy postanowiła wykorzystać sytuację i zaatakowała ponownie. Nie sądziła jednak, że jej ojciec będzie na tyle szybki, aby pierwszy zadać cios. Ostrze przeszło przez jej udo w górę, aż do miednicy i przez nią, po czym drugą ręką złapał ją za ranę i mocno pociągnął, przez co zwaliła się na ziemię niczym ścięte drzewo. Od razu na niej usiadł i przyparł swoim ciężarem, nie pozwalając na żaden ruch. Uniósł ostrze nad głowę, aby zadać ostatni cios, gdy z tłumu wybiegła Maryse i powiedziała przerażona:
- Lucian, stój! To twoja córka.
Wilkołak spojrzał na nią zaskoczony, a dziewczyna odchyliła głowę i z ciężkim westchnieniem zemdlała.

* * *

Gdy Maryse, patrzyła na ich walkę, nie mogła uwierzyć, że wcześniej nie zauważyła tak dużego podobieństwa. Byli identyczni w ruchach, taktyce, lecz również i z wyglądu. Podobny kształt twarzy, chuda, wysoka sylwetka, gładka skóra.
Było to dla niej nie do pomyślenia, aby dziecko tak zażarcie chciało zabić własnego ojca, a on ją. Wiedziała, że będzie musiała to zakończyć, ponieważ każdy myślał, że dziewczyna walczy o władzę nad stadem.
Ona miała inny powód, nie była do końca pewna swego, ale wiedziała, że Lucyna żałuje iż się w ogóle urodziła i prawdopodobnie nie może się z tym pogodzić. Prawdopodobnie miała za mało odwagi, aby się sama zabić, więc wolała upuścić swego gniewu na osobie, która przyczyniła się do jej powstania, a to był niestety Luke…

 *  * *

Obudziła się w ciemnym pomieszczeniu. Żarówka nad jej głową migała złowrogo, a na nodze czuła czyiś ciepły dotyk. Powoli podniosła obolałą głowę, aby zobaczyć kto ją dotyka. Z zaskoczeniem zobaczyła młodą dziewczynę z włosami zaplecionymi w warkocze. Jej skóra była ciemniejszej karnacji niż innych. Wydawała się przyjazną, spokojną osobą, której miodowe oczy samoistnie przyciągały do niej każdego, kto w nie spojrzał.
- Co ty robisz? – zachrypiała.
Dziewczyna gwałtownie na nią spojrzała. W jej oczach zabłysły płomyki zdziwienia. Odsunęła rękę z nagiej skóry Lucy i przybliżyła się do jej twarzy.
- Opatrywałam ci ranę, bolało?
- Nie, nic nie czułam – odparła sama zaskakując siebie, że prócz uderzeń młota w głowie niczego nie odczuwała.
- Wiesz co, może pójdę po kogoś. Ja miałam ci tylko zatamować krwotok – powiedziała lekko zmieszana i pospiesznie wyszła z pomieszczenia.
Dziewczyna odprowadziła ją wzrokiem, po czym niezdarnie naciągnęła na siebie zniszczone spodnie.
Migająca żarówka zaczęła stawać się bardzo irytująca oraz bolesna przy światłowstręcie. Lucy powoli podniosła się i złapała z szafki obok łóżka pierwszy lepszy przedmiot. Przymrużyła oczy i wycelowała w strumień światła, a następnie z całej siły rzuciła w niego. Żarówka z hukiem pękła, i kaskadą szkła posypała się na ziemię.
Od strony wejścia podniosły się głosy, po czym do środka weszło kilka postaci. Niektórych już dobrze nawet znała. Wśród nich znaleźli się Lightwood’owie oraz jej ojciec i dziewczyna z warkoczykami.
- Co się tu dzieje?! – spytała zdenerwowana Maryse, stojąca w świetle wpadającym przez drzwi.
- Żarówka mnie irytowała, a nie mogłam wstać – odpowiedziała spokojnie i patrzyła z nienawiścią na swojego ojca.
Była pewna, że on także jej się przygląda. Nie widziała jego wyrazu twarzy, ale mogła się założyć, że nie jest on przyjazny. Cały czas milczał, aż wreszcie westchnął głośno i niezręcznie przeczesał włosy ręką.
- Możecie na chwilę wyjść, chciałbym porozmawiać chwilę ze… swoją córką – ostatnie słowa wypowiedział wręcz szepcząc.
Nikt nie odpowiedział. Każdy odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. Gdy drzwi się zamknęły, a pomieszczenie otoczyła dość gęsta ciemność, Lucian powoli zaczął się zbliżaj do łóżka.
- Nie podchodź! – warknęła i odsunęła się w kąt.
- Uspokój się, nic ci nie zrobię.
- Ale ja zrobię tobie, jak się zbliżysz – załkała nie wiedząc czemu nie potrafi zapanować nad łamiącym się głosem.
Nie miała zamiaru płakać, ale to działo się wbrew jej woli. Całe życie chciała dopaść swojego ojca i wsadzić mu nóż w serce, ale gdy wreszcie go znalazła, okazało się to zbyt ciężkie jak dla niej zadanie. Coś ją cały czas powstrzymywało, blokowało od środka. Nie wiedziała czy jest to po prostu litość, czy może po prostu go wewnętrznie kocha.
- Lucyno, uspokój się. – Zbliżył się do niej i usiadł na łóżku.
Nie sprzeciwiła się temu, tylko jeszcze mocniej wcisnęła się w ścianę.
- Wiem dobrze, że jest ci ciężko. Mnie samemu nie jest łatwo pojąć, że mam dziecko. Gdy tylko Maryse powiedziała mi, że jesteś moją córką, to od razu domyśliłem się, kim jest twoja matka.
Lucy milczała, lecz trochę się przybliżyła i otarła łzy, czekając na odpowiedź.
- Jest to Sferia Stell, prawda?
Lekko przytaknęła głową i starała się przełknąć kolejne słone krople wyciskające się z jej oczu.
- Nigdy mi nie powiedziała, że ma ze mną dziecko. Prawdę mówiąc wiele lat jej nie widziałem na oczy. Jak się miewa? – spytał zamyślony
- Nie żyje – załkała ponownie i wbiła twarz w poduszkę, odpychając widok twarzy swojej matki z myśli.